Z Haliną przyjaźniłyśmy się od pierwszej klasy liceum. Po jej śmierci córka oddała mi pudełko "od mamy, dla ciebie". W środku były wszystkie listy, które pisałam tamtego lata do pewnego chłopaka - i których on nigdy nie dostał.

Pudełko było po czekoladkach Wedla - takie zielone, z wytłaczanymi kwiatami na wieczku. Aska, córka Haliny, podała mi je na progu, kiedy wpadłam po pogrzebie po resztę ciasta na stypę.

- To mama kazała ci oddać. Mówiła, że będziesz wiedziała, o co chodzi - powiedziała, a ja nie wiedziałam. Nie miałam pojęcia.

Wsunęłam pudełko do torby, bo w tamtym momencie miałam głowę pełną tego, że trzeba jeszcze zawieźć wieniec na cmentarz i że Haliny po prostu nie ma. Że nie będzie więcej niedzielnych telefonów, które zaczynały się od - Bożena, słuchaj, co mi się wczoraj przydarzyło - i ciągnęły się po godzinę.

Że nie będzie więcej wspólnych wyjazdów do sanatorium, gdzie Halina zawsze zabierała dwa słoiki dżemu truskawkowego, bo - w sanatoriach dają takie małe, plastikowe, nikt się z tego nie naje.

Czterdzieści cztery lata przyjaźni. Od pierwszej klasy liceum w Lublinie, od ławki pod oknem, od ściągania z matmy, bo Halina w matmie była beznadziejna, a ja całkiem niezła. Czterdzieści cztery lata rozmów, kłótni, pojednań, wspólnych świąt i osobnych dramatów.

Ja po dwudziestu trzech latach małżeństwa z Leszkiem zostałam sama - on odszedł do młodszej. Halina po trzydziestu z Januszem owdowiała. Obie miałyśmy po córce. Obie pracowałyśmy do sześćdziesiątki - ja w księgowości w firmie budowlanej, Halina w bibliotece szkolnej. Obie na emeryturze odkryłyśmy, że bez pracy i bez mężczyzn to życie wcale nie jest gorsze. Czasem nawet lepsze.

Pudełko otworzyłam dopiero następnego dnia wieczorem. Siedziałam w kuchni, herbata stygła, kot Filemon leżał mi na stopach, a ja podniosłam wieczko i zobaczyłam koperty.

Swoje koperty. Ze swoim pismem.

Było ich jedenaście. Zaadresowane do Wojciecha Marca, na adres akademika politechniki we Wrocławiu. Nieotwarte, ze znaczkami, gotowe do wysłania. Jedenaście listów, które tamtego lata - lata tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego roku - pisałam nocami na działce u cioci i dawałam Halinie, żeby wrzuciła do skrzynki, bo ja nie mogłam wychodzić po szóstej, a skrzynka była trzy ulice dalej.

Halina obiecywała, że wrzuci. Wracała i mówiła - gotowe, poszło.

Nie poszło.

Pod kopertami leżała kartka - wyrwana z zeszytu w kratkę, jak za licealnych czasów. Pismo Haliny, już trochę drżące, pisane chyba niedługo przed śmiercią.

- Bożenka, nie umiem Ci powiedzieć tego na głos, bo się boję, że mi nie wybaczysz. A jeszcze bardziej boję się, że wybaczysz, bo to będzie znaczyło, że nasza przyjaźń była warta więcej niż to, co zrobiłam. I może tak jest. Ale Ty musisz to wiedzieć.

Dalej pisała, że tamtego lata też była zakochana w Wojtku. Że to nie był żaden wielki plan - po prostu pierwszego listu nie wrzuciła, bo pomyślała, że jak Wojtek nie dostanie odpowiedzi, to może sam się odezwie do niej. A potem drugiego. I trzeciego. I z każdym następnym było jej coraz bardziej wstyd, i coraz trudniej było się przyznać. Więc chowała je. Piętnaście lat trzymała w szafie, potem przeniosła na strych, potem do tego pudełka.

Wojtek nigdy się do niej nie odezwał. Do mnie zresztą też nie - bo myślał, że go olałam. Że tamte dwa tygodnie na obozie harcerskim nic dla mnie nie znaczyły. Że pocałunki nad jeziorem to była letnia zabawa, nic więcej.

A ja przez całe lato czekałam na odpowiedź, która nie przychodziła. Płakałam do poduszki i pisałam następny list, jeszcze dłuższy, jeszcze bardziej szczery. I dawałam Halinie, bo komu innemu.

Siedziałam w tej kuchni, z kopertami rozłożonymi na stole jak pasjans z przeszłości, i nie wiedziałam, co czuć. Złość? Na Halinę? Na siedemnastoletnią dziewczynę, która zrobiła coś głupiego z zazdrości i potem nie umiała się z tego wycofać?

