Sto osiemdziesiąt tysięcy złotych. Tyle wynosił dług zapisany w hipotece na dom przy ulicy Klonowej - dom, w którym się wychowałam, w którym mama suszyła pranie na balkonie, a tata naprawiał rower na podwórku.
Siedziałam w kancelarii notarialnej na Starówce i wpatrywałam się w cyfrę, która nie miała prawa tam być. Notariusz mówił coś o odsetkach i harmonogramie, ale ja słyszałam tylko szum w uszach.
Moja siostra Patrycja ścisnęła mnie za rękę. Mocno, prawie do bólu. Spojrzałam na nią i zobaczyłam to samo, co pewnie było w moich oczach - niedowierzanie pomieszane z furią.
Nasz tata, Wiesław, zmarł w październiku. Miał sześćdziesiąt osiem lat i zawał na działce, między grządkami pomidorów a szopą, w której trzymał narzędzia. Sąsiad znalazł go dopiero wieczorem.
Pogotowie przyjechało, ale nie było już co ratować. Na pogrzebie było dużo ludzi - tata przez trzydzieści lat pracował jako kierowca w miejskiej komunikacji i znała go połowa osiedla. Stałam nad grobem w czarnym płaszczu, trzymałam się Patrycji i myślałam, że najgorsze już za nami.
Nie miałam pojęcia, jak bardzo się myliłam.
Miałam wtedy czterdzieści sześć lat. Z mężem Robertem mieszkaliśmy w bloku na Czubach, dwadzieścia minut autobusem od domu taty. Patrycja, o trzy lata młodsza, prowadziła małą kwiaciarnię na Bronowicach.
Obie dobrze zarabiałyśmy - nie na luksusy, ale na normalne życie. Rodzice rozwiedli się, kiedy miałam dwadzieścia lat. Mama przeniosła się do Puław, do swojej siostry. Tata został w domu. Ten dom - jednopiętrowy, z małym ogrodem, z żywopłotem, który tata przycinał co wiosnę - miał kiedyś trafić do nas.
Tak przynajmniej myślałyśmy.
Tata po rozwodzie żył sam przez kilka lat. Potem, jakieś osiem lat temu, poznał Renatę. Przedstawił nam ją na swoich imieninach - drobna blondynka, uśmiechnięta, pracowała w sklepie obuwniczym.
Byłam uprzejma, Patrycja mniej. "Tata jest dorosły, jego sprawa" - powiedziałam siostrze. "Dopóki ta sprawa nie dotyczy domu" - odpowiedziała Patrycja, i miała rację, choć wtedy tego nie doceniłam.
Renata nie zamieszkała z tatą. Miała własne mieszkanie na drugim końcu miasta, dwupokojowe, w bloku z lat siedemdziesiątych. Tata jeździł do niej, czasem zostawał na kilka dni, ale zawsze wracał na Klonową. Wyglądało na spokojny, dojrzały związek. Na święta tata przychodził do mnie albo do Patrycji, Renata zostawała u siebie. Nikt nie naciskał.
Pierwsze sygnały pojawiły się jakieś trzy lata przed śmiercią taty, ale ja ich nie odczytałam. Patrycja kiedyś zadzwoniła i powiedziała, że była u taty i widziała na stole jakieś faktury za materiały budowlane. "On nic nie remontuje" - powiedziała. Wzruszyłam ramionami. Może pomagał komuś. Może kupił coś na działkę.
Potem tata zaczął odmawiać wspólnych wyjazdów. Na wakacje nad Bałtyk - nie, bo "za drogo". Na wycieczkę parafialną do Częstochowy - nie, bo "nie ma czasu". Kiedy zaproponowałam, że pomalujemy mu kuchnię, powiedział, że nie trzeba, że "i tak jest dobrze". Kuchnia miała pękniętą glazurę i odchodzącą tapetę. Nie było dobrze.
Po pogrzebie wzięłyśmy się za papiery. Tata nie zostawił testamentu, więc dziedziczyłyśmy po połowie, jako jedyne dzieci. Renata nie miała żadnych praw do spadku - nie byli małżeństwem.
W sądzie rejonowym złożyłyśmy oświadczenia o przyjęciu spadku wprost. Patrycja chciała załatwić wszystko szybko. "Po co z dobrodziejstwem inwentarza, trzeba będzie robić spis, płacić komornikowi za inwentaryzację. Tata nie miał długów" - powiedziała. Zgodziłam się. To był nasz pierwszy błąd.
I ostatni, którego nie dało się cofnąć.
