Po smierci mamy ustalilismy z bratem, ze jej mieszkanie na razie postoi - "w takim stanie nikt nie wynajmie". Klucze wzial on. W srode sasiadka mamy zapytala mnie na targu, czy ci studenci u mamy to na dlugo, bo glosno chodza po schodach. Mieszkaja od pazdziernika.

- Pani Iwono, ja nie chcę być wścibska - Krystyna z drugiego piętra złapała mnie za rękaw przy stoisku z truskawkami - ale ci studenci u pani mamy, to na długo? Bo chodzą po schodach jak słonie, a ja mam lekki sen.

Stałam z siatką w jednej ręce i portfelem w drugiej, i przez chwilę nie rozumiałam, o czym ona mówi. Mama nie żyła od dziewięciu miesięcy. Mieszkanie stało puste. Tak ustaliliśmy z Henrykiem.

- Jacy studenci? - zapytałam, chociaż w środku coś już zaczynało się kurczyć.

- No, chłopak i dziewczyna. Młodzi, uprzejmi, kłaniają się. Ale ta muzyka wieczorami, pani rozumie. Mieszkają od października, to ja myślałam, że pani wie.

Nie wiedziałam. Nie miałam pojęcia. I nagle truskawki, targ, majowe słońce, szczęk monet na ladzie - to wszystko stało się dekoracją, za którą właśnie runęło coś, czego nie umiałam jeszcze nazwać.

Klucze miał Henryk. Jedyne klucze.

Wróciłam do domu, postawiłam siatkę na blacie i usiadłam przy kuchennym stole. Nie zdejmując kurtki. Telefon leżał przede mną, a ja na niego patrzyłam jak na coś, co może eksplodować. Bo jeśli Krystyna miała rację - a Krystyna mieszkała obok mamy trzydzieści lat i nie była kobietą, która wymyśla - to Henryk od ośmiu miesięcy wynajmował mieszkanie po mamie. Nasze wspólne mieszkanie. Bez jednego słowa.

Nie zadzwoniłam od razu. Musiałam najpierw zrozumieć, czego szukam - dowodu czy wyjaśnienia. Bo to dwie różne rozmowy. Po dowód idzie się do kogoś obcego. Po wyjaśnienie - do brata.

Henryk był cztery lata starszy. Przez całe życie to on załatwiał sprawy - urzędy, rachunki, naprawy. Kiedy mama zachorowała, to on jeździł do szpitala częściej, bo pracował bliżej. Ja uczyłam polskiego w liceum po drugiej stronie Częstochowy, miałam dwadzieścia osiem godzin tygodniowo i klasę maturalną, która w tamtym roku była wyjątkowo wymagająca. Nie szukam wymówek. Po prostu tak było.

Mama umarła w sierpniu, cicho, we śnie, w szpitalu. Pogrzeb był w piątek, w poniedziałek wzięliśmy z Henrykiem urlopy i pojechaliśmy do mieszkania. Dwa pokoje z kuchnią na trzecim piętrze, blok z lat siedemdziesiątych, po termomodernizacji - jasna elewacja, plastikowe okna. W środku - meble, które pamiętały moje dzieciństwo, i zapach, który pamiętał mamę. Firanki w drobne kwiaty. Serwetki szydełkowe na komodzie. Kryształy w meblościance, których nikt nigdy nie używał.

Henryk powiedział wtedy:

- Nie sprzedawajmy od razu. Nie mam teraz głowy do tego. Niech postoi, ustali się cena, w zimie i tak nikt nie kupi.

- A wynająć? - zapytałam.

- W takim stanie? - rozejrzał się po pokoju. - Trzeba by zrobić remont. Łazienka, kuchnia. To ze dwadzieścia tysięcy minimum. Nie ma sensu teraz.

Zgodziłam się. Klucze wziął on, bo mieszkał bliżej - dwadzieścia minut autobusem, ja ponad godzinę, z przesiadką.

Przez następne miesiące nie rozmawialiśmy o mieszkaniu. Zresztą, niewiele rozmawialiśmy w ogóle. Śmierć mamy powinna nas zbliżyć, ale zamiast tego odsunęła. Jakby z mamą zniknął powód, żeby do siebie dzwonić.

