Gdybym trzy miesiące temu usłyszała, że będę stać w sali tanecznej z dłonią na ramieniu obcego mężczyzny i czuć, jak serce wali mi jak u dwudziestolatki - roześmiałabym się. Albo zapłakała. Nie wiem, co bardziej.
Bo trzy miesiące temu byłam jeszcze tą samą Lucyną, co przez ostatnie siedem lat. Kawa przy oknie z widokiem na olsztyńskie bloki, seriale z kotem na kolanach, emerytura po trzydziestu latach za aptekarskim ladą.
Dwójka dorosłych dzieci - syn Bartek w Warszawie, córka Magda tu, piętro wyżej. Rozwiedziona. Pogodzona. Spokojna.
Pomysł z kursem nie był mój. Henia, była koleżanka z apteki, zadzwoniła któregoś wtorku i oznajmiła, że dom kultury przy Piłsudskiego otwiera nabór na taniec towarzyski.
- Lucyna, nie mów mi, że wolisz siedzieć z tym kotem - powiedziała Henia takim tonem, jakby mi dawała receptę na życie.
- A co jest złego w siedzeniu z kotem? - odpowiedziałam, ale już się uśmiechałam.
Henia nie przyjmuje odmowy. W środę stałam przed lustrem i zastanawiałam się, czy czarna spódnica za kolano to nie za dużo. Włożyłam ją, zdjęłam, włożyłam jeszcze raz. Czułam się absurdalnie - jak nastolatka przed dyskoteką, tyle że z żylakami i bifokalnymi okularami.
Na sali było nas dwanaście osób. Instruktorka, młoda dziewczyna w obcisłej sukience, ustawiała nas w dwuszeregu. I wtedy podszedł do mnie Jerzy.
Wysoki, siwy, ze zmarszczkami od śmiechu, nie od smutku. Powiedział, że żona namówiła go kiedyś na taniec, ale nie zdążyli - i urwał w pół zdania. Nie pytałam.
- Zatańczymy? - zapytał po prostu.
I zatańczyliśmy.
Moje ciało pamiętało więcej, niż myślałam. Nie kroki - ale czyjąś dłoń na plecach. Bliskość, która nie jest zagrożeniem. Rytm, w który wchodzisz z kimś razem.
Po trzecich zajęciach Jerzy czekał na mnie przed wejściem z dwoma kubkami herbaty z automatu. Po piątych odprowadzał mnie do przystanku. Po siódmych - wracaliśmy pieszo, choć ja mieszkałam w drugą stronę.
Na ósmych zajęciach instruktorka włączyła tango. Jerzy prowadził pewnie, ale delikatnie. Kiedy na końcu przechylił mnie lekko do tyłu i nasze oczy się spotkały, poczułam, że się czerwienię. W wieku sześćdziesięciu jeden lat.
Magda zauważyła zmianę pierwsza. Wpadła w sobotę rano - bez dzwonienia, z bułkami i pretensjami.
- Mamo, co ty robisz w piątki? Bo dzwoniłam o dziewiętnastej i nie było cię w domu.
- Chodziłam na spacer.
- W listopadzie? O tej porze? Mamo.
Nie skłamałam z premedytacją. Po prostu nie chciałam jeszcze mówić. Pierwszy raz od rozwodu miałam coś tylko swojego. Coś, czego nikt nie komentował i nie oceniał.
Prawda wyszła przez Facebooka. Henia oznaczyła mnie na grupowym zdjęciu z kursu. Bartek zadzwonił tego samego wieczoru.
- Mamo, to prawda? Chodzisz na tańce?
- A co, nie wolno?
- Wolno, ale... mamo, masz sześćdziesiąt jeden lat.
To zdanie - "masz sześćdziesiąt jeden lat" - powtórzył tak, jakby podawał diagnozę.
Z Magdą było gorzej. Przyszła w środę, akurat kiedy się szykowałam na zajęcia.
- Mamo, co to za mężczyzna na tym zdjęciu obok ciebie?
- Kolega z kursu. Jerzy.
- Kolega. - Magda usiadła na kanapie i założyła ręce. - Mamo, ludzie gadają. Pani Staszkowa z parteru widziała, jak wracałaś z jakimś panem. Masz sześćdziesiąt jeden lat. Zachowuj się stosownie do wieku.
Stosownie do wieku. Te trzy słowa uderzyły mnie mocniej niż cokolwiek, co Tadeusz powiedział przy rozwodzie. Bo Tadeusz mnie zostawił - to był jego wybór. Ale moje własne dziecko chciało mi powiedzieć, że jestem za stara, żeby tańczyć. Za stara, żeby się uśmiechać.
Przez dwa dni nie poszłam nigdzie. Siedziałam z kotem i myślałam, że może mają rację. Może to jest śmieszne - emerytka w tangu.
W piątek zadzwonił Jerzy. Nie pytał, co się stało. Powiedział tylko:
- Lucyna, dzisiaj mamy milongę. Nie będzie to samo bez pani.
I coś we mnie pękło. Nie ze złości - z ulgi. Bo ktoś powiedział "nie będzie to samo", a ja wiedziałam, że to prawda.
Ubrałam się w piętnaście minut. Na korytarzu spotkałam Magdę, która schodziła po schodach z torbą zakupów.
- Wychodzisz? - zapytała, marszcząc brwi.
- Idę tańczyć - odpowiedziałam. - I będę chodzić tańczyć, Magdo. Możesz się na mnie złościć. Ale ja byłam stosowna do wieku przez siedem lat i wiesz, co z tego miałam? Kota i telewizor.
Magda otworzyła usta i zamknęła je. Nic nie powiedziała. Zeszłam na dół i wyszłam w olsztyński mrok.
Na sali Jerzy czekał przy wejściu. Podał mi rękę. Instruktorka puściła tango i znowu tańczyliśmy, i znowu się czerwieniłam, i zupełnie mi to nie przeszkadzało.
Tydzień później Magda zadzwoniła. Nie wspomniała o tańcu. Zamiast tego powiedziała:
- Mamo, w sobotę chciałabym do ciebie wpaść. Upiekę szarlotkę. Tę twoją, z kruszonką.
To nie była przeprosina. Magda nie umie przepraszać - to po ojcu. Ale szarlotka z kruszonką to w naszej rodzinie więcej niż słowa.
- Przyjdź - powiedziałam. - Ale o osiemnastej, bo wcześniej mam próbę.
Cisza. A potem - cichy śmiech.
- Dobrze, mamo. O osiemnastej.
Nie wiem, dokąd to prowadzi. Nie wiem, czy Jerzy to coś więcej, czy po prostu ktoś, z kim dobrze mi się tańczy i milczy.
Ale wiem jedno. Kiedy w piątek wieczorem staję na parkiecie i muzyka zaczyna grać, a czyjaś pewna dłoń prowadzi mnie przez pierwszy krok - nie mam sześćdziesięciu jeden lat. Nie mam żadnych lat. Mam tylko ten moment. I uśmiech, którego nikt nie ma prawa mi zabrać.