Kiedy syn się rozwodził, zapowiedział, żebym "nie trzymała z Moniką". Monika i tak co środę podwozi mi zakupy i wymienia baterie w pilocie. W tym roku na Dzień Matki dostałam jedną kartkę. Od byłej synowej
Gdyby ktoś mi trzy lata temu powiedział, że w każdą środę będę wyglądać przez okno, nasłuchując silnika srebrnego fiata, i że to nie mój syn będzie za kierownicą - pomyślałabym, że ten ktoś zwariował.
A jednak tak to wygląda. Środa, wpół do jedenastej, silnik pod blokiem, trzy krótkie pukania w drzwi i głos, który mówi: - Dzień dobry, mamo. Przywiozłam truskawki, bo były ładne.
Mamo. Monika mówi do mnie "mamo", choć od dwóch lat nie jest już moją synową. Rozwód z Grzegorzem przeszedł przez sąd w listopadzie, papiery doszły przed świętami, a ona w Wigilię i tak zadzwoniła zapytać, czy mam dość leków na ciśnienie. Grzegorz nie zadzwonił.
Mam na imię Lucyna, mieszkam w Olsztynie, na osiedlu Jaroty, trzecie piętro w bloku z widokiem na plac zabaw, na który już żadne z moich wnuków nie przychodzi.
Przez czterdzieści lat pracowałam jako położna w szpitalu miejskim. Ręce, które przyjmowały cudze dzieci na świat, teraz nie bardzo mogą otworzyć słoika z dżemem. Artretyzm, podagra, sztywność stawów od piątej rano do południa. Takie rzeczy.
Grzegorz jest moim jedynym synem. Wychowywałam go sama od jego siódmego roku życia, kiedy Henryk - mąż, ojciec - wyjechał na kontrakt do Niemiec i po prostu nie wrócił. Nie zginął, nie zachorował. Znalazł inną. Klasyka. Płakałam pół roku, potem przestałam, bo Grzesiek potrzebował obiadu, a nie matki z podpuchniętymi oczami.
Monikę poznał na studiach w Gdańsku. Przyjechali do mnie na imieniny, ja otworzyłam drzwi i zobaczyłam dziewczynę z warkoczem, która trzymała w rękach szarlotkę i mówiła: - Pani Lucyno, Grzesiek mówił, że pani lubi z kruszonką, to piekłam z kruszonką. I przepraszam