Córka wzięła telefon na mój dowód - "bo jej nie dadzą, ma złą historię w BIK". Miał być jeden telefon. Wczoraj przyszło pismo o trzech niespłaconych ratach za sprzęt, o którym pierwszy raz słyszę.

Gdybym tamtego dnia w salonie operatora przeczytała to, co podpisywałam, zamiast patrzeć na córkę i myśleć, że pomagam - dziś nie siedziałabym z pismem od windykatora i drżącymi rękami. Ale to była Patrycja. Moje dziecko. A dziecku się ufa, nawet kiedy ma trzydzieści dwa lata i historię, o której wolałabym nie wiedzieć.

Zaczęło się rok temu, w maju. Patrycja wpadła do mnie w sobotę rano, czego normalnie nie robiła - mieszkała na drugim końcu Częstochowy, na Tysiącleciu, i weekendy spędzała po swojemu. Postawiłam wodę na herbatę, wyciągnęłam sernik z lodówki. Córka pokroiła sobie kawałek, ale nie jadła. Kruszyła widelcem i gadała o pracy, o tym, że w nowej firmie kurierskiej wymagają, żeby miała telefon z porządnym aparatem - do skanowania paczek, do aplikacji.

- Mamo, mam problem - powiedziała wreszcie, odkładając widelec. - Nie dostanę telefonu na raty. Mam wpis w BIK-u, pamiętasz, ta pożyczka sprzed dwóch lat...

Pamiętałam. Trzy tysiące złotych, które miały być na depozyt do mieszkania. Patrycja spłaciła je z półrocznym opóźnieniem, po tym jak przez dwa miesiące odbierałam telefony od jakiejś pani z firmy pożyczkowej, która pytała, czy wiem, gdzie jest moja córka.

- I co chcesz zrobić? - zapytałam, chociaż już wiedziałam.

- Jakbyś mogła podpisać umowę na siebie... Ja będę płacić raty, przysięgam. To tylko telefon, mamo. Potrzebuję go do pracy.

Dwadzieścia osiem lat przepracowałam w wydziale geodezji w urzędzie miasta. Dwadzieścia osiem lat podpisywałam dokumenty, sprawdzałam pieczątki, weryfikowałam numery działek. Powinnam była wiedzieć lepiej. Ale to nie była działka. To była córka.

W poniedziałek pojechałyśmy razem do salonu na Alejach. Patrycja wybrała model, konsultant wydrukował umowę. Trzy strony drobnym drukiem. Podpisałam wszędzie, gdzie Patrycja pokazała palcem. Konsultant poprosił o dowód, zrobił kopię, oddał. Córka wzięła telefon, pocałowała mnie w policzek i pojechała do siebie.

Przez pierwsze trzy miesiące raty schodziły z mojego konta regularnie - Patrycja robiła przelewy tytułem "za telefon, dzięki mamo" z uśmiechniętą buźką na końcu. Odpisywałam jej serduszko i nie myślałam o tym więcej.

W sierpniu Patrycja zadzwoniła, że musi załatwić reklamację - coś jej nie działało w telefonie - i że potrzebuje pełnomocnictwa, bo umowa jest na mnie i bez tego jej nie obsłużą.

- Wydrukuję formularz z ich strony, ty tylko podpiszesz - powiedziała. - Pięć minut.

Przyjechała z wydrukiem. Podpisałam. Patrycja schowała kartkę do torebki, wypiła herbatę i pojechała. Nie przeczytałam tego, co podpisałam. Bo dlaczego miałabym nie ufać własnemu dziecku?

Potem zaczęły się dziwne rzeczy. W październiku na wyciągu z konta zauważyłam dwa przelewy od operatora zamiast jednego. Zadzwoniłam do Patrycji.

- A, to pewnie za jakąś usługę dodatkową, wyłączę - powiedziała szybko.

