Od śmierci męża jadam wszystkie posiłki sama. Młoda kasjerka z Biedronki, ta z warkoczem, od pół roku mówi mi na pożegnanie: "Do jutra, pani Krysiu". Wczoraj zdałam sobie sprawę, że to jedyna osoba, która zna moje imię.
Wczoraj wieczorem jadłam kolację - chleb z masłem i pomidor pokrojony w ćwiartki - i nagle mnie to uderzyło. Jak obuchem. Że ta dziewczyna z Biedronki, ta z długim warkoczem i dołeczkami w policzkach, jest jedyną żywą duszą, która zwraca się do mnie po imieniu. Odłożyłam nóż na talerz i siedziałam tak, patrząc na puste krzesło naprzeciwko mnie, dobre dziesięć minut.
Roman siedział na tym krześle dwa razy dziennie przez trzydzieści osiem lat. Śniadanie o siódmej, obiad o trzeciej. Nawet jak się kłóciliśmy - a kłóciliśmy się niemało - to jedliśmy razem. Milcząc czasem, ale razem. Teraz krzesło stoi odchylone od stołu pod tym samym kątem co wtedy, kiedy wstał z niego ostatni raz.
To było w styczniu, półtora roku temu. Roman poszedł do garażu odśnieżyć podjazd i nie wrócił. Sąsiad go znalazł - leżał przy łopacie, twarzą w śniegu. Lekarz powiedział, że poszło szybko, że pewnie nawet nie poczuł. Nie wiem, czy to miało mnie pocieszyć. Nie pocieszyło.
Mam sześćdziesiąt siedem lat, przez czterdzieści pracowałam jako pielęgniarka w szpitalu przy Medycznej w Płocku. Trzeci oddział, interna. Widziałam setki ludzi, którzy umierali - jedni w otoczeniu rodzin, inni sami, trzymając mnie za rękę. Myślałam, że wiem, czym jest samotność. Nie miałam pojęcia.
Syn Marek mieszka w Gdańsku z żoną i dwójką dzieci. Dzwoni w niedziele, czasem we wtorki. Rozmowy trwają siedem, góra dziesięć minut. Pyta, jak zdrowie, czy biorę leki, czy potrzebuję pieniędzy.
Mówię, że dobrze, tak, nie. On oddycha z ulgą i kończy, bo Zosia ma trening, a Kuba odrabia lekcje. Nie jest złym synem. Po prostu ma swoje życie, pędzące w tempie, w którym ja już dawno się nie mieściłam.
Przez pierwszy miesiąc po pogrzebie przychodziły sąsiadki. Wanda z parteru przynosiła rosół w słoiku, Elżbieta z drugiego piętra zapraszała na kawę. Powinnam była przyjmować. Wiem to teraz.
Ale wtedy wszystko mnie bolało - ich współczucie, ich oczy pełne ulgi, że to nie im się przydarzyło, ich opowieści o własnych mężach, którzy jeszcze żyją. Mówiłam, że dam sobie radę. Że potrzebuję spokoju. Drzwi się zamykały, a ja zostawałam sama z ciszą tak gęstą, że aż dzwoniła w uszach.
Po trzech miesiącach przestały przychodzić. Nie z obojętności - po prostu uwierzyły mi na słowo.
Mój dzień wygląda teraz tak: budzę się o szóstej, bo przez czterdzieści lat wstawałam na szóstą. Robię sobie herbatę. Piję ją przy stole, gdzie nikt nie siada naprzeciwko. Zmywam kubek. Ścieram blat.
Idę do Biedronki, bo to jedyne miejsce, gdzie muszę wyjść z domu. Kupuję chleb, mleko, jedno jabłko. Wracam. Gotuję obiad, choć gotowanie na jedną osobę to parodia - połowa zupy ląduje w pojemniku w lodówce, gdzie stoi tak długo, aż ją wylewam. Jem. Zmywam. Oglądam telewizor, nie patrząc na ekran. Kładę się o dziewiątej.
I gdzieś w tym wszystkim jest moment w Biedronce, kiedy ta dziewczyna - ma może dwadzieścia trzy lata, chuda, z warkoczem grubym jak pięść - mówi do mnie wesoło:
- Do jutra, pani Krysiu!
Pierwszy raz powiedziała to pół roku temu. Zdziwiłam się. Nie wiedziałam, skąd zna moje imię. Potem sobie przypomniałam - kiedyś płaciłam kartą, a na karcie jest wydrukowane "Krystyna Jabłońska". Musiała zerknąć.
Głupia sprawa, pomyślałam wtedy. Kasjerka zapamiętała imię. I co z tego?
A teraz, po pół roku, okazuje się, że bardzo dużo z tego.