Na Wszystkich Świętych byliśmy na cmentarzu razem, ale każde z osobnym wieńcem. Na Wigilię Henryk przyjechał z żoną, zjadł rybę, wypił kompot, o dziewiątej powiedział, że Marta źle się czuje. Wyszli przed pasterkę.

I teraz, w maju, Krystyna z drugiego piętra mówi mi na targu o studentach.

Nie zadzwoniłam do Henryka tego dnia. Ani następnego. Zamiast tego zrobiłam coś, czego się nie spodziewałam po sobie - pojechałam pod blok mamy.

Stałam na chodniku naprzeciwko i patrzyłam na okna trzeciego piętra. Firanki były inne. Mama miała białe, w drobne kwiatki, haftowane jeszcze przez babcię. Teraz wisiały szare rolety. W jednym oknie - lampka z ciepłym światłem. W drugim - cień monitora komputerowego.

Ktoś tam mieszkał. Ktoś obcy śledził wieczory w pokoju, w którym ja odrabiałam lekcje, w którym mama szyła mi sukienkę na studniówkę, w którym tata czytał gazetę przy herbacie z cytryną. I ten ktoś płacił za to mojemu bratu, który twierdził, że mieszkanie stoi puste.

Zadzwoniłam do Henryka dopiero w piątek wieczorem. Cztery dni po rozmowie z Krystyną.

- Henryk, byłam pod blokiem mamy - powiedziałam spokojnie, choć serce biło mi w gardle. - Kto tam mieszka?

Cisza. Trzy sekundy, pięć, siedem. Słyszałam, jak przełyka.

- Iwona, to nie tak, jak myślisz.

- Nie wiem jeszcze, co myślę. Ale Krystyna mówi, że od października.

Znowu cisza. A potem słowa, które spadały szybko, jedno na drugie, jakby bał się, że mu przerywę.

- Posłuchaj, były rachunki za czynsz, za wodę, za śmieci. Mieszkanie stało i generowało koszty. Znalazłem tych studentów przez kolegę z pracy, porządni ludzie, studiują na Politechnice, płacą regularnie. Chciałem ci powiedzieć, ale potem minął miesiąc, drugi, i jakoś...

- Jakoś co?

- Jakoś nie było okazji.

Nie było okazji. Osiem miesięcy nie było okazji powiedzieć siostrze, że ktoś mieszka w mieszkaniu po ich wspólnej matce. Że bierze za to pieniądze. Że te pieniądze nie trafiają do mnie.

- Ile płacą? - zapytałam.

- Iwona...

- Ile, Henryk?

Podał kwotę. Niespecjalnie dużo, ale pomnożone przez osiem miesięcy robiło się z tego suma, za którą mogłam naprawić samochód i wymienić okna w łazience. Albo po prostu - spokojniej spać przez kilka miesięcy.

- Miałem ci powiedzieć - powtórzył. - Naprawdę miałem.

- Ale nie powiedziałeś.

- Bo wiedziałem, że tak zareagujesz.

- Jak? Jak reaguję, Henryk? Pytam cię spokojnie, o fakty. Nie krzyczę. Nie wyzywam. Pytam.

Nic nie odpowiedział.

Następne dni były dziwne. Chodziłam do szkoły, sprawdzałam wypracowania, tłumaczyłam Mickiewicza, a w głowie miałam jedno: nie chodzi o pieniądze. Znaczy - tak, też o pieniądze. Ale bardziej o to, że Henryk podjął decyzję o naszym wspólnym mieszkaniu sam.

Że wyrzucił meble mamy - bo przecież musiał wyrzucić, skoro studenci mają swoje rzeczy - nie pytając mnie, czy czegoś nie chcę zabrać. Że zmienił firanki babci na rolety. Że codziennie żył z tajemnicą, patrząc mi w oczy na Wigilii.

Zadzwoniłam do niego jeszcze raz, w poniedziałek.

- Chcę klucze - powiedziałam. - I chcę wejść do tego mieszkania.

- Iwona, nie rób sceny.

- Daj mi klucze, Henryk. Porozmawiamy później, jak zobaczę.

