Telefon zadzwonił w czwartek, tuż po dziewiątej wieczorem. Na wyświetlaczu - „Kamil". Serce mi stanęło. Nie dlatego, że się bałam. Dlatego, że czekałam na ten telefon od stu osiemdziesięciu dwóch dni.

Odłożyłam kubek z herbatą na szydełkową serwetkę, tę po mamie, i wzięłam głęboki oddech. Ręce mi drżały. Nie chciałam, żeby usłyszał, jak bardzo mi na tym zależy.

Mam na imię Teresa, mam sześćdziesiąt jeden lat i od trzydziestu ośmiu jestem matką. Kamil to mój jedyny syn. Wychowałam go sama, bo Andrzej odszedł, kiedy mały miał cztery lata. Nie odszedł daleko - przeniósł się na drugi koniec Radomia, do sekretarki ze swojej firmy budowlanej - ale wystarczająco daleko, żeby przy Kamilu pojawiać się głównie na urodziny. I to nie na każde.

Robiłam wszystko. Dwa etaty - sprzątaczka w szkole, po południu kasa w Biedronce. Kamil miał korepetycje, obóz nad Bałtykiem, nową kurtkę co zimę. Nie narzekam. Ale kiedy człowiek oddaje wszystko, gdzieś w głębi serca prowadzi rachunek, nawet jeśli się do tego nie przyznaje.

Kamil skończył technikum, znalazł pracę w firmie logistycznej w Kielcach. Tam poznał Patrycję. Dziewczyna z dobrego domu - ojciec dentysta, matka prowadzi kwiaciarnię. Od początku miałam wrażenie, że Patrycja patrzy na mnie jak na obrus, który nie pasuje do zastawy. Uprzejma. Ale tym rodzajem uprzejmości, który buduje mur.

Przez kilka lat było w porządku. Dzwonił co niedzielę, przyjeżdżali na święta. Potem Patrycja zaszła w ciążę i zaczęło się przesuwanie granic. Wigilia u jej rodziców, bo „tam jest więcej miejsca". Wielkanoc - „Kamil ma dyżur". Imieniny - „Patrycja źle się czuje".

Potem urodziła się Hania. Moja wnuczka. Widziałam ją pięć razy w pierwszym roku. Za każdym razem Patrycja stała obok jak ochroniarz, poprawiając chwyt, zabierając dziecko, gdy tylko pisnęło.

Pół roku temu, na imieninach Kamila, doszło do awantury. Przyjechałam z sernikiem, tym ze skórką pomarańczową, który jadł od dziecka. Patrycja powiedziała, że Hania nie może być w pobliżu glutenu. Powiedziałam, że sernik jest z sera i jajek, a nie z mąki pszennej. Patrycja spojrzała na Kamila. Kamil spojrzał w podłogę. A potem powiedział cicho: - Mamo, może następnym razem zadzwoń wcześniej i zapytaj, co możesz przywieźć.

Może. Następnym razem. Zadzwoń wcześniej.

Jakbym była kurierem, nie matką.

Wróciłam do domu i płakałam do trzeciej w nocy. Następnego dnia rano postanowiłam, że nie zadzwonię pierwsza. Że poczekam, aż syn uzna, że chce ze mną rozmawiać. Czekałam tydzień. Miesiąc. Trzy. Na Boże Narodzenie dostałam SMS-a: „Wesołych Świąt, Mamo". Bez telefonu. Bez zaproszenia.

I nagle - czwartek, dziewiąta wieczór, „Kamil" na wyświetlaczu.

- Cześć, mamo - powiedział, i głos miał ten ciepły, dawny. Taki, jakim mówił, gdy wracał ze szkoły i wołał z przedpokoju: „Mamo, jest obiad?".

Rozmawialiśmy może pięć minut o niczym. Że Hania rośnie, że w pracy tyle zmian, że wiosna w tym roku dziwna. Czułam, że krąży wokół czegoś. Znałam ten schemat. Tak samo kręcił, kiedy w liceum rozbił szybę w piwnicy.

- Mamo, mam do ciebie sprawę - powiedział w końcu.

Milczałam.

- Z Patrycją bierzemy kredyt na dom. Pod Kielcami, na nowym osiedlu. Ale bank wymaga dodatkowego poręczyciela. Pytaliśmy rodziców Patrycji, ale oni już poręczyli bratu kwiaciarnię. I pomyślałem... No wiesz. Czy mogłabyś poręczyć? To formalność. Będziemy spłacać normalnie.

Cisza. Słyszałam, jak lodówka mruczy w kuchni. Słyszałam własny oddech.

- Kamil - powiedziałam powoli. - Nie dzwoniłeś pół roku.

- No wiem, mamo, ale...

- Nie zapytałeś, czy żyję. Czy jem. Czy dam radę opłacić rachunki. Mam sześćdziesiąt jeden lat i emeryturę, z której połowa idzie na leki.

- Mamo, to nie jest...

- I teraz dzwonisz, żebym podpisała się pod kredytem na trzysta tysięcy? Swojemu jedynemu dochodowi - emeryturze - kazała stawić czoło bankowi, gdybyście przestali spłacać?

- Ale my nie przestaniemy...

- Nie - powiedziałam. To jedno słowo. Krótkie, twarde, pełne. - Nie poręczę.

Kamil milczał sekundę. Dwie. A potem wybuchnął.

- Wiedziałem. Patrycja mówiła, że nie ma sensu dzwonić. Że ty zawsze będziesz robić z siebie ofiarę. Że jak nie możesz kontrolować, to karzesz.

Każde słowo jak kamień wrzucony do szklanego naczynia.

- Patrycja tak mówi? - zapytałam spokojnie.

- Mówi to, co widzi! Przez trzy lata próbowała się do ciebie zbliżyć, a ty ciągle z pretensjami! Mam dość, mamo. Albo zaczniesz nas traktować jak dorosłych, albo...

- Albo co?

Cisza.

- Albo nic - powiedział cicho. I się rozłączył.

Siedziałam w kuchni do północy. Herbata wystygła. Koty przyszły i ułożyły się na kolanach. Na lodówce wisiało zdjęcie Kamila z pierwszej komunii - biały garnitur, lśniące oczy, moja dłoń na jego ramieniu.

Nie zadzwoniłam. Nie przeprosiłam. Nie zmieniłam zdania.

Następnego ranka poszłam do notariusza i zmieniłam testament. Nie z zemsty. Z troski. Wszystko - mieszkanie w bloku, stare meble, dwadzieścia tysięcy na koncie - zapiszę Hani. W powiernictwie. Na osiemnaste urodziny.

Bo jeśli Kamil nauczył się, że miłość to transakcja, to ja nie chcę, żeby moja wnuczka dostała tę lekcję w spadku.

Tydzień później, w niedzielę rano, ktoś zapukał do drzwi. Kamil stał na klatce schodowej z pudełkiem sernika z cukierni. Bez Patrycji. Bez słów o kredycie.

- Cześć, mamo - powiedział. - Mogę wejść?

Nie rzuciłam mu się na szyję. Nie powiedziałam „nic się nie stało". Przesunęłam się w drzwiach i powiedziałam:

- Postaw czajnik.

Są słowa, których nie da się cofnąć. Ale są też gesty, od których można zacząć od nowa. Sernik stygł na blacie, a ja patrzyłam, jak mój syn - ten sam, który kiedyś wołał z przedpokoju „Mamo, jest obiad?" - szuka w szafce mojego ulubionego kubka. I pomyślałam, że może go jednak nie zapomniał.