W środę zawiozłam auto męża na przegląd, bo jemu wypadła zmiana. Mechanik przepisał przebieg i powiedział, że od poprzedniego badania zrobiliśmy czterdzieści dwa tysiące kilometrów. Mąż jeździ tylko do pracy. To trzy przystanki stąd.
Mechanik podał mi kartę z wydrukowanym przebiegiem i powiedział, żebym podpisała w dolnym rogu. Podpisałam. A potem jeszcze raz spojrzałam na tę cyfrę - czterdzieści dwa tysiące siedemset osiemnaście - i poczułam, jak mi sucho robi się w gardle.
- Przepraszam - powiedziałam - a ile było rok temu, przy poprzednim przeglądzie?
Mechanik przeleciał palcem po dokumentach.
- Sto dwadzieścia osiem tysięcy. Teraz jest sto siedemdziesiąt. Sporo najeździliście.
Sporo. Czterdzieści dwa tysiące kilometrów w dwanaście miesięcy. Roman jeździ do pracy na drugą zmianę, wraca wieczorem. Z domu do fabryki jest cztery kilometry. Cztery tam, cztery z powrotem. Osiem dziennie. Nawet gdyby pracował trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku, bez chorobowego, bez urlopu, bez świąt - wyszłoby jakieś trzy tysiące. Nie czterdzieści dwa.
Siedziałam w samochodzie na parkingu przed warsztatem i liczyłam jeszcze raz. Na kalkulatorze w telefonie, bo już mi się ręce trzęsły i nie mogłam w głowie. Osiem razy dwieście pięćdziesiąt dni roboczych - dwa tysiące kilometrów.
Dodałam weekendowe wyjazdy na zakupy, do teściowej, na działkę latem. Może pięć tysięcy. Może sześć, gdyby się uprzeć. Zostaje trzydzieści sześć tysięcy kilometrów, które pojechały gdzieś, o czym nie wiem.
Zadzwoniłam do Celiny. Celina jest moją koleżanką jeszcze ze szkoły pielęgniarskiej, pracujemy na tym samym oddziale od piętnastu lat.
- Cela, ile to jest trzydzieści sześć tysięcy kilometrów? Bo ja nie umiem tego sobie wyobrazić - powiedziałam i sama usłyszałam, jak głupio to brzmi.
- Marzena, o czym ty mówisz?
- Roman najechał czterdzieści dwa tysiące w rok. Do pracy ma cztery kilometry.
Celina milczała tak długo, że sprawdziłam, czy się nie rozłączyło.
- Sto kilometrów dziennie - powiedziała w końcu cicho. - Każdego dnia. Włącznie z weekendami.
Sto kilometrów dziennie. To mniej więcej tyle, co do Płocka i z powrotem. Albo w jedną stronę do Łodzi. Albo gdzieś, o czym nie mam pojęcia, codziennie przez rok.
Wyłączyłam silnik i otworzyłam schowek. Wizytówki, okulary przeciwsłoneczne, instrukcja obsługi, paragony. Zaczęłam przeglądać paragony jeden po drugim. Stacja Orlen przy obwodnicy - to nasza, normalna. Stacja Shell, Kutno. Stacja BP, Łęczyca. Stacja Circle K, Łowicz.
Wszystkie na trasie w jednym kierunku. Na zachód.
Mam na imię Marzena, mam pięćdziesiąt trzy lata i od dwudziestu czterech jestem żoną Romana. Jestem położną w szpitalu powiatowym. Roman pracuje w fabryce opakowań na drugą zmianę - wychodzi z domu o trzynastej, wraca koło dwudziestej drugiej. Tak mi mówił. Tak myślałam.
Tej środy, siedząc w jego samochodzie z garścią paragonów z benzyniarek, zaczęłam rozumieć, że od roku - a może dłużej - nie mam pojęcia, co mój mąż robi przez dziewięć godzin dziennie.
Wróciłam do domu i nie powiedziałam ani słowa. Roman wrócił o wpół do jedenastej - jak zwykle - pocałował mnie w czoło i poszedł pod prysznic. Patrzyłam na niego i myślałam o tych paragonach. Kutno. Łęczyca. Łowicz. Zachód. Zawsze zachód.
Przez następne dwa tygodnie zachowywałam się normalnie. Robiłam obiad, prałam jego koszule, rozmawiałam wieczorem o rachunkach i o tym, że kosiarka znowu się zacina. A kiedy wychodził do pracy, sprawdzałam przebieg.
Zapisywałam w notesie, który chowałam pod podszewką zimowej torebki. Poniedziałek - plus sto dwanaście. Wtorek - plus sto osiem. Środa - plus dziewięćdziesiąt siedem. W sobotę, kiedy Roman pojechał "do kolegi naprawić ogrodzenie" - plus dwieście czterdzieści jeden.
To nie były kilometry do pracy.
Celina powiedziała, że mam sprawdzić telefon. Nie chciałam. Nie dlatego, że byłam naiwna. Dlatego, że tak długo, jak nie wiedziałam na pewno, mogłam jeszcze żyć w wersji świata, w której mój mąż po prostu lubi jeździć samochodem. Ludzie mają dziwne nawyki, prawda? Może jeździ nad Wisłę patrzeć na wodę. Może odwiedza grób ojca w Łęczycy częściej, niż mi mówi.
Ale grób ojca jest w Łęczycy, a paragony ciągnęły się dalej. Łowicz. Skierniewice. I jeden - tylko jeden, zmięty, wciśnięty między fotel a drzwi - ze stacji przy zjeździe na Łódź.
