Mama przepisała dom na brata - powiedziała mi po wszystkim, we wtorek, kiedy rozpakowywałam jej zakupy: "nie gniewaj się, ty zawsze sobie radziłaś, a Andrzej ma dzieci". Radzę sobie: od rozwodu sama, w kawalerce. Rozpakowałam zakupy do końca i nastawiłam zupę na dwa dni, jak co wtorek.
Postawiłam torbę na blacie i zaczęłam wyciągać jedno po drugim. Chleb. Masło. Ser żółty w promocji. Mama siedziała przy stole i patrzyła na mnie tak, jakby czekała na coś. Dopiero kiedy schowałam ostatni jogurt do lodówki, powiedziała:
- Dorotko, muszę ci coś powiedzieć. Tylko spokojnie.
Kiedy mama mówiła "Dorotko" zamiast "Dorota" albo "dziecko", zawsze miała coś do ukrycia.
- Zapisałam dom na Andrzeja. Dożywocie. Żeby miał spokój na przyszłość.
Stałam z ręką na klamce lodówki. Dożywocie - to znaczy dom przechodzi na niego, ale mama ma prawo w nim mieszkać do końca życia. Wiedziałam, co to jest. W księgowości widywałam takie akty.
- Kiedy?
- W piątek. U notariusza.
W piątek. Kiedy ja siedziałam w biurze rachunkowym i biłam się z końcówką miesiąca, mama jechała do kancelarii, żeby oddać dom bratu. Domek pod Płockiem, w którym się urodziłam. W którym tata postawił huśtawkę na jabłoni. W którym mama sama wymieniła okna po jego śmierci, bo Andrzej powiedział, że nie ma czasu, a ja pożyczyłam jej na to pieniądze z wypłaty.
Nastawiłam zupę. Marchewka, pietruszka, seler, kawałek kurczaka. Taki sam zestaw co co wtorek, bo mama lubiła mieć zupę na dwa dni, a ja co tydzień przywoziłam zakupy i gotowałam obiad. Andrzej mieszkał czternaście kilometrów bliżej, ale to ja przyjeżdżałam.
- Ty zawsze sobie radziłaś - powiedziała mama. - A Andrzej ma dzieci. Potrzebuje stabilności.
Andrzej miał trzydzieści osiem lat, żonę Kingę i dwójkę dzieci w podstawówce. Ja miałam czterdzieści sześć, rozwód za sobą, kawalerkę na kredyt i pracę w księgowości. Radziłam sobie, bo nie miałam innego wyjścia. Nikt mi nie powiedział, że za to radzenie sobie zapłacę rodzinnym domem.
Kinga. Synowa. Ta sama Kinga, która na każdych imieninach mamy przywierała do niej jak rodzona córka - tort, kwiaty, "mamusia, niech mamusia siada, ja pozmywam". Na wigilii poprawiała mamie poduszki na kanapie, nakładała jej bigosu, zanim mama zdążyła powiedzieć, że chce.
Trzy lata temu, przy świątecznym stole, Kinga powiedziała mi cicho, że mamie jest ciężko samej w takim dużym domu, i czy ja nie myślałam, żeby się do niej przeprowadzić. Wtedy pomyślałam, że to troska. Teraz wiedziałam, że to był rekonesans.
Dokroiłam marchewkę, wrzuciłam do garnka. Kiedy zupa się zagotowała, wyłączyłam gaz. Wytarłam ręce w ścierkę. Wzięłam torebkę z wieszaka.
- Dorotko, zaczekaj. Dokąd idziesz?
- Do domu, mamo.
- A zupa? Nie zostawisz na jutro?
Odwróciłam się w drzwiach.
- Mamo, zapisałaś dom na Andrzeja, bo ma dzieci i potrzebuje stabilności. To teraz niech Andrzej przyjeżdża z zakupami. Niech Andrzej gotuje zupę. Niech Andrzej zawozi cię na wizyty i odbiera recepty. Ma dom - to niech ma i resztę.
Mama otworzyła usta i zamknęła je. Nigdy wcześniej tak do niej nie mówiłam.
Wyszłam. W samochodzie siedziałam pięć minut z rękami na kierownicy, zanim odpaliłam silnik.
Wieczorem zadzwoniłam do Andrzeja.
- Dorota, ja wiem, o czym chcesz rozmawiać.
- To dobrze. Kto ją zawiózł do notariusza?
- Kinga pomogła. Co w tym złego?
- Andrzej, od teraz mama jest twoja. Zakupy, lekarze, rachunki, wszystko. Masz dom - masz i mamę.
- Dorota, nie przesadzaj...
- Powodzenia.
Rozłączyłam się.
