Gdyby ktoś mi powiedział dziesięć lat temu, że będę stała na klatce schodowej obcego bloku, szukając w torebce kluczy do wynajętej kawalerki na czwartym piętrze bez windy - roześmiałabym się.
Albo rozpłakała. Trudno powiedzieć, co jest gorsze - nie przewidzieć czegoś takiego, czy wiedzieć, że sami do tego doprowadziliśmy.
Właściwie to nie sami. To Jerzy doprowadził.
Trzydzieści lat wspólnego życia zmieściło się w trzech kartonach, które zabrałam z mieszkania przy Słowackiego. Trzy kartony - tyle zostało po trzech dekadach. Resztę zostawiłam, bo przecież nie miałam gdzie tego wziąć.
Kawalerka na Gołębiowie, dwadzieścia osiem metrów, kuchnia z okienkiem, łazienka tak mała, że kolana dotykają drzwi. Za tysiąc trzysta złotych miesięcznie. Z emerytury po dwudziestu siedmiu latach w wydziale geodezji radomskiego urzędu miasta zostawało mi potem na jedzenie, leki i rachunki. I na nic więcej.
A Jerzy? Jerzy mieszkał w naszym trzypokojowym mieszkaniu z Moniką. Tą samą Moniką, którą poznał na rehabilitacji kolana. Miała pięćdziesiąt lat, jasne włosy i - jak to ujęła moja córka Agnieszka - zero wstydu.
Ale to nie Monika była problemem. Problem leżał w papierach.
Sąd przy rozwodzie orzekł jasno: Jerzy zatrzymuje mieszkanie, ale musi mi spłacić połowę jego wartości. Sto czterdzieści tysięcy złotych. Mógł w ratach - sędzia dał mu dwa lata. Słyszałam to wyraźnie, siedząc na sali rozpraw w granatowej bluzce, którą założyłam, żeby wyglądać poważnie. Jerzy skinął głową. Jego prawnik skinął głową. Wszyscy się zgadzali.
A potem przestali.
Pierwszy miesiąc - cisza. Napisałam SMS-a: "Jerzy, kiedy możemy ustalić harmonogram spłat?" Odpisał po dwóch dniach: "Muszę to przemyśleć." Drugi miesiąc - znowu cisza. Zadzwoniłam. Odebrała Monika. "Jerzy nie może teraz rozmawiać" - powiedziała tonem, jakby informowała o godzinach pracy przychodni. Trzeci miesiąc - w końcu spotkanie w kawiarni przy rynku. Jerzy przyszedł w nowej kurtce, pachniał innymi perfumami niż te, które znałam.
- Wiesława, ja nie mam z czego płacić - powiedział, mieszając kawę. - Sam wiesz, jaka jest moja emerytura.
- Wiem. I wiem, jaka jest moja - odpowiedziałam. - I wiem, że ja z mojej płacę za wynajem mieszkania, w którym żyję, bo ty siedzisz w naszym.
- Ono teraz jest moje. Tak orzekł sąd.
- Sąd też orzekł, że masz mi zapłacić sto czterdzieści tysięcy.
Wzruszył ramionami. Po trzydziestu latach małżeństwa potrafił jeszcze mną wstrząsnąć - tym wzruszeniem ramion, jakby moje sto czterdzieści tysięcy było drobnostką, kaprysem, zachcianką. Jakby dwadzieścia lat spłacania kredytu z mojej pensji urzędniczki było czymś, co można machnąć ręką.
Wróciłam do kawalerki i płakałam z wściekłości. Potem wytarłam nos, zrobiłam herbatę i zadzwoniłam do Agnieszki.
- Mamo, idź do komornika - powiedziała córka.
- Córeczko, on jest na emeryturze. Komornik zajmie mu może trzysta złotych miesięcznie. Policzyłam - spłata potrwa czterdzieści lat. Będę miała sto dwa lata.
Agnieszka milczała. Obie wiedziałyśmy, że matematyka jest bezlitosna.