W grudniu, tuż przed świętami, przelewy od córki się urwały. Napisałam SMS-a. Odpisała po dwóch dniach: "Przepraszam mamo, grudzień ciężki, wyrównam w styczniu". W styczniu nie wyrównała. W lutym przestała odbierać telefon, kiedy dzwoniłam wieczorami.

A wczoraj przyszło pismo. Polecony, za potwierdzeniem odbioru. Firma windykacyjna informowała mnie - mnie, Renatę Stępień, zamieszkałą przy ulicy Jasnogórskiej - o trzech zaległych umowach ratalnych za sprzęt. Telefon - ten, o którym wiedziałam. Tablet. I router mobilny. Łączna kwota zaległości przekraczała to, co zarabiałam w miesiąc.

Siedziałam przy kuchennym stole i czytałam to pismo trzy razy. Za każdym razem te same słowa. Wszystkie umowy podpisane na moje dane. Wszystkie zawarte na podstawie pełnomocnictwa, które podpisałam w sierpniu, myśląc, że chodzi o reklamację.

Zadzwoniłam do Patrycji. Tym razem odebrała.

- Mamo, ja to ogarnę - powiedziała takim tonem, jakim mówiła w liceum, kiedy oblała matematykę. - Miałam trudny okres, ale...

- Patrycja - przerwałam jej. Głos mi się nie trząsł, co mnie samą zdziwiło. - Ile umów podpisałaś na moje nazwisko?

Cisza. Słyszałam, jak oddycha.

- Trzy - powiedziała cicho. - Ale tablet był dla Kuby, bo jego się zepsuł, a router potrzebowałam do...

- Nie pytam, dla kogo. Pytam, dlaczego mi nie powiedziałaś.

- Bo wiedziałam, że się wkurzysz.

Wkurzysz. Jakby chodziło o rozbity wazon, a nie o kilka tysięcy długu na moje nazwisko. Jakby miała piętnaście lat, a nie trzydzieści dwa.

Rozłączyłam się. Potem zadzwoniłam do koleżanki z pracy, Zosi, która kiedyś miała podobną sytuację ze szwagrem. Zosia powiedziała: idź do operatora, weź wydruk wszystkich umów, potem do prawnika. I nie daj się zagadać córce.

Następnego dnia wzięłam wolne i pojechałam do salonu. Pani za ladą sprawdziła moje konto i zrobiła wielkie oczy. Trzy umowy ratalne, dwie aktywne usługi dodatkowe, pełnomocnictwo na Patrycję Stępień, ważne bezterminowo.

- Chcę cofnąć pełnomocnictwo - powiedziałam.

- Oczywiście. Ale zaległości na koncie pozostaną na panią - uprzedziła.

Wiedziałam to. Umowy są na moje dane, mój dowód, mój podpis. Prawnie to jest mój dług. Mogę zgłosić sprawę na policję - wyłudzenie, przekroczenie zakresu pełnomocnictwa. Ale to by oznaczało donos na własną córkę.

Siedzę teraz w domu, jest wieczór, herbata stygnie na stole. Przed sobą mam wydruki z salonu i pismo od windykatora. Na lodówce wiszą zdjęcia Patrycji z pierwszej komunii - biała sukienka, brak jedynki, uśmiech na całą twarz.

Zosia mówi, żebym szła do prawnika i nie patrzyła na sentymenty. Siostra mówi, żebym porozmawiała z Patrycją spokojnie, po ludzku. A ja myślę o tym, że przez dwadzieścia osiem lat w urzędzie nauczyłam się czytać każdy dokument trzy razy, sprawdzać każdą cyfrę, nie ufać nikomu na słowo. Każdemu - oprócz własnej córki.

Jutro zadzwonię do prawnika. Nie dlatego, że nie kocham Patrycji. Właśnie dlatego, że ją kocham. Bo jeśli teraz zapłacę, wezmę to na siebie i udamy, że nic się nie stało - za pół roku będzie kolejne pismo. I kolejne. Niektóre lekcje trzeba dawać, nawet kiedy się ma serce w gardle.

Sernik wciąż stoi w lodówce. Nikt go nie ruszył od soboty.