Przez trzy lata wysyłałam mężowi obiady w słoikach, bo mówił, że w Łodzi źle karmią w stołówce. Pakował je w niedzielę wieczorem do torby i jechał.
Po jego śmierci pojechałam do tego mieszkania w Łodzi zabrać rzeczy. W kuchni stały talerze dla dwóch osób, a na lodówce wisiało zdjęcie dziecka, które miało może dwa lata.
Szesnaście słoików. Tyle znalazłam w szafce pod zlewem w tym mieszkaniu w Łodzi, poustawianych w równym rzędzie jak żołnierze. Moje słoiki, z moimi naklejkami - "rosół wtorek", "gulasz czwartek", "żurek piątek".
Puste, czyste, odstawione na miejsce. Stałam nad nimi i nie mogłam zrozumieć, dlaczego widok tych słoików rozbił mnie bardziej niż sam pogrzeb.
Tadeusz pracował w Łodzi od sześciu lat. Dostał kontrakt w firmie budowlanej - coś przy nadzorze, nigdy dokładnie nie tłumaczył, a ja nie dopytywałam, bo pieniądze przychodziły regularnie i to wystarczało.
Wyjeżdżał w poniedziałek o piątej rano i wracał w piątek wieczorem, czasem w sobotę. W niedzielę wieczorem pakowałam mu torbę - czyste koszule, skarpetki i te słoiki z obiadami na cały tydzień.
Mam na imię Wiesława, mieszkam w Radomiu, szyję od trzydziestu lat. Najpierw w zakładzie krawieckim na Żeromskiego, potem na własną rękę, w domu, na maszynie, którą Tadeusz kupił mi na czterdziestkę. To była jedyna rzecz, której nie musiałam mu tłumaczyć - że potrzebuję tej maszyny jak powietrza. Resztę musiałam tłumaczyć zawsze.
Nasz syn Kamil skończył studia, wyjechał do Gdańska, dzwonił raz w tygodniu. Córka Patrycja mieszkała bliżej, w Kielcach, ale miała własne życie - dwójkę małych dzieci, męża, który pracował na zmiany. Zostałam z Tadeuszem. To znaczy - zostałam z niedzielami Tadeusza.
Przez te sześć lat przyzwyczaiłam się do pustego łóżka od poniedziałku do piątku. Do kolacji przy telewizorze, do herbaty parzonej tylko dla siebie. Tadeusz dzwonił wieczorami, krótko - "jak tam", "co u ciebie", "dobra, to idę spać, jutro ciężki dzień". Nigdy nie pytał, co szyję. Nigdy nie pytał, czy mi smutno. A ja nigdy nie pytałam, dlaczego przestał pytać.
Te słoiki z obiadami zaczęłam pakować trzy lata temu, kiedy Tadeusz narzekał, że stołówka na budowie podaje same ziemniaki z kapustą. Gotowałam w sobotę, rozkładałam na porcje, zakręcałam.
Rosół w jednym, drugie danie w drugim, czasem kompot na extra. Kamil śmiał się, że prowadzę catering dla jednego klienta. Tadeusz zabierał torbę bez komentarza, czasem mruknął "dzięki", czasem nie.
W marcu Tadeusz umarł. Serce. Zadzwonili z Łodzi rano, w środę. Nie z budowy - ze szpitala. Powiedzieli, że przyjechał karetką z mieszkania, ale już nie było co ratować.
Pogrzeb był w Radomiu, cichy, szybki. Kamil przyjechał z Gdańska, Patrycja z Kielcami. Sąsiadki przyniosły ciasta. Ksiądz mówił o "pracowitym życiu" i "poświęceniu dla rodziny". Stałam w czarnej sukience, którą sama uszyłam wieczorem przed ceremonią, i kiwałam głową, kiedy ludzie mówili "taki dobry człowiek był".
Dwa tygodnie po pogrzebie pojechałam do Łodzi zabrać rzeczy Tadeusza z mieszkania. Miałam klucze - zawsze miałam, na wszelki wypadek. Nigdy wcześniej z nich nie skorzystałam. Ani razu przez sześć lat. Teraz, stojąc przed drzwiami na trzecim piętrze bloku przy Marysińskiej, pomyślałam, że to dziwne - mieć klucze do życia, do którego nigdy się nie zagląda.
Mieszkanie było małe, ale zadbane. Czyste zasłony w oknie, kwiatek na parapecie, dywanik w przedpokoju. To mnie uderzyło pierwsze - Tadeusz nigdy nie kupował dywaników. Nigdy nie podlewał kwiatów. W Radomiu ledwo wieszał ręcznik na miejsce.