Bo kiedy wczoraj wieczorem siedziałam nad tym chlebem z masłem i próbowałam policzyć, kto jeszcze zna moje imię - lista była przerażająco krótka. Marek, oczywiście. Ale Marek mówi "mamo".
Synowa Agnieszka mówi "mamo" albo "proszę pani", zależy od nastroju. Wnuki mówią "babciu". Lekarz rodzinny mówi "pani Jabłońska". Listonosz nie mówi nic, wkłada awiza do skrzynki. Sąsiadki, które kiedyś zapraszały na kawę, teraz kiwają głową na klatce schodowej i mówią "dzień dobry", ale ja nie wiem, czy jeszcze pamiętają, jak mam na imię.
Krystyna. Tak mi dała mamusia. Tata mówił "Krysia", Roman mówił "Krysiu", koleżanki z oddziału mówiły "Kryśka". Teraz te głosy zamilkły. Mama nie żyje od dwunastu lat, tata od dwudziestu, Roman od półtora roku. Koleżanki z oddziału rozsypały się po emeryturach - każda w swoje życie, swoje choroby, swoje wnuki.
Zostałam z kasjerką z Biedronki.
I nie piszę tego z goryczą. Piszę to ze zdumieniem. Bo ta dziewczyna - dowiedziałam się, że ma na imię Patrycja - nie musi tego robić. Mogłaby skanować moje zakupy, podać paragon i powiedzieć "do widzenia" jak do każdego. A ona mówi "pani Krysiu". Z uśmiechem. Jakby jej zależało, żebym wiedziała, że ktoś mnie widzi.
Dwa tygodnie temu byłam w Biedronce akurat wtedy, kiedy Patrycji nie było na kasie. Stała inna dziewczyna, młodsza, z krótkimi włosami. Pobiła moje zakupy, podała paragon, powiedziała "dziękuję". Wróciłam do domu i poczułam się gorzej niż zwykle. Dopiero wieczorem zrozumiałam dlaczego - zabrakło mi tego jednego zdania. "Do jutra, pani Krysiu." Trzech słów, które znaczyły: istniejesz.
To jest chyba najtrudniejsze w samotności po śmierci kogoś bliskiego. Nie brak rozmów - bo rozmowy mogę prowadzić z telewizorem. Nie brak dotyku - choć tego też brakuje. Ale brak bycia nazwaną.
Brak imienia w czyichś ustach. Człowiek bez imienia staje się cieniem. Chodzi po sklepach, siedzi w poczekalniach, jedzie autobusem - i nikt nie wie, że to jest Krystyna, sześćdziesiąt siedem lat, pielęgniarka z czterdziestoletnim stażem, żona Romana, matka Marka.
Wczoraj, po tej kolacji, po tym odkryciu nad chlebem z masłem, zrobiłam coś, czego nie robiłam od miesięcy. Zadzwoniłam do Wandy z parteru. Tej od rosołu w słoiku. Odebrała po trzecim sygnale. W tle było słychać telewizor.
- Wanda, tu Krystyna z czwartego. Przepraszam, że dzwonię tak późno.
Cisza. Potem:
- Krysia? Matko Boska, Krysia, myślałam, że ty... Jak się czujesz? Co się stało?
- Nic się nie stało - powiedziałam. - Chciałam zapytać, czy jutro mogłabyś wpaść na kawę.
Znowu cisza. A potem Wanda powiedziała cicho:
- Krysiu, ja od roku chcę wpaść na tę kawę.
Rozłączyłyśmy się i siedziałam na kanapie, ściskając telefon tak mocno, że palce mi zbiałały. Nie płakałam. Ale coś mi się rozluźniło w klatce piersiowej, coś, co było zaciśnięte tak długo, że zapomniałam, jak jest bez tego.
Dziś rano poszłam do Biedronki jak zwykle. Kupiłam chleb, mleko, jabłko - i paczkę ciastek maślanych, bo Wanda przychodzi o trzeciej. Patrycja siedziała na kasie, z tym swoim warkoczem i dołeczkami.
- Do jutra, pani Krysiu! - powiedziała, podając mi paragon.
Tym razem nie wzięłam paragonu od razu. Zatrzymałam się na sekundę.
- Do jutra, Patrycjo - odpowiedziałam.
Widziałam, że się ucieszyła. Drobna rzecz - ktoś użył jej imienia, tak jak ona używała mojego. Wyszłam na słońce z reklamówką w ręce i pomyślałam, że może od tego się zaczyna. Od tego, żeby powiedzieć komuś po imieniu. Od ciastek maślanych kupionych nie tylko dla siebie.
Roman by zrozumiał. Zawsze powtarzał, że z ludźmi trzeba rozmawiać, nawet kiedy się nie chce, bo cisza jest jak mróz - najpierw ziębi, potem zamraża, a na końcu nie czujesz już nic.
Miał rację. Jak zwykle.