Na pogrzebie Krysi podszedł do mnie siwy mężczyzna i przedstawił się, ale poznałam go wcześniej, po oczach. Janek, technikum, siedemdziesiąty siódmy. Oboje pochowaliśmy swoich. W piątek zadzwonił: czterdzieści dziewięć lat, powiedział, czekał, żeby dokończyć tamtą rozmowę.
Gdyby ktoś mi powiedział, że na pogrzebie Krysi będę myślała nie o Krysi, ale o chłopaku z technikum, który kiedyś niósł mi torbę z książkami przez połowę Olsztyna - odpowiedziałabym, że już dawno przestałam o nim myśleć. I skłamałabym.
Krysia odeszła w maju, cicho, tak jak żyła. Trzeci rok po Stanisławie, mój drugi pogrzeb w tym samym kościele, na tej samej ławce. Stałam nad grobem z bukietem białych tulipanów i myślałam, że już chyba powinnam się przyzwyczaić do tego zapachu ziemi i świeżych kwiatów, do tego dźwięku łopaty, do milczenia, które zostaje po modlitwie. Ale nie potrafiłam.
Przy bramie cmentarza ktoś dotknął mojego łokcia.
- Przepraszam, czy pani Lucyna? Lucyna Majewska, z domu Kasprzak?
Obróciłam się. Siwy mężczyzna, wysoki, w ciemnym garniturze o odrobinę za szerokich ramionach. Twarz poorana zmarszczkami, ale oczy - oczy zostały. Jasne, szaroniebieskie, z tą samą iskrą, jakby ciągle się czemuś przyglądał z ukrytym rozbawieniem.
- Janek - powiedziałam, zanim zdążył się przedstawić.
Uśmiechnął się. Nie tym szerokim, beztroskim uśmiechem siedemnastolatka, który pamiętałam. Ciszej, ostrożniej. Jakby się bał, że się pomylił.
- Czterdzieści dziewięć lat - powiedział. - Policzyłem w drodze tutaj.
Przez chwilę staliśmy w ciszy, bo co się mówi po czterdziestu dziewięciu latach? Na pogrzebie wspólnej znajomej, z bukietami w rękach, z obrączkami na palcach, które nosimy po ludziach, których już nie ma.
Krysia połączyła nas wtedy i teraz. W siedemdziesiątym szóstym była tą, która na szkolnym korytarzu szturchnęła mnie w ramię i powiedziała: - Kasprzak, Jankowski na ciebie patrzy, ale udaje, że nie patrzy, więc lepiej sama do niego zagadaj, bo ten drewniany chłop sam tego nie zrobi.
Nie zagadałam. Byłam córką położnej i kierowcy autobusu, mieszkaliśmy na Zatorzu w bloku z cienkimi ścianami, a Janek był synem inżyniera z zakładów oponiarskich. W tamtych czasach to była różnica. Nie taka, o której się mówi głośno, ale taka, którą się czuje.
Przez dwa lata technikum siedzieliśmy w jednej ławce na matematyce. Janek wyjaśniał mi logarytmy, a ja pomagałam mu w polskim, bo nie umiał napisać wypracowania bez dziesięciu błędów ortograficznych.
Raz niósł mi torbę przez pół miasta, bo pękło ucho, i gdzieś na wysokości parku Jakubowo powiedział coś, czego nie dokończył. Zaczął od: - Lucyna, ja chciałem ci powiedzieć, że...
A potem nadjechał autobus, ten sam, który prowadził mój ojciec, i ojciec zahamował, otworzył drzwi i krzyknął: - Lucynka, wsiadaj, podwiozę!
Wsiadłam. Janek został na przystanku z moją torbą i niedokończonym zdaniem.
Potem były egzaminy, potem wakacje, potem wrzesień i jakoś tak się rozjechało. Janek dostał się na politechnikę do Gdańska, ja poszłam na szkołę medyczną tutaj, w Olsztynie. Przez rok pisał listy. Odpisywałam.
Potem listy się przerzedzały, potem przestały. Poznałam Stanisława, wyszłam za mąż, urodziłam Asię i Bartka, pracowałam jako położna w szpitalu miejskim. Przez trzydzieści pięć lat przyjmowałam na świat cudze dzieci i myślałam, że to jest moje życie, całe moje życie.
Stanisław był dobrym człowiekiem. Spokojnym, pracowitym, z zasadami. Nie był romantyczny, ale gdy zachorowałam na zapalenie płuc, trzy tygodnie gotował rosół, choć jedyne, co umiał wcześniej, to jajecznica.
Umarł na raka trzustki cztery lata temu, szybko, w trzy miesiące. Zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu z widokiem na tory kolejowe i z szafą pełną jego koszul, których nie potrafiłam wyrzucić.
