Siostra namówiła mamę na generalny remont mieszkania i wzięła ją do siebie "na czas prac". Minęły dwa lata. U mamy mieszka teraz córka siostry z narzeczonym. Mama co niedzielę pyta mnie, kiedy oni wreszcie skończą tę łazienkę.
Mama mówi "remont" i uśmiecha się, jakby to było najnormalniejsze słowo na świecie. Mówi je co niedzielę, przy herbacie z cytryną, siedząc w ciasnym pokoiku u Agnieszki, w którym ledwo mieści się jej łóżko, szafka nocna i ta ikona Matki Boskiej, którą zabrała ze sobą, kiedy przeprowadzała się "na chwilę".
Tyle że ta chwila trwa już ponad dwa lata. A w mieszkaniu mamy, tym trzypokojowym na Czubach, dawno nie pachnie farbą ani klejem do płytek. Pachnie perfumami Patrycji, córki Agnieszki, i zapiekankami, które Damian robi sobie na kolację.
Widzę to wszystko wyraźnie. Pytanie brzmi, dlaczego moja matka nie widzi.
Mam na imię Celina, pracuję jako kadrowa w firmie budowlanej w Lublinie, mam pięćdziesiąt pięć lat i dwie siostry. Znaczy - miałam dwie. Agnieszka, młodsza o pięć lat, zawsze była tą bliżej mamy. Nie mówię tego z pretensją, to po prostu fakt.
Kiedy tata umarł dziesięć lat temu, to Agnieszka przyjeżdżała częściej niż ja. To ona woziła mamę do lekarza, chodziła z nią na cmentarz, robiła jej zakupy w Biedronce. Ja miałam pełne ręce roboty, miałam wtedy Olka w liceum i Kasię na studiach, więc Agnieszka powtarzała mamie: - Celina ma swoje sprawy, ja się tobą zajmę.
I zajęła się.
Pomysł z remontem pojawił się latem, dwa lata temu. Mama mieszkała sama w tym trzypokojowym od osiemnastu lat. Łazienka rzeczywiście pamiętała lata osiemdziesiąte, linoleum w kuchni odstawało przy zlewie, a kaloryfery trzeba było odpowietrzać co tydzień.
Mama się przyzwyczaiła, ale Agnieszka pewnego dnia powiedziała jej, że tak dalej nie można, że te rury mogą puknąć w każdej chwili i zaleje sąsiadów, że trzeba wreszcie zrobić tę łazienkę porządnie, wymienić instalację, odmalować.
- A ja niby gdzie będę mieszkać, jak będą kuć kafelki? - zapytała mama.
- U mnie, mamusiu. Mam pokój po Patrycji, jest wolny. Będziesz jak królowa.
Pokój po Patrycji. Bo Patrycja właśnie wtedy zamieszkała z Damianem w kawalerce na Bronowicach. Kawalerka wynajmowana, mała, droga.
Mama spakowała dwie torby. Zabrała leki, dokumenty, tę ikonę i album ze zdjęciami. Powiedziała mi przez telefon, że to na miesiąc, góra dwa. Że Agnieszka załatwi ekipę, że będzie pięknie. Ja pomyślałam wtedy - dobrze, niech mama odpocznie od pustego mieszkania.
Przez pierwsze tygodnie Agnieszka wysyłała mi zdjęcia. Zerwane kafelki w łazience, stos gruzu w wiadrach, wyrwany zlew. Wyglądało to przekonująco. Mama dzwoniła do mnie zadowolona.
- Agnieszka mówi, że fachowcy robią, co trzeba. Ja się cieszę, że nie muszę tego słuchać.
Potem zdjęcia się skończyły.
Zapytałam Agnieszkę w październiku, jak idą prace.
- Hydraulik się rozchorował. Czekamy na nowego. Wiesz, jaki jest rynek.
W grudniu zapytałam ponownie.
- Zmieniamy koncepcję, mama chce inne płytki. Trzeba było zamówić z powrotem.
Mama nic mi nie mówiła o żadnych płytkach. Ale mama nigdy nie wybierała płytek w życiu - tata robił wszystko sam, potem sąsiad pomagał. Zapytałam mamę wprost, czy ktoś ją pytał o płytki.
- Agnieszka wie lepiej, co ładne - powiedziała mama. - Ja się na tym nie znam.
Na wiosnę następnego roku pojechałam na Czuby.
Stałam pod blokiem i patrzyłam na okna na trzecim piętrze. Firanki były inne. Nowe, kremowe, z jakimś wzorem. Na balkonie stał rower i doniczki z ziołami. Mama nigdy nie hodowała ziół. Mama hodowała pelargonie.
Zadzwoniłam do Agnieszki.
- Agnieszka, kto mieszka u mamy?
Cisza. Taka cisza, po której wiesz, że następne zdanie będzie kłamstwem.
- Patrycja tam pilnuje mieszkania, żeby nie stało puste. Wiesz, jak jest - puste mieszkanie to zaproszenie dla złodziei. I przy okazji nadzoruje remont.
- Jaki remont? Byłam tam pięć minut temu. Na balkonie są zioła i rower. Tam ktoś mieszka, Agnieszka.
- To tymczasowe. Patrycja i Damian mieli problemy z kawalerką, właściciel podniósł czynsz. Pomyślałam, że skoro mieszkanie i tak stoi...