Pierwszy wtorek bez zakupów był najtrudniejszy. O piątej złapałam się na tym, że automatycznie spisuję listę. Podarłam kartkę. Usiadłam przy oknie w kawalerce i jadłam zupę sama, patrząc na zdjęcie taty z huśtawką - jedyną rzecz, którą zabrałam z rodzinnego domu.
Mama zadzwoniła następnego dnia.
- Dorotko, nie przyjechałaś wczoraj.
- I nie przyjadę. Zadzwoń do Andrzeja.
Zadzwoniła w piątek. Powiedziała, że Kinga obiecała podwieźć zakupy w sobotę. W sobotę Kinga przyjechała, ale zostawiła torby pod drzwiami i napisała SMS: "Mamusia, zakupy na wycieraczce, spieszymy się na urodziny Zosi".
Pod drzwiami. Ta sama Kinga, która rok temu nakładała mamie bigosu i poprawiała poduszki.
Następne tygodnie były takie same. Andrzej obiecywał i nie przyjeżdżał. Kinga przysłała SMS: "Proszę zrobić listę, to Andrzej kupi po drodze z pracy". Andrzej kupił połowę i zapomniał o lekach. Obiecał przyjechać w niedzielę - nie przyjechał, bo Zosia miała gorączkę.
Po sześciu tygodniach mama zadzwoniła wieczorem, późno jak na nią.
- Dorotko, ja chyba zrobiłam głupstwo.
Nie powiedziała "przepraszam". Powiedziała "głupstwo" - cicho, z trudem.
- Andrzej nie przyjeżdża. Kinga przestała odbierać telefony. Mówią, że mają dużo na głowie.
- Mieli dużo na głowie też przed notariuszem, mamo. Tylko wtedy im się opłacało przyjeżdżać.
Mama cicho płakała w słuchawkę. Cicho, zmęczonym płaczem.
- Ty to robiłaś, bo chciałaś - powiedziała. - A oni, bo im się opłacało.
- I co chcesz z tym zrobić?
Mama milczała chwilę. Potem powiedziała:
- Byłam u prawnika. Tego samego, co prowadził sprawę po tacie.
Poczekałam.
- Powiedział, że dożywocie można rozwiązać. Że jest coś takiego jak rażąca niewdzięczność. Że jeśli Andrzej nie wywiązuje się z obowiązków wobec mnie - a nie wywiązuje się, Dorotko, to ja widzę - to mogę złożyć pozew i sąd może cofnąć całe dożywocie. Dom wróci do mnie.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Mama - siedemdziesiąt trzy lata, do zeszłego roku nie umiała włączyć komórki - sama poszła do prawnika.
- Zadzwoniłam do Andrzeja - ciągnęła. - Powiedziałam mu, że albo przepisze na ciebie połowę, albo składam pozew i zabiorę mu wszystko. I że mam pełną dokumentację. Rachunki, SMS-y, daty, kiedy nie przyjechał. Wszystko.
- I co Andrzej?
- Milczał. Potem powiedział, że musi pogadać z Kingą.
Andrzej zadzwonił do mnie dwa dni później. Głos miał inny. Cichszy.
- Mama powiedziała, że mam przepisać na ciebie połowę. Umówiłem się u notariusza na czwartek.
Nie robił tego ze sprawiedliwości. Robił to, bo mama postawiła warunek, a Kinga policzyła, że pół domu jest lepsze niż żaden.
W czwartek pojechaliśmy do notariusza. We troje - ja, Andrzej i mama. Kinga czekała w aucie z dziećmi. Dokładnie jak na pogrzebie taty jedenaście lat temu - Kinga w aucie, niecierpliwa.
Podpisałam papiery. Andrzej podpisał. Mama siedziała na krześle przy ścianie i wyglądała, jakby zdjęto z niej coś ciężkiego.
Na parkingu Andrzej powiedział:
- Nie gniewaj się, Dorota.
Nie odpowiedziałam. Pomogłam mamie wsiąść do samochodu i zawiozłam ją do domu. Do jej domu, który teraz był w połowie mój.
Nastawiłam zupę. Marchewka, pietruszka, seler, kurczak. Mama stała przy blacie i podawała mi warzywa. Powoli, niezdarnie, ale podawała. Nigdy wcześniej tego nie robiła.
We wtorki znowu przyjeżdżam z zakupami. Mama nie wraca do tamtego piątku - tego pierwszego, nie tego drugiego. Ja też nie. Ale kiedy podaje mi marchewkę, trzyma ją sekundę dłużej, zanim puści.
A ja biorę tę marchewkę i myślę, że radzenie sobie to nie supermoc. To zmęczenie, które w końcu ktoś zauważył.