Na stypie po Krysi Janek usiadł obok mnie. Opowiedział krótko, bez dramatyzmu. Żona, Małgorzata, zmarła sześć lat temu. Serce. Mieli syna w Gdyni, który pracował w stoczni. Janek wrócił do Olsztyna dwa lata temu - kupił małe mieszkanie na Jarotach, bo chciał być bliżej miejsc, które pamiętał.
- Krysia dała mi twój numer - powiedział. - Pół roku temu. Powiedziała, że powinienem zadzwonić.
- I nie zadzwoniłeś?
- Bałem się.
- Czego?
Nie odpowiedział od razu. Mieszał łyżeczką herbatę, patrząc gdzieś ponad moją głową, na ścianę sali, gdzie wisiał krzyż i zegar z cichym tykaniem.
- Że nie pamiętasz - powiedział wreszcie.
Chciałam powiedzieć, że pamiętam wszystko. Przystanek, torbę, park Jakubowo, niedokończone zdanie. Listy pisane niebieskim długopisem, w których nigdy nie pisał wprost, ale zawsze było tam coś między wierszami, coś, czego się domyślałam i czego udawałam, że nie widzę. Ale powiedziałam tylko:
- Pamiętam.
W piątek zadzwonił. Byłam wtedy w kuchni, kroiłam chleb na kolację, którą zjadłam sama, jak co wieczór, przy włączonym telewizorze, żeby nie słuchać ciszy.
- Lucyna, to Janek. Jankowski.
- Wiem, kto - odpowiedziałam.
Roześmiał się. Ten sam śmiech, tylko niższy, z lekką chrypką.
- Czterdzieści dziewięć lat - powiedział. - Policzyłem dokładnie. Od tego przystanku przy Jakubowie. I chciałem dokończyć tamtą rozmowę.
Serce mi zabiło mocniej. Sześćdziesiąt siedem lat, emerytka, kobieta, która przyjęła na świat ponad trzy tysiące dzieci, a tu - serce bije jak u dziewczyny, która stoi na przystanku z pękniętą torbą.
- To dokończ - powiedziałam.
I Janek zaczął mówić. Nie o miłości, nie od razu. O torbę. O to, jak stał na przystanku z moją torbą, jak wrócił z nią pieszo pod blok na Zatorzu, jak nie zastał mnie, bo ojciec zawiózł mnie do domu, i jak zostawił torbę pod drzwiami.
O to, jak potem w Gdańsku chodził nad morze i myślał, że powinienem był po prostu powiedzieć, zamiast czekać na idealny moment, który nigdy nie nadszedł.
- A co chciałeś powiedzieć? - zapytałam, choć wiedziałam.
- Że podobasz mi się. I że chciałbym z tobą chodzić. Tak to się wtedy mówiło. - Pauza. - A teraz nie wiem, jak się to mówi. Ale chciałbym się z tobą spotkać. Na kawę. Albo na spacer. Albo na cokolwiek, co ludzie w naszym wieku robią, kiedy chcą się zobaczyć.
Milczałam. Przez okno widziałam latarnię, która oświetlała kawałek chodnika i ławkę pod lipą, na której latem siadywałam ze Stanisławem. Pomyślałam o nim. O jego koszulach w szafie. O tym, że przez cztery lata nie wyrzuciłam ani jednej, bo każda pachniała jego wodą po goleniu, tą tanią, z Rossmanna, której używał od zawsze.
- Lucyna? Jesteś tam?
- Jestem - powiedziałam. - Myślę.
- O czym?
- O tym, czy to w porządku.
- Wobec kogo?
Dobre pytanie. Wobec Stanisława? Wobec Małgorzaty? Wobec tych czterdziestu dziewięciu lat, które przeżyliśmy osobno, i które ułożyły nam inne życia?
- Wobec wszystkiego - odpowiedziałam.
Janek milczał przez chwilę. Potem powiedział cicho:
- Krysia mi kiedyś powiedziała, że Stanisław był dobrym mężem. I że byłaś dobrą żoną. I że to nie wyklucza tego, że ktoś jeszcze na ciebie czeka.
Poczułam, jak oczy pieką. Nie od łez, nie płakałam. Od czegoś innego. Od uczucia, które nie miało nazwy - coś między wdzięcznością a strachem, między nadzieją a poczuciem, że jest za późno na nadzieję.
- W sobotę - powiedziałam. - Mogę w sobotę. Jest taki skwer przy Kościuszki, z ławkami pod kasztanowcami. Znasz?
- Znajdę.
Rozłączyłam się. Chleb na desce zdążył wyschnąć. Telewizor gadał coś o pogodzie na weekend. Wstałam, otworzyłam szafę i patrzyłam na koszule Stanisława. Wybrałam jedną - tę niebieską w kratę, którą nosił na niedzielne spacery - złożyłam, schowałam do pudełka i zamknęłam wieko.
Nie wyrzuciłam jej. Ale przeniosłam z szafy do pudełka, a pudełko postawiłam na antresoli.
To jeszcze nie jest nowy początek. To tylko trochę więcej miejsca.