Gdyby Jadwiga z czwartego piętra nie wyrzucała tamtego wieczoru kartonów po paczce od córki, pewnie do dziś myślałabym, że czwartkowe wyjazdy Bogdana na działkę to najbardziej przewidywalny punkt mojego tygodnia.
Tymczasem jedno zdanie, rzucone między śmietnikiem na szkło a kontenerem na papier, postawiło całe moje trzydziestoletnie małżeństwo na głowie.
Byłyśmy z Jadwigą w dobrych stosunkach - nie przyjaźń, raczej to sąsiedzkie porozumienie, które buduje się latami wspólnego narzekania na windę i głośną młodzież na klatce.
Wychodziłam z workiem śmieci, ona składała kartony. Pogadałyśmy o pogodzie, o cenach w Biedronce, a potem Jadwiga powiedziała coś, co sprawiło, że zamarłam z ręką na klapie kontenera.
- Renata, ja nie chcę się wtrącać, ale widzę twojego Bogdana co czwartek w tej kawiarni na rynku. Wiesz, tej nowej, koło apteki. Siedzi z taką... młodszą kobietą. Ładna. Ciemnowłosa. Myślałam, że to może kuzynka albo koleżanka z pracy, ale on przecież od roku na emeryturze...
Jadwiga mówiła jeszcze coś, ale ja już nie słuchałam. Stałam z tym workiem w ręku i czułam, jak mi się robi gorąco, mimo że był koniec października i wiał przenikliwy wiatr od strony Prosny.
Bogdan i ja poznaliśmy się w osiemdziesiątym dziewiątym, na zabawie u znajomych w Ostrowie. On pracował na kolei, ja kończyłam farmację w Łodzi. Nie był przystojny - za duży nos, za mało włosów jak na dwudziestopięciolatka - ale miał w oczach coś, co dawało spokój. Po dwóch latach wzięliśmy ślub i zamieszkaliśmy w Kaliszu, w tym samym bloku co dziś. Trzydzieści trzy lata.
Bogdan nigdy nie dał mi powodu do podejrzeń. Był z tych mężczyzn, którzy wracają prosto z pracy i nie szukają towarzystwa. Na emeryturze zaczął jeździć na działkę - szczególnie w czwartki, bo wtedy jest najspokojniej. Wracał koło piątej, czasem z marchewką, czasem z jabłkami.
A teraz Jadwiga mówi mi, że mój Bogdan co czwartek siedzi z jakąś kobietą w kawiarni na rynku. W kawiarni, nie na działce. Z kobietą, nie z marchewką.
Przez tydzień nie powiedziałam mu ani słowa. Chodziłam po domu, robiłam obiady, oglądałam telewizję - i obserwowałam. Obcy zapach? Nic. Telefon? Zawsze na stole, nigdy go nie chował. Nastrój? Taki sam - spokojny, cichy, trochę nieobecny. Ale czy on nie był taki od zawsze?
W następny czwartek powiedziałam w aptece, że muszę wyjść godzinę wcześniej. Pani Hania, moja zmienniczka, spojrzała na mnie dziwnie, ale pokiwała głową. Pojechałam na rynek. Zaparkował przy kościele i poszłam piechotą, bocznymi uliczkami, żeby nie natknąć się na niego przypadkiem.
Zobaczyłam ich przez szybę. Bogdan siedział przy stoliku pod oknem, naprzeciwko ciemnowłosej kobiety - może trzydzieści pięć lat. Piła kawę, on herbatę, jak zawsze. Rozmawiali. Ona się uśmiechała. Bogdan wyciągnął telefon, pokazał jej coś na ekranie - a ona się roześmiała i położyła dłoń na jego ręce.
Nie weszłam. Stałam na chodniku z torebką przyciśniętą do piersi i czułam, jak mi się nogi robią z waty. Trzydzieści trzy lata. Dwoje dzieci. Setki niedzielnych obiadów. I on sobie siedzi z jakąś kobietą, która kładzie mu rękę na dłoni.
Wróciłam do domu i czekałam. O piątej Bogdan wszedł z siatką reklamówką.
- Przyniosłem ci gruszki z działki. Dojrzały wreszcie.
Patrzyłam na te gruszki i miałam ochotę je wyrzucić przez okno.
- Bogdan - powiedziałam. - Byłam dzisiaj na rynku.
Postawił siatkę na stole. Nie od razu zrozumiał. A potem zobaczyłam, jak mu bieleją knykcie, kiedy zacisnął dłoń na oparciu krzesła.
- Renata, ja ci wszystko wytłumaczę.
- To tłumacz.
Usiadł ciężko. Przetarł twarz rękami. A potem powiedział coś, czego się nie spodziewałam - bo spodziewałam się wszystkiego: kochanki, drugiego życia, kłamstw. Nie spodziewałam się tego.
- Ta kobieta to Monika. Moja... moja córka.
Cisza. Tylko zegar na ścianie i lodówka, która akurat włączyła sprężarkę.
Bogdan mówił długo. Przed naszym spotkaniem, jeszcze w Ostrowie, miał krótki związek z pewną Ireną. Rozstali się - ona wyjechała, on został. Nie wiedział, że Irena była w ciąży. Dowiedział się dopiero w zeszłym roku, kiedy Monika - trzydziestopięcioletnia nauczycielka z Poznania - odnalazła go przez internetową bazę DNA. Napisała do niego. Spotkali się. I zaczęli się spotykać regularnie, co czwartek, w połowie drogi między Kaliszem a Poznaniem.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś? - zapytałam, a głos mi się trząsł nie ze złości, ale z czegoś głębszego. Z poczucia, że człowiek, którego znałam najlepiej na świecie, miał w sobie pokój, do którego nigdy mnie nie wpuścił.
- Bałem się - powiedział. - Bałem się, że pomyślisz... Że to zmieni coś między nami. Że zaczniesz się zastanawiać, co jeszcze przed tobą ukryłem.
Nie odpowiedziałam od razu. Wstałam, nalałam wody do czajnika, włączyłam gaz. Takie rzeczy robię, kiedy nie wiem, co czuję - zajmuję ręce.
Myślałam o Monice, która szuka ojca, którego nigdy nie miała. O Bogdanie, który przez rok budował relację z dorosłą córką, niosąc to w sobie jak kamień. O sobie - o tym, jak przez tydzień byłam pewna, że mąż ma romans, i jak ta pewność smakuje jak stara, gorzka kawa.
Herbata parzyła się pięć minut. W końcu postawiłam dwa kubki na stole - jeden dla siebie, jeden dla Bogdana.
- W przyszły czwartek - powiedziałam - pojadę z tobą.
Bogdan podniósł na mnie oczy. Nie płakał - nie był z tych mężczyzn. Ale widziałam, jak mu drży podbródek, kiedy skinął głową.
Gruszki z działki okazały się dojrzałe i słodkie. Zjadłam jedną wieczorem, stojąc przy oknie. Na dworze było ciemno, ale gdzieś w bloku naprzeciwko ktoś jeszcze miał włączone światło. Pomyślałam, że w każdym takim oknie kryje się jakaś historia, o której sąsiedzi wiedzą tylko tyle, ile zobaczą przy śmietniku.