Otworzyłam jeden z listów. Własne słowa, sprzed czterdziestu trzech lat. Pismo okrągłe, staranniejsze niż teraz, litery nachylone w prawo. Pisałam Wojtkowi o zachodach słońca nad jeziorem, o tym, że ciągle słucham tej kasety, którą mi nagrał, o tym, jak pachniały sosny koło naszego namiotu. Pisałam, że za nim tęsknię. Że chcę go zobaczyć we wrześniu.

Poczułam ukłucie w piersi - nie z powodu Wojtka. Z powodu tamtej dziewczyny, którą byłam. Takiej pewnej swoich uczuć, takiej odważnej w tej swojej siedemnastoletniej miłości. Gdzieś po drodze tę odwagę zgubiłam.

Zadzwoniłam do Aśki.

- Wiedziałaś, co jest w pudełku?

- Nie. Mama powiedziała tylko, żeby ci oddać po pogrzebie. Że zrozumiesz. - Aska zawahała się. - Coś złego?

- Nie - skłamałam. - Stare zdjęcia.

Nie chciałam, żeby córka Haliny dowiedziała się, co zrobiła jej matka. Po co? Haliny już nie było. Aska pamiętała ją jako dobrą, troskliwą mamę, która piekła szarlotkę na każde odwiedziny i która pod koniec choroby najbardziej martwiła się nie o siebie, a o to, czy Aska da sobie radę ze sprzedażą mieszkania.

Przez kilka dni chodziłam z tym jak z kamieniem w kieszeni. Pracowałam w ogródku, robiłam zakupy, rozmawiałam z sąsiadkami, a w głowie ciągle te koperty. Halina, która przez czterdzieści cztery lata siedziała obok mnie, piła herbatę, śmiała się z moich żartów, pocieszała mnie po rozwodzie - i cały ten czas wiedziała, że mi to zrobiła.

A potem pomyślałam o tym inaczej.

Czterdzieści cztery lata. To nie jest mało. To jest całe dorosłe życie. Halina mogła te listy spalić i zabrać tajemnicę do grobu. Nikt by się nie dowiedział. A jednak je zostawiła. Kazała oddać. Napisała tę kartkę drżącą ręką, wiedząc, że nie będzie mogła się bronić ani tłumaczyć.

Co to jest, jeśli nie forma odwagi? Spóźnionej o czterdzieści lat, ale jednak.

Wojtek. Szukałam go przez tydzień. Internet to potężna rzecz, nawet dla sześćdziesięciojednoletniej księgowej na emeryturze. Znalazłam go na jakimś portalu branżowym - Wojciech Marzec, emerytowany wykładowca politechniki. Wrocław. Żonaty, dwoje dzieci, wnuki. Zdjęcie profilowe: siwy mężczyzna w okularach, uśmiechnięty, na tle tablicy z równaniami.

Przez dwa dni pisałam do niego wiadomość. Kasowałam, pisałam od nowa, znowu kasowałam. Ostatecznie napisałam trzy zdania: że byłam na obozie w osiemdziesiątym pierwszym, że pisałam do niego listy tamtego lata, i że dopiero teraz dowiedziałam się, dlaczego nie odpowiedział.

Odpisał po godzinie. Jednym zdaniem: - Czyli jednak pisałaś.

Potem rozmawialiśmy przez telefon. Długo. Opowiedział mi, że tamtego września czekał na mnie pod akademikiem z bukietem astrowców, które ukradł z klombu przed rektoratem. Że stał dwie godziny.

Że potem się wściekł, a potem było mu smutno, a potem poznał Magdę i jakoś potoczyło się dalej. Że od czasu do czasu, raz na kilka lat, myślał o tamtym lecie. Nie z żalem - raczej z ciekawością, co by było, gdyby.

- I co by było? - zapytałam.

- Nie wiem - odpowiedział. - Ale dobrze wiedzieć, że to nie było tak, jak myślałem. Że ci zależało.

Listy schowałam z powrotem do pudełka po czekoladkach. Stoją na półce w pokoju, obok zdjęcia z pogrzebu Haliny i obok albumu z naszymi wspólnymi wycieczkami. Czasem na nie patrzę i myślę o Halinie - nie o tej, która schowała koperty, ale o tej, która przez czterdzieści lat nosiła w sobie ciężar tego, co zrobiła. Która przy mnie wypiła tysiąc herbat, przeszła setki spacerów, trzymała mnie za rękę w szpitalu po operacji kolana - i przez cały ten czas wiedziała.

Nie wiem, czy jej wybaczyłam. Ale wiem, że za nią tęsknię. I że na niedzielne telefony o szóstej czekam do dziś.