Basia wiedziała o mnie wszystko - i właśnie to okazało się najgorsze. Każdy sekret, każda łza, każde wyznanie szeptane do słuchawki o jedenastej w nocy - wszystko to miało swoich słuchaczy, o których nie miałam pojęcia. Przez dwadzieścia pięć lat.
Ale po kolei.
Poznałyśmy się w aptece na rogu Górnośląskiej, gdzie zaczęłam pracować jako magistra farmacji tuż po studiach. Basia przyszła po leki dla matki i zaczęłyśmy rozmawiać - tak zwyczajnie, o pogodzie, o cenach, o tym, że w naszym mieście wszystko jest blisko, ale jednak daleko od świata. Miałyśmy po trzydzieści dwa lata, obie po niedawnych rozstaniach, obie z poczuciem, że życie powinno wyglądać inaczej. Zaiskrzyło od razu.
Przez następne dwie dekady Basia była moim drugim oddechem. To ona trzymała mnie za rękę, kiedy Grzegorz - mój drugi mąż - odszedł po sześciu latach małżeństwa. To jej dzwoniłam, kiedy syn Damian miał wypadek na motorze i leżał trzy tygodnie na ortopedii w Poznaniu. To z nią jeździłam co roku nad morze, do tego samego pensjonatu w Darłówku, gdzie właścicielka znała nas po imieniu i stawiała dwa łóżka pod oknem z widokiem na latarnię.
Basia pracowała w urzędzie miasta, w wydziale komunikacji. Cierpliwa, spokojna, zawsze uśmiechnięta. Pół osiedla ją znało. Mówili na nią "nasza Basieńka" - bo każdemu pomagała, każdemu doradzała, z każdym zamieniła słowo na klatce schodowej.
Powinnam się domyślić wcześniej.
Pierwsze pęknięcie pojawiło się w styczniu, przy windzie. Sąsiadka z czwartego piętra, pani Grażyna, złapała mnie za łokieć i powiedziała półgłosem:
- Renata, a co tam u Damiana? Wrócił już do tej dziewczyny z Wrocławia?
Zamarłam. O Damku i Oliwii wiedziała tylko Basia. Syn prosił mnie, żebym nikomu nie mówiła o ich problemach, bo Oliwia nie chciała, żeby rodzina się wtrącała. Obiecałam. I dotrzymałam słowa - opowiedziałam tylko Basi, bo Basi mówiłam wszystko.
- Skąd pani wie? - zapytałam.
Pani Grażyna machnęła ręką.
- Oj, Renatko, na osiedlu to wiadomo.
Na osiedlu. Wiadomo.
Tamtego wieczoru nie zadzwoniłam do Basi. Pierwszy raz od lat. Siedziałam w kuchni, mieszałam łyżeczką w herbacie, która dawno ostygła, i próbowałam sobie przypomnieć, co jeszcze jej opowiadałam. Lista rosła jak gorączka.
Że Grzegorz odszedł, bo miał romans z koleżanką z pracy. Że wzięłam pożyczkę na remont łazienki i ledwo spłacałam raty. Że miałam wycięty guzek z piersi i płakałam dwa tygodnie, zanim przyszły wyniki. Że mój ojciec przed śmiercią zmienił testament i wydziedziczył brata, i że brat nie odzywa się do mnie od trzech lat.
Każda z tych rzeczy była cząstką mnie - surową, bezradną, prawdziwą. I każda mogła trafić na ławkę przed blokiem, podana z herbatnikiem i westchnieniem "biedna Renata".
Następnego dnia w aptece zrobiłam coś, czego nie jestem dumna. Kiedy przyszła Agnieszka - sąsiadka z mojej klatki, regularnie kupująca leki na ciśnienie - zapytałam od niechcenia:
- Agnieszka, a czy Basia czasem wspomina o mnie? Bo mam wrażenie, że na osiedlu dużo się o mnie mówi.
Agnieszka spojrzała na mnie z zakłopotaniem. Poprawiła torebkę na ramieniu. Odchrząknęła.