W trzecim tygodniu zapisałam numery rejestracyjne samochodu i zadzwoniłam do warsztatu. Zapytałam, czy mąż przypadkiem nie wymieniał opon w ciągu ostatnich miesięcy - bo opony się zużywają przy takiej jeździe, prawda? Mechanik sprawdził. Roman był u niego w styczniu, wymieniał przednie. W styczniu. Nowe opony trzymają sześćdziesiąt tysięcy. Zużył przednie w osiem miesięcy.
- Pani mąż musi dużo jeździć - powiedział mechanik. - Może handluje czymś? Dużo chłopaków teraz dorabia.
Nie handluje. Sprawdziłam konto. Żadnych dodatkowych wpływów. Wypłaty jak zawsze, wydatki jak zawsze. Tylko paliwo - gdy się przyjrzałam, tankował trzy razy w tygodniu. A ja tego nie widziałam, bo paliwo płacił kartą, a ja nie sprawdzałam wyciągów.
W czwartym tygodniu złamałam się. Kiedy Roman był pod prysznicem, wzięłam jego telefon. Kod znałam - rocznica ślubu, nie zmienił od lat. Otworzyłam wiadomości.
Nie musiałam daleko szukać. Drugie imię na liście, po moim. "Ania."
Wiadomości codziennie. Czasem pięć, czasem dwadzieścia. Spokojne, zwyczajne. "Kupiłem chleb, będę o piątej." "Dzisiaj dłużej, nie czekaj z obiadem." "Tęsknię." "Dobrze spałaś?"
Takie same wiadomości, jakie pisał do mnie piętnaście lat temu. Zanim przestał.
Zjechałam wyżej. Zdjęcie kuchni - nie naszej. Zdjęcie kota - nie mamy kota. Zdjęcie talerza z jajecznicą z podpisem "twoja ulubiona". Roman nienawidzi jajecznicy. A raczej - mówił, że nienawidzi.
Ania mieszka w Łodzi. Ma czterdzieści jeden lat, pracuje w bibliotece. Mają - mają, nie miałam innego słowa - mają swoje zwyczaje. Roman przyjeżdża do niej trzy, cztery razy w tygodniu. Wychodzi z domu o trzynastej, ale do fabryki jedzie na pół godziny, resztę czasu spędza u niej. Wraca wieczorem, żebym nie zauważyła.
Nie wiem, jak długo to trwa. Wiadomości sięgały dwóch lat wstecz. Ale wzorzec paragonów sugerował, że dłużej.
Zamknęłam telefon i położyłam go z powrotem na półce w łazience. Roman wyszedł spod prysznica, wytarł się i powiedział:
- Jutro muszę zostać dłużej. Nadgodziny.
- Dobrze - odpowiedziałam.
Miałam takie uczucie, jakby ktoś wyjął ze mnie wszystkie wnętrzności i zostawił samą skórę. Nie płakałam. Nie krzyczałam. Stałam w przedpokoju i patrzyłam, jak mój mąż od dwudziestu czterech lat wiąże buty i wychodzi do kobiety, która robi mu jajecznicę, której niby nienawidzi.
Celina powiedziała, żebym z nim porozmawiała. Siostra powiedziała, żebym pakowała walizki. Matka powiedziała, żebym się modliła.
Ja zrobiłam coś innego. Weszłam w historię nawigacji.
Roman kasował historię tras, ale nie kasował zapisanych adresów. Miał zapisane dwa. "Dom" - nasz adres. I "A." - ulica Próchnika w Łodzi.
Pojechałam tam w piątek, kiedy Roman był na swojej "drugiej zmianie". Ulica Próchnika okazała się cichą, zadrzewioną boczną ulicą niedaleko centrum. Blok z lat dziewięćdziesiątych, schludny, z domofonem. Na trzecim piętrze w oknie stała doniczka z czerwoną pelargonią. Nie wiem, dlaczego zapamiętałam akurat tę pelargonię.
Nie weszłam. Nie zadzwoniłam. Siedziałam w samochodzie - w jego samochodzie, w tym samym, który przywiózł mnie do mechanika cztery tygodnie wcześniej - i patrzyłam na okna trzeciego piętra.
Światło w kuchni zapaliło się o szesnastej dwadzieścia. O szesnastej trzydzieści na balkon wyszła kobieta i podlała kwiaty. Zwyczajna. Ciemne włosy do ramion, koszulka w paski. Nie piękna, nie brzydka. Normalna. Z sąsiedniego pokoju ktoś ją zawołał - usłyszałam przez uchylone okno. Męski głos. Znajomy.
Odjechałam.
Wracając, zatrzymałam się na tej samej stacji Orlen przy obwodnicy, na której Roman tankuje, jadąc do domu. Kupiłam kawę z automatu i stałam przy samochodzie. Na liczniku było sto dziesięć kilometrów więcej niż rano.
Sto dziesięć. Tyle co codziennie. Mechanik miał rację. Sporo najeździliśmy.
Minęły dwa miesiące. Nie powiedziałam Romanowi, że wiem. On nie powiedział mi, że ma drugie życie sto kilometrów stąd. Dalej jemy razem kolację, dalej rozmawiam z nim o kosiarkce, dalej całuje mnie w czoło przed prysznicem.
Czasem w nocy, kiedy Roman śpi, wchodzę do kuchni i siadam przy stole. Patrzę na lodówkę, na kalendarz, na szafki, które sam montował osiem lat temu. I myślę o tej drugiej kuchni w Łodzi, o tej kobiecie, która podlewa pelargonie, i o jajecznicy, którą niby nienawidzi.
Nie wiem jeszcze, co zrobię. Ale wiem jedno - te czterdzieści dwa tysiące kilometrów nie znikną, nawet gdybym chciała udawać, że ich nie ma.