W kuchni zobaczyłam dwa talerze w suszarce. Dwa kubki na blacie. Dwie łyżeczki w miseczce obok cukiernicy. Pomyślałam - może ktoś go odwiedzał. Kolega z pracy. Sąsiad. Pomyślałam to, bo nie chciałam pomyśleć nic innego.
A potem zobaczyłam zdjęcie na lodówce.
Dziecko. Chłopczyk albo dziewczynka - trudno było powiedzieć, może dwuletnie, w czerwonej czapeczce, z buzią umazaną czekoladą. Zdjęcie przyciśnięte magnetycznym jabłuszkiem do lodówki. Na odwrocie, kiedy je odkleiłam drżącymi rękami, było napisane flamastrem: "Nasza Helenka, luty".
Nasza.
Usiadłam na podłodze kuchni, bo nogi się pode mną ugięły. Oparłam się plecami o szafkę - tę z moimi słoikami - i siedziałam, patrząc na to zdjęcie. Helenka. W lutym miała może dwa lata. Co znaczy, że urodziła się gdzieś w okolicy momentu, kiedy zaczęłam pakować Tadeuszowi obiady.
Zaczęłam szukać. Nie wiem, czego - może dowodów, że się mylę. W szafie w sypialni, obok kurtek Tadeusza, wisiała damska kurtka - cienka, wiosenna, rozmiar mniejszy niż mój. W łazience na półce stał szampon do włosów farbowanych. Tadeusz był łysy od pięćdziesiątki.
W szufladzie nocnej znalazłam paragon ze sklepu dziecięcego. Buciki, rozmiar dwadzieścia dwa. I drugie zdjęcie - Tadeusz trzymający dziecko na rękach, na tle jakiegoś placu zabaw. Uśmiechał się tak, jak nie pamiętałam, żeby się uśmiechał. A może się uśmiechał, tylko nie do mnie.
Nie krzyczałam. Nie płakałam. Siedziałam na tej podłodze może godzinę, może dwie, z zdjęciem w ręku i pustką w głowie. Myślałam o tych słoikach. O rosole w poniedziałek i gulaszu w czwartek. O tym, jak stałam w kuchni w Radomiu i kroiłam marchewkę, a on w tym czasie kąpał dziecko. Nasze dziecko. Nie nasze. Jego i tej drugiej.
Wyszłam z mieszkania i zamknęłam drzwi na klucz. Nie zabrałam niczego. Żadnych kurtek, żadnych narzędzi, żadnego zdjęcia. Zostawiłam nawet słoiki.
Kamil powiedział, że to nie zmienia tego, kim był ojciec. Patrycja powiedziała, że chce poznać to dziecko. Ja nie powiedziałam nic, bo nie wiedziałam, co powiedzieć. Jak opłakiwać kogoś, kto kłamał ci prosto w oczy przy każdym niedzielnym pakowaniu torby? Jak nienawidzić kogoś, kto już nie żyje i nie odpowie na żadne pytanie?
Sąsiadka Krysia przyszła z sernikiem i pytaniem, czy Tadeusz dużo cierpiał. Nie odpowiedziałam. Krysia pokiwała głową ze zrozumieniem, którego nie miała, i powiedziała, że przynajmniej nie był długo w szpitalu. Zamknęłam za nią drzwi i stałam w przedpokoju, patrząc na jego buty, które jeszcze stały pod wieszakiem.
Minęły cztery miesiące. Patrycja jeździ do Łodzi. Mówi, że Helenka jest podobna do Kamila, kiedy był mały - te same oczy, ten sam sposób marszczenia nosa. Mówi, że ta kobieta - Beata - jest cichą osobą, pracuje w aptece, nie wiedziała o nas. To znaczy - nie wiedziała o mnie. Bo o dzieciach Tadeusza wiedziała. Wiedziała, że ma syna i córkę z "poprzedniego związku".
Poprzedniego. Jakbym już nie istniała, kiedy jeszcze pakowałam mu te słoiki.
Nie pojechałam do tej Beaty. Nie wiem, czy pojadę. Patrycja mówi, że powinnam, że Helenka to w końcu siostra jej dzieci, że rodzina to rodzina. Kamil milczy. Ja szyję. Mam zamówienie na sukienkę komunijną dla wnuczki sąsiadki.
Biały tiul, koronka, dwieście drobnych fałdek. Przy każdej fałdce myślę o czymś innym. Przy stu dziewięćdziesięciu ośmiu - o niczym. Przy stu dziewięćdziesiątej dziewiątej - o tym, że nigdy nie zapytałam Tadeusza, czy mu smakuje ten rosół.
Przy dwusetnej - o tym, że pewnie smakował.