- Wiesz, Renata... Basia to dużo mówi. O wszystkich. Ale o tobie to chyba... najwięcej.
Cisza w aptece była tak gęsta, że słyszałam tykanie zegara na ścianie za moimi plecami. Poczułam coś dziwnego - nie wściekłość, nie smutek. Raczej takie nagłe rozumienie, jak kiedy okulista zmienia szkła i nagle widzisz litery, które wcześniej były plamą.
Zadzwoniłam do Basi dopiero po tygodniu. Nie kłóciłyśmy się. Nie było krzyków ani łez. Powiedziałam jej spokojnie, choć głos mi drżał:
- Basiu, wiem, że opowiadasz innym o moich sprawach. O Damku, o Grzegorzu, o pożyczce. Wiem to od kilku osób.
Po drugiej stronie zapanowała cisza. Potem usłyszałam cichy wdech.
- Renatka, ja nigdy... no, może czasem coś wspomniałam, ale to nie tak, że plotkowałam...
- A jak?
- No, ludzie pytali, martwiłam się o ciebie, to mówiłam, że masz ciężko...
Zamknęłam oczy. Znałam ten ton. Basia nie kłamała - ona naprawdę wierzyła, że się martwiła. Że dzielenie się moimi sekretami to było dzielenie się troską. Że opowiadając sąsiadkom o moim guzku w piersi, budowała wokół mnie sieć wsparcia, o którą nigdy nie prosiłam.
I to było najgorsze. Nie mogłam jej nienawidzić, bo ona nie robiła tego ze złości. Robiła to, bo potrzebowała być tą, która wie. Tą, do której przychodzą po informacje. "Nasza Basieńka" - bo każdemu pomagała, każdemu doradzała. Moim kosztem.
Nie zerwałam z nią przyjaźni jednym telefonem. To nie tak działa, kiedy ktoś jest wpleciony w dwadzieścia pięć lat twojego życia. Po prostu przestałam dzwonić o jedenastej. Potem przestałam odbierać w soboty. Potem odmówiłam wyjazdu do Darłówka.
Basia dzwoniła. Pisała. Zostawiała karteczki w drzwiach. "Renatko, co się dzieje? Zrobiłam ciasto, wpadnij." Przez kilka miesięcy próbowała, potem dzwoniła rzadziej, potem przestała.
Minął rok. Czasem widuję ją na osiedlu - wchodzi do windy, kiedy ja wychodzę. Uśmiechamy się do siebie tak, jak uśmiechają się ludzie, którzy kiedyś byli dla siebie całym światem, a teraz są współlokatorami tego samego bloku.
Damian mówi, że powinnam z nią porozmawiać. "Mamo, ludzie popełniają błędy." Ma rację. Ale jest coś, czego syn jeszcze nie rozumie. Zdrada męża to rana, która się goi - bo mąż to ktoś, kogo mogłaś nie do końca znać.
Zdrada przyjaciółki jest inna. Przyjaciółce dajesz to, czego mężowi nie dajesz - dajesz siebie bez makijażu, bez dumy, bez filtra. I kiedy ona to wynosi na klatkę schodową - zostajesz goła w miejscu, w którym myślałaś, że jesteś bezpieczna.
Dzisiaj mam sześćdziesiąt jeden lat, pracuję w tej samej aptece na Górnośląskiej i wieczorami piję herbatę sama. Nie jest mi źle. Nauczyłam się, że cisza po jedenastej w nocy może być spokojna, a nie samotna. Mam Damiana, mam wnuczkę Zosię, mam koleżanki z pracy, z którymi chodzę na basen w czwartki.
Ale nie mam Basi. I czasem, kiedy na ekranie telefonu widzę godzinę 23:00, łapię się na tym, że nadal sięgam po słuchawkę. Dwadzieścia pięć lat to nawyk, który siedzi w palcach. A palce nie wiedzą, że zaufanie się skończyło.