Minęło pół roku. Nauczyłam się żyć w kawalerce. Nauczyłam się gotować na jednym palniku, bo drugi był zepsuty, a właściciel nie kwapił się z naprawą. Nauczyłam się chodzić na czwarte piętro z siatkami z Biedronki, odpoczywając na każdym piętrze. Nauczyłam się nie patrzeć w stronę Słowackiego, kiedy jechałam autobusem do przychodni.
A potem Krysia, moja dawna sąsiadka z tamtego bloku, zadzwoniła z wiadomością, która wszystko zmieniła.
- Wiesława, nie chciałam mówić, ale... oni robią remont. Wywalili podłogi, wymienili okna. Słyszę wiertarki od rana do wieczora.
Cisza. Moja cisza i jej cisza. Dwie kobiety po sześćdziesiątce, rozdzielone słuchawkami, rozumiejące to samo.
Remont. Jerzy, który nie miał pieniędzy na spłatę, remontował mieszkanie. Nasze mieszkanie. Kładł nowe panele na podłodze, po której chodziłam dwadzieścia lat. Wymieniał okna, przez które patrzyłam na kasztanowiec rosnący pod blokiem. Przerabiał kuchnię, w której ugotowałam tysiące obiadów.
Następnego dnia poszłam do prawniczki. Młoda, zdecydowana, gabinet na pierwszym piętrze kamienicy przy Żeromskiego. Wysłuchała, kiwnęła głową i powiedziała coś, co do dziś pamiętam słowo w słowo.
- Pani Wiesławo, on nie tyle nie może płacić. On nie chce. A to są dwie zupełnie różne rzeczy.
Złożyłyśmy wniosek o nadanie klauzuli wykonalności i skierowałyśmy sprawę do komornika. Ale to nie wszystko - prawniczka złożyła też wniosek o wyjawienie majątku. I tu zaczęło się robić ciekawie. Bo okazało się, że Monika pracowała w firmie cateringowej na pełen etat. Że razem z Jerzym kupili samochód - używany, ale jednak. Że remont kosztował, jak oszacował biegły, ponad trzydzieści tysięcy.
Pieniądze były. Tylko nie dla mnie.
Sąd wyznaczył termin posiedzenia. Jerzy przyszedł z opuszczoną głową, bez Moniki, bez nowej kurtki. Sędzia był konkretny. Dał Jerzemu trzy miesiące na rozpoczęcie spłat - albo komornik zajmie nieruchomość.
Na korytarzu sądu Jerzy dogonił mnie.
- Wiesława, no nie rób mi tego - powiedział cicho. - Chcesz mnie z domu wyrzucić?
Stałam pod tablicą z rozkładem rozpraw, z torebką przyciśniętą do piersi, i patrzyłam na człowieka, z którym zjadłam trzydzieści wigilii.
- Nie chcę cię wyrzucać z domu, Jerzy - powiedziałam. - Chcę odzyskać to, co mi się należy. Pracowałam na to mieszkanie tak samo jak ty. Każdą złotówkę, każdy miesiąc.
Odwrócił się i poszedł. Nie obejrzał się.
Pierwsza rata przyszła po sześciu tygodniach. Cztery tysiące złotych. Potem druga, trzecia. Regularnie, piętnaście dniach każdego miesiąca. Bez słowa, bez telefonu, przelew z tytułem "spłata - rata nr..."
Agnieszka mówi, że powinnam się cieszyć. I cieszę się - w jakimś sensie. Odłożyłam już tyle, że mogę myśleć o kupnie czegoś własnego. Czegoś małego, skromnego, ale mojego. Bez właściciela, który nie naprawia palnika. Bez klatki schodowej na czwarte piętro.
Ale czasem wieczorem, w tej wynajętej kawalerce na Gołębiowie, robię sobie herbatę i siadam przy oknie. Patrzę na parking, na latarnie, na bloki naprzeciwko. I myślę o tym, że sprawiedliwość nie powinna wymagać tylu telefonów, tylu rozpraw, tylu łez w poduszkę. Że po trzydziestu latach wspólnego życia człowiek nie powinien musieć walczyć o to, co jest oczywiste.
Ale potem odkładam kubek, otwieram zeszyt i zapisuję kwotę z ostatniego przelewu. Bo nauczyłam się jednego - nikt nie zadba o moje sprawy za mnie. Nawet jeśli obiecywał, że będzie.