Wnuczka pokazała mi na tablecie zdjęcia z wakacji syna. Zuzia przyszła do mnie w sobotę rano, jak zawsze z plecaczkiem pełnym kredek i tabletem, od którego nie rozstawała się od urodzin.
Usiadła przy kuchennym stole, a ja postawiłam przed nią kakao i drożdżówkę z dżemem. Normalny poranek. Taki, po którym człowiek nie powinien się zmienić. A jednak.
- Babciu, popatrz, jakie mieliśmy fajne wakacje! - powiedziała, przesuwając palcem po ekranie.
Wzięłam tablet do ręki. Na pierwszym zdjęciu - turkusowa woda, białe leżaki, palmy. Na kolejnym - Darek z Agnieszką przy stoliku z owocami morza, za nimi napis "Aqua Paradise Resort". Potem Zuzia w dmuchanym flamingu na basenie. Agnieszka w białej sukience na tarasie z widokiem na morze. Kolacja przy świecach. Koktajle w wysokich szklankach.
Przesuwałam zdjęcie za zdjęciem i czułam, jak coś we mnie zastyga. Nie zazdrość - to nie o to chodziło. Coś gorszego. Coś, co smakuje jak zdrada, choć nikt nikogo nie zdradził w tradycyjnym sensie tego słowa.
Miesiąc wcześniej zadzwoniłam do Darka z prośbą. Tysiąc złotych na dentystę. Ząb pękł mi przy jedzeniu chleba - zwykłego, twardego chleba z osiedlowego sklepu. Ból nie do wytrzymania, a NFZ - kolejka na trzy miesiące. Prywatnie tysiąc złotych za koronę. Dla mnie, emerytki po trzydziestu latach na poczcie w Siedlcach, to były duże pieniądze. Nie ogromne, nie kosmiczne - ale takie, których nie miałam.
Darek westchnął w słuchawkę tak, jakbym poprosiła go o oddanie nerki.
- Mamo, nie gniewaj się, ale teraz naprawdę nie możemy. Agnieszka straciła zlecenie, ja mam opóźnione płatności od klientów. Ledwo wiążemy koniec z końcem. Może za miesiąc, dwa?
Powiedziałam, że rozumiem. Że dam radę. Że jakoś to będzie. Bo tak właśnie robią matki - mówią, że dadzą radę, nawet kiedy nie dają. Poszłam do tej kolejki na NFZ. Trzy miesiące z pękniętym zębem, z bólem przychodzącym falami, z tabletkami, które przestawały działać po godzinie.
A oni w tym czasie jedli owoce morza w Aqua Paradise Resort.
Odłożyłam tablet na stół. Zuzia patrzyła na mnie swoimi dużymi, niczego nie rozumiejącymi oczami.
- Babciu, fajnie było, nie? Tata mówił, że to niespodzianka.
- Tak, kochanie. Bardzo fajne.
Niespodzianka. To było dobre słowo. Tylko że niespodzianka była przede wszystkim dla mnie.
Kiedy Zuzia pojechała do domu, usiadłam w fotelu i próbowałam ułożyć to w głowie. Sześćdziesiąt trzy lata. Wdowa od ośmiu lat, odkąd Władek odszedł po zawale. Jedno dziecko - syn Dariusz, czterdzieści lat, własna firma remontowa w Siedlcach, żona Agnieszka, projektantka wnętrz. Niby dobrze im szło. A niby nie mogli pożyczyć matce tysiąca złotych.
Byłam zła? Tak. Ale bardziej niż złość czułam coś, czego nie umiałam nazwać. Jakby ktoś wyjął mi z rąk coś, o czym nie wiedziałam, że trzymam. Zaufanie, może. Wiarę, że jestem dla syna kimś ważnym. Że moje potrzeby gdzieś się liczą - choćby na samym końcu listy, ale się liczą.
Przez tydzień nie dzwoniłam. Darek też nie. To nie było niezwykłe - dzwonił zwykle co dwa tygodnie, w niedzielę wieczorem. Krótko: "Cześć, mamo, co słychać, wszystko dobrze? To pa."
W następną niedzielę telefon zadzwonił punktualnie.
- Cześć, mamo. Co słychać?
- Zuzia mi pokazała zdjęcia z wakacji - powiedziałam. Spokojnie, bez wyrzutu. Chciałam usłyszeć, co powie.
Cisza. Taka cisza, w której słychać, jak ktoś szuka słów i nie może ich znaleźć.
- Mamo, to nie tak, jak myślisz…
- A jak myślę, Darek?
- To był prezent od rodziców Agnieszki. Oni zapłacili za wszystko. My nie wydaliśmy złotówki.
Mogłam w to uwierzyć. Rodzice Agnieszki mieli pieniądze - Ryszard prowadził hurtownię budowlaną, Elżbieta miała aptekę. Mogli sobie pozwolić na taki gest. Ale coś mnie gryzło.