- Stoi? Miało być remontowane.
- Celina, nie dramatyzuj. Jak mama wróci, oni się wyprowadzą. To kwestia organizacji.
Organizacji. Mama od roku spała w pokoju dziesięć metrów kwadratowych, a Patrycja z Damianem zajmowali jej trzypokojowe. I to była kwestia organizacji.
Pojechałam do mamy. Siedziała w tym pokoiku, oglądała telewizję na małym ekranie, bo duży telewizor został w jej mieszkaniu. Na szafce nocnej stała ikona i zdjęcie taty. Na parapecie orchidea, jedyna roślina, na którą było miejsce.
- Mamo, byłam na Czubach. Tam mieszka Patrycja z Damianem.
Mama spojrzała na mnie spokojnie.
- Wiem, córeczko. Agnieszka mówiła, że tak będzie lepiej, żeby ktoś pilnował.
- Ale mamo, tam nie ma żadnego remontu. Nikt nic nie remontuje. Oni tam po prostu mieszkają.
- Jak skończą łazienkę, to wrócę - powiedziała mama tonem, którym zamyka się temat. - Agnieszka obiecała.
I wtedy zrozumiałam coś, co bolało bardziej niż sam podstęp Agnieszki. Mama wiedziała. Gdzieś głęboko, pod tą warstwą zaufania do młodszej córki, mama musiała wiedzieć, że żadna łazienka nie powstaje.
Ale przyznanie tego oznaczałoby, że Agnieszka - ta, która woziła ją do lekarza, robiła zakupy, przyjeżdżała częściej - wykorzystała jej zaufanie. A tego mama nie mogła przyjąć do wiadomości. Bo co by jej wtedy zostało?
Rozmawiałam z Agnieszką jeszcze dwukrotnie. Za pierwszym razem powiedziała, że Patrycja i Damian zbierają na własne mieszkanie, że to chwilowe rozwiązanie, że mama jest u niej zaopiekowana i nie narzeka. Za drugim razem powiedziała mi, żebym się nie wtrącała, bo to nie moja sprawa.
- To jest mieszkanie naszej matki, Agnieszka. To jest dokładnie moja sprawa.
- A gdzie byłaś, kiedy mama potrzebowała pomocy z ZUS-em? Kiedy miała problem z ciśnieniem i trzeba było jechać do kardiologa? Kiedy trzeba było wymienić jej kuchenkę?
To był cios, który znała na pamięć. Bo to była prawda - nie cała, ale wystarczająca, żeby mnie uciszyć. Ja siedziałam po godzinach nad dokumentami, wracałam do domu wykończona. Agnieszka była bliżej. I teraz korzystała z tego jak z argumentu nie do zbicia.
Minęły kolejne miesiące. Mama co niedzielę przychodzi do mnie na obiad. Przynosi sernik, który piecze u Agnieszki w ciasnej kuchni. Siadamy przy stole i mama opowiada o serialach, o pogodzie, o sąsiadce Agnieszki, która ma kota. A potem, regularnie jak zegar, pyta:
- Celina, a jak myślisz, kiedy oni skończą tę łazienkę?
Nigdy nie mówi "Patrycja i Damian". Mówi "oni" - jakby to byli robotnicy, fachowcy, ekipa remontowa. "Oni" to bezpieczne słowo. "Oni" nie ma twarzy wnuczki, która urządziła się w jej mieszkaniu.
Ja odpowiadam:
- Nie wiem, mamo. Trzeba zapytać Agnieszkę.
Bo co mam powiedzieć? Że nie będzie żadnej łazienki? Że Patrycja z Damianem postawili swoją komodę w miejscu, gdzie stała meblościanka po tacie? Że Agnieszka nie zamierza nic zmieniać, bo obecny układ jest dla niej idealny - mama pod ręką, mieszkanie zajęte przez córkę, czynsz za kawalerkę zaoszczędzony?
Mogłabym pójść do prawnika. Mieszkanie jest mamy, mama jest właścicielką, nikt jej nic nie podpisał do sprzedaży ani darowizny. Prawnie sytuacja jest prosta - mama mogłaby wrócić jutro i kazać Patrycji się wyprowadzić.
Tyle że mama tego nie zrobi. Bo mama kocha Agnieszkę, kocha Patrycję i woli wierzyć w łazienkę, która nigdy nie powstanie, niż stanąć po mojej stronie i przyznać, że została oszukana.
A ja? Ja stoję z boku i patrzę, jak moja matka co niedzielę pyta o remont, który nie istnieje. I nie wiem, co jest gorsze - że Agnieszka to zrobiła, czy że mama woli tego nie widzieć. Czy może to, że ja też w końcu przestaję poprawiać i mówię "trzeba zapytać Agnieszkę", zamiast powiedzieć prawdę prosto w oczy.
Ostatnio Patrycja wstawiła nowe drzwi do łazienki. Widziałam na jej Instagramie. Białe, z matowym szkłem. Ładne. Ten remont trwa i trwa - tyle że robi go ktoś inny, dla siebie.
A mama upiekła sernik i przyniosła mi na niedzielę. Podała mi kawałek i powiedziała:
- Jak skończą, to zaproszę was obie na obiad. Do siebie. Nareszcie porządna łazienka będzie.
Ugryzłam sernik i pokiwałam głową.