Przyjechał we wtorek wieczorem. Wszedł do mojej kuchni, położył klucze na stole - jak ktoś, kto oddaje coś, co mu nie należy. Wyglądał na zmęczonego. Starszego niż ostatnim razem.

- Meble mamy są w piwnicy - powiedział cicho. - Nie wyrzuciłem. Kryształy też.

Nie odpowiedziałam. Wzięłam klucze.

Pojechałam tam następnego dnia, kiedy studenci byli na zajęciach. Mieszkanie było czyste, schludne. Pachniało inaczej - proszkiem do prania i kawą. Na parapecie stała doniczka z bazylią. Na ścianie w przedpokoju wisiała ich wspólna fotografia, on i ona, na tle gór. Na podłodze w pokoju leżał dywan, którego nie znałam.

Firanki babci zniknęły, ale ściany były te same. Ramy drzwi, które tata malował co trzy lata na biało. Kafelki w łazience, na których kiedyś wyślizgnęłam się i rozbiłam kolano.

Otworzyłam drzwi do piwnicy i znalazłam meble. Meblościankę rozłożoną na części, opartą o ścianę. Komodę z serwetkami, które ktoś starannie złożył i włożył do reklamówki. Kryształy w kartonie, owinięte gazetami.

Henryk ich nie wyrzucił. I to mnie złamało bardziej niż cokolwiek innego. Bo gdyby wyrzucił - byłby po prostu draniem. A on schował je do piwnicy, starannie, jak ktoś, kto wie, że robi źle, ale nie potrafi zrobić gorzej.

Zadzwoniłam do niego z klatki schodowej.

- Widziałam mieszkanie. I piwnicę.

- I co? - głos miał cichy.

- I nie wiem, Henryk. Nie wiem, czy jestem bardziej zła, czy bardziej smutna. Ale wiem, że tak dalej nie będzie.

Umówiliśmy się na sobotę. Przyjechał sam, bez Marty. Siedzieliśmy u mnie w kuchni, nad kawą, która stygła, i rozmawialiśmy jak ludzie, którzy dawno powinni byli porozmawiać. O pieniądzach - tak. O podziale - tak. Ale też o mamie.

O tym, że Henryk jeździł do niej codziennie przez ostatnie trzy miesiące jej życia i nigdy mi tego nie wypomniał. O tym, że ja miałam poczucie winy za każdy dzień, w którym nie byłam. O tym, że kiedy mama umarła, każde z nas zostało ze swoim bólem i żadne nie zapytało drugiego: jak sobie radzisz?

Henryk płacił za czynsz i opłaty ze swoich pieniędzy przez cztery miesiące, zanim znalazł studentów. Nie powiedział mi o tym. Nie poprosił o połowę. Nie wypomniał.

- Dlaczego? - zapytałam.

- Bo ty miałaś swoje problemy. Po co ci dokładać.

- A potem, kiedy studenci płacili?

- Potem wydawało mi się, że mi się należy. Za te wcześniejsze miesiące. Za dojazdy do mamy. Za to, że to ja załatwiałem wszystko.

Nie powiedziałam, że się mylił. Bo częściowo się nie mylił. I nie powiedziałam, że miał rację. Bo racji nie miał.

Pieniądze podzieliliśmy. Studenci zostali do końca roku akademickiego. W lipcu mamy razem pomalować mieszkanie i wystawić je na sprzedaż. Razem - to słowo, które powiedzieliśmy tamtej soboty chyba dziesięć razy. Jakby trzeba je było powtarzać, żeby wreszcie w nie uwierzyć.

Nie wiem, czy przebaczyłam Henrykowi. Nie wiem nawet, czy jest co przebaczać - może raczej jest co rozumieć. Wiem, że kiedy stałam w piwnicy i patrzyłam na meblościankę mamy rozłożoną na części, poczułam coś, czego nie da się zmieścić w jednym słowie. Stratę, gniew, czułość, zmęczenie - wszystko naraz, w jednym pokoju pięć na trzy metry, oświetlonym jedną żarówką.

Mama by powiedziała: dzieci, nie kłóćcie się. Ale mama nie wiedziałaby, że kłótnia to czasem jedyny sposób, żeby się znowu znaleźć.