Sąsiad z parteru, wdowiec, w maju zaprosił mnie na kawę do Sopotu. Córka powiedziała, że wygłupiam się na starość i że ludzie będą gadać. W sobotę jedziemy piąty raz. Ludzie gadają.
Przez czterdzieści lat byłam kobietą, o której nikt nie plotkował. Wzorowa matka, solidna pracownica, cicha wdowa. A teraz, w wieku sześćdziesięciu trzech lat, wychodziłam z klatki schodowej z nową bluzką i szminka na ustach - i czułam na plecach wzrok pani Mirki z drugiego piętra, jakby przyłapała mnie na kradzieży.
Wszystko zaczęło się w maju.
Wiesław mieszkał pode mną od zawsze - znaczy od dziewięciu lat, odkąd wprowadziłam się na Retkini po śmierci Leszka. Znaliśmy się na "dzień dobry", czasem podał mi siatkę z zakupami pod drzwi, kiedy wracaliśmy z Biedronki w tym samym czasie.
Wiedziałam, że żona mu umarła trzy lata temu, że ma dorosłego syna gdzieś pod Krakowem i że hoduje pomidory na balkonie, bo przez całe lato pachniało pomidorowym liściem, kiedy otwierałam okno.
Tamtego dnia - dwunastego maja, poniedziałek, pamiętam dokładnie - spotkaliśmy się w suszarni. Ja wieszałam pościel, on szedł po rower. Zatrzymał się i powiedział:
- Pani Iwono, zna pani taką kawiarnię w Sopocie? Córka koleżanki mi mówiła, że jest taka przy molo, z widokiem na morze.
Nie znałam. W Sopocie byłam raz, dwadzieścia lat temu, z Leszkiem i Patrycją.
- Bo ja tak sobie myślałem - ciągnął Wiesław - że człowiek siedzi i siedzi, i pomidory mu rosną, a on nigdzie. Może by pani pojechała ze mną? Na kawę. W sobotę.
Pamiętam, że trzymałam w ręku mokrą poszewkę i nie wiedziałam, co z nią zrobić. Jakby ten prosty gest - powieszenie pościeli - nagle wymagał jakiejś decyzji większej niż zwykle.
Powiedziałam tak.
W szkółce ogrodniczej, gdzie pracowałam od piętnastu lat, nikt się nie zdziwił. Koleżanki w szklarni pochylone nad sadzonkami pelargonii nawet nie podniosły głów, kiedy im powiedziałam. Marzena mruknęła tylko: - No to dobrze, bo mnie to wkurzało, że taki porządny chłop sam z tymi pomidorami siedzi - i dalej przycinała pędy. Tam nikt nie miał czasu na dramy.
Problem zaczął się od Patrycji.
Córka zadzwoniła w czwartek wieczorem, jak zwykle, bo dzwoniła regularnie - co drugi dzień, o osiemnastej trzydzieści, jakby miała to wpisane w kalendarz między "odebrać Zosię z angielskiego" a "włączyć pralkę". Opowiedziała o pracy, o Zosi, o tym, że Michał znowu nie wyniósł śmieci. A potem zapytała, co ja robię w weekend.
- Jadę do Sopotu - powiedziałam. - Z sąsiadem. Na kawę.
Cisza. Taka cisza, po której wiadomo, że rozmowa właśnie zmieniła kierunek.
- Z jakim sąsiadem? - głos Patrycji stwardniał.
- Z Wiesławem. Z parteru. Znasz go, podał ci kiedyś piłkę Zosi, jak wpadła na trawnik.
- Mamo. Mamo, słuchaj. - Patrycja nabrała powietrza tak głośno, że słyszałam to przez telefon. - Masz sześćdziesiąt trzy lata. Tata nie żyje od dziewięciu lat. I nagle jedziesz z jakimś facetem do Sopotu?
- Na kawę, Patrycja.
- Ludzie będą gadać.
To zdanie uderzyło mnie bardziej, niż powinno. Nie dlatego, że się go bałam. Dlatego, że usłyszałam w nim głos mojej matki - kobiety, która przez całe życie robiła tylko to, co wypada, i umarła z poczuciem, że niczego nie przegapiła, bo nigdy niczego nie spróbowała.
W sobotę pojechaliśmy.
Wiesław prowadził starego opla, spokojnie, trochę za wolno na lewym pasie, ale nie narzekałam. Słuchaliśmy radia - leciała Maryla Rodowicz, potem wiadomości, potem znowu muzyka. Rozmawialiśmy o dzieciach, o emeryturach, o tym, że ceny w sklepach to już paranoja. Normalne tematy. Żadnej romantycznej napięciówki, żadnych spojrzeń. Dwoje ludzi w samochodzie, którzy po prostu gdzieś jechali.