- A gdyby nie zapłacili? Gdybyś miał te pieniądze sam? To byś mi wtedy pożyczył ten tysiąc?
Znów cisza.
- To nie jest takie proste, mamo.
- A co tu jest skomplikowanego? Matka prosi o tysiąc na dentystę. Albo masz, albo nie masz. Ty mi powiedziałeś, że nie masz.
- Bo nie miałem! Te wakacje to był ich pomysł, ich pieniądze!
- Ale widzisz, synu, ja tego nie wiedziałam. Ja siedziałam trzy miesiące z pękniętym zębem i jadłam leki jak cukierki, a ty w tym czasie leżałeś na leżaku w Turcji. I nawet ci przez myśl nie przeszło, żeby poprosić teściów o ten tysiąc dla mnie? Skoro są tacy hojni?
To zdanie wyszło ze mnie samo. Nie planowałam go. Ale kiedy je wypowiedziałam, poczułam, że to jest sedno. Nie o pieniądze chodziło. Chodziło o to, że mój syn nie pomyślał o mnie. Że planując wakacje - nawet cudze, nawet sponsorowane - nie zatrzymał się ani na chwilę, żeby pomyśleć: mama potrzebuje pomocy.
Darek zaczął się tłumaczyć. Że nie chciał prosić teściów. Że to byłoby niezręczne. Że Agnieszka by się obraziła. Że on sam czuł się nieswojo z tym prezentem. Że chciał mi pożyczyć, ale potem zapomniał, a potem już nie wypadało, bo minęło tyle czasu.
Zapomniał. Mój syn zapomniał, że jego matka ma pęknięty ząb i nie może go naprawić, bo nie ma tysiąca złotych. A jednocześnie pamiętał, żeby spakować krem z filtrem i kąpielówki na wyjazd do Turcji.
- Darek - powiedziałam - nie jestem na ciebie zła. Ale jestem smutna. I chcę, żebyś wiedział dlaczego. Nie dlatego, że nie mam pieniędzy. Nie dlatego, że ty je masz albo nie masz. Tylko dlatego, że cię nie obeszło. Że nawet nie zapytałeś potem, czy dałam radę z tym zębem.
Po drugiej stronie słuchawki usłyszałam coś, co mogło być oddechem, a mogło być cichym łkaniem. Mój dorosły, czterdziestoletni syn, właściciel firmy, mąż i ojciec - i ten dźwięk.
- Mamo, przepraszam.
Dwa słowa. Mogłam powiedzieć "nic się nie stało" - bo tak robią matki. Mogłam machnąć ręką i zmienić temat. Ale nie tym razem.
- Przeprosiny przyjmuję. Ale chcę, żebyś o czymś pamiętał. Ja nie potrzebuję dużo. Nie chcę wakacji, samochodów, drogich prezentów. Chcę wiedzieć, że jak będę potrzebowała pomocy, to mój syn o mnie pomyśli. Nie jako ostatni. Nie po teściach, żonie i basenie w Turcji. Tylko w ogóle.
Rozłączyliśmy się. Wieczorem, patrząc przez okno na latarnie osiedlowe i słuchając, jak sąsiad z dołu ogląda mecz, myślałam o Władku. O tym, jak zawsze mówił: "Wychowaj syna tak, żeby nie musiał się go wstydzić." Wychowałam. Nie wstydziłam się Darka. Ale może za bardzo go chroniłam. Może za często mówiłam "dam radę" i za rzadko - "potrzebuję cię."
Następnego dnia pod drzwiami znalazłam kopertę. W środku tysiąc złotych i kartka, napisana tym samym nieczytelnym charakterem, który znałam od pierwszej klasy podstawówki: "Mamo, umów się na tego dentystę. Przepraszam, że tak późno."
Umówiłam się. Nie dlatego, że mi oddał pieniądze. Ale dlatego, że w końcu zadzwoniła do mnie Agnieszka i powiedziała: "Proszę pani, Darek mi wszystko opowiedział. Bardzo mi głupio. Proszę do nas przyjechać w niedzielę na obiad."
Pojechałam. Zuzia pokazywała mi nowe rysunki. Agnieszka podała rosół. Darek patrzył na mnie tak, jak nie patrzył od lat - jakbym była ważna. Nie "mamo, cześć, pa", ale naprawdę ważna.
Czy mu wybaczyłam? Tak. Ale tamtego wieczoru, wracając autobusem do domu, obiecałam sobie jedno - że następnym razem, kiedy będę czegoś potrzebowała, nie powiem "dam radę". Powiem: potrzebuję pomocy. I pozwolę swojemu synowi być synem.
Czasem trzeba pękniętego zęba, żeby zobaczyć pęknięcie w czymś znacznie ważniejszym.