Kiedy notariusz prowadzący sprawę przepisania domu sprawdził księgę wieczystą, zadzwonił z prośbą o pilne spotkanie. Pojechałyśmy razem. Usiadłyśmy w ciasnym gabinecie pachnącym kawą i tonerem do drukarki, a on wyłożył przed nami wydruk z księgi wieczystej. W dziale czwartym widniała hipoteka umowna na sto osiemdziesiąt tysięcy złotych, ustanowiona cztery lata wcześniej na rzecz banku spółdzielczego.
- Ojciec wziął kredyt? - wyszeptałam.
- Kredyt gotówkowy, zabezpieczony hipoteką na tej nieruchomości - potwierdził notariusz. - Pozostało do spłaty około stu czterdziestu tysięcy.
Patrycja wstała tak gwałtownie, że krzesło uderzyło o ścianę. "Na co? Na co on wziął tyle pieniędzy?"
W banku powiedzieli nam tyle, ile musieli. Kredyt został udzielony na cel dowolny. Ale kiedy poszłam do domu taty i zaczęłam przeszukiwać szuflady - te same, które przeglądałam po pogrzebie szukając polis i dokumentów - znalazłam coś, czego wcześniej nie zauważyłam.
Pod stertą starych rachunków za gaz leżała teczka z fakturami. Wymiana okien, nowa łazienka, docieplenie, wymiana instalacji elektrycznej. Wszystko na adres, którego nie znałam. Sprawdziłam - to było mieszkanie Renaty.
Sto osiemdziesiąt tysięcy złotych. Tata obciążył hipoteką nasz rodzinny dom, żeby wyremontować mieszkanie swojej partnerki.
Pojechałam do Renaty. Otworzyła drzwi i przez chwilę stałam w progu, patrząc na nowe panele na podłodze, świeżo pomalowane ściany, plastikowe okna z roletami. Wszystko nowe, czyste, pachnące. Za to pieniądze mojego ojca. Za nasze pieniądze.
"Wiedziałaś?" - zapytałam.
Renata zbladła, ale nie udawała zaskoczonej. "Wiesław chciał. Sam zaproponował. Mówił, że i tak kiedyś sprzeda dom i kupi coś mniejszego."
Nie krzyczałam. Chciałam, ale nie krzyczałam. Zapytałam tylko: "I nie przyszło ci do głowy, że ten dom to nie tylko jego?"
Prawnik, do którego poszłyśmy z Patrycją, potwierdził to, czego się bałam. Przyjęłyśmy spadek wprost - odpowiadamy za długi taty bez ograniczeń, całym naszym majątkiem. Hipoteka obciąża dom.
Jeśli chcemy go zachować - musimy spłacać kredyt. Możemy go sprzedać, ale po odjęciu hipoteki zostanie niewiele. Mogłyśmy spróbować pozwać Renatę o bezpodstawne wzbogacenie, ale prawnik uczciwie uprzedził - to byłby długi proces, kosztowny, z niepewnym wynikiem. Musielibyśmy udowodnić, że Renata nie miała podstawy prawnej do przyjęcia tych pieniędzy, a tata dawał je dobrowolnie.
Pierwszą ratę zapłaciłyśmy w grudniu, na tydzień przed Wigilią. Siedemset złotych miesięcznie - trzysta pięćdziesiąt każda. Do tego odsetki. Do tego poczucie, że tata, którego kochałam, zostawił mi nie wspomnienia, ale pułapkę.
Patrycja nie odzywa się do Renaty. Ja próbowałam jeszcze raz - pojechałam w styczniu, w mroźny poniedziałek. Renata otworzyła drzwi w nowym swetrze, w wyremontowanym mieszkaniu, i powiedziała: "Mnie też jest ciężko, wiesz. Też za nim tęsknię."
Nie odpowiedziałam. Odwróciłam się i wyszłam.
Robert mówi, że powinnyśmy sprzedać dom i zamknąć temat. Patrycja mówi, że to nasz dom, że mama tam kiedyś wieszała pranie, że tata nie miał prawa go tak potraktować. Prawda jest taka, że miał - był jedynym właścicielem po rozwodzie, mama zrzekła się udziału w ramach podziału majątku.
Nocami leżę i patrzę w sufit. Liczę w głowie raty, które zostaną. Siedem lat. Czasem myślę o tacie i widzę go na tej działce, między pomidorami, z konewką w ręku. Uśmiechniętego. Czy wtedy już wiedział, co zrobił? Czy go to gryzło?
A może po prostu uznał, że jakoś to będzie. Że córki sobie poradzą.
Radzimy sobie. Ale nie tak, jak powinnyśmy.