Kawiarnia przy molo była ładna, droga i pełna młodych ludzi z laptopami. Wzięliśmy stolik na zewnątrz, bo maj był ciepły. Wiesław zamówił kawę czarną, ja latte z mlekiem owsianym, bo ostatnio próbowałam, i okazało się, że mi smakuje. Siedzieliśmy, patrzyliśmy na morze i milczeliśmy.
I to milczenie było najlepszą rzeczą, jaka mi się przydarzyła od lat.
Bo z Leszkiem pod koniec milczeliśmy z wyczerpania. Z Patrycją milczałam ze strachu, że powiem za dużo. Sama z sobą milczałam z samotności. A z Wiesławem - milczałam, bo było mi dobrze i nie trzeba było tego zagadywać.
Pojechaliśmy drugi raz. Trzeci. Za czwartym razem poszliśmy na spacer po plaży i Wiesław opowiedział mi o żonie - o Teresie, która trzy lata leżała chora, a on się nią opiekował sam, bo syn miał swoją rodzinę, a proszenie o pomoc uważał za słabość.
Mówił o tym spokojnie, bez żalu, jakby zdążył się z tym pogodzić. Ale kiedy powiedział: - Brakowało mi kogoś, kto po prostu siądzie ze mną i nic nie będzie chciał - to zobaczyłam, że ma mokre oczy. I nic nie powiedziałam, tylko szłam obok.
Patrycja nie odpuszczała.
Dzwoniła częściej, co było niespotykane. Wypytywała, dokąd jedziemy, o której wracam, czy on wchodzi do mnie na górę. Jakbym miała szesnaście lat i podejrzanego chłopaka.
- Mamo, ludzie na klatce gadają, że romansujecie - powiedziała wreszcie wprost.
- Kto gada?
- Pani Mirka widziała, jak wsiadałaś do jego samochodu z torebką.
- Z torebką, Patrycja. Jadę na kawę, nie na ucieczkę do Brazylii.
Ale Patrycja nie żartowała. Przyjechała w niedzielę bez zapowiedzi - ona, Michał i Zosia. Usiedli w moim salonie, Zosia rysowała w kuchni, a Patrycja zaczęła od: - Nie chcę, żebyś myślała, że mi nie zależy.
Michał milczał. Patrycja mówiła. Że ludzie. Że pamięć taty. Że co Zosia pomyśli. Że sąsiadki. Że nie wypada.
Słuchałam cierpliwie. A potem powiedziałam coś, czego nigdy wcześniej nie umiałam powiedzieć:
- Patrycja, ja kocham cię i kocham Zosię. Ale mam sześćdziesiąt trzy lata i jeśli nie zrobię teraz czegoś dla siebie, to kiedy? Tata by zrozumiał. Twoja babcia by nie zrozumiała - i właśnie dlatego muszę jechać.
Patrycja zamilkła. Patrzyła na mnie, jakby widziała mnie pierwszy raz - nie matkę, nie babcię, nie wdowę, tylko kobietę, która czegoś chce i się tego nie wstydzi.
Michał odchrząknął i powiedział: - Ja myślę, że pani Iwona ma rację.
Patrycja spojrzała na niego tak, jakby właśnie przeszedł na stronę wroga. Potem wstała, poszła do kuchni, nalała sobie wody i wróciła. Usiadła. Wyprostowała się.
- Dobrze, mamo - powiedziała powoli. - Ale jak ten Wiesław cię skrzywdzi, to ja go osobiście zabiję.
W sobotę jechaliśmy piąty raz. Wiesław czekał pod klatką z termosem kawy na drogę, bo stwierdził, że po co przepłacać na stacjach. Miał na sobie koszulę w kratę, tę samą co za pierwszym razem - chyba ją uważał za elegancką, i wiedziałam, że nie powiem mu, że nie jest.
Na klatce minęłam panią Mirkę. Stała z siatkami z Biedronki i patrzyła na mnie tak, jak patrzy się na kogoś, kto robi coś niezrozumiałego.
- Dzień dobry - powiedziałam.
- Dzień dobry - odpowiedziała. A potem, już do moich pleców: - Ładna pogoda na wycieczkę.
Wsiadłam do opla. Wiesław włączył radio. Leciała Maryla Rodowicz - ta sama piosenka co za pierwszym razem, albo inna, bo one wszystkie brzmią tak samo, kiedy człowiek jest w dobrym humorze.
Ludzie gadają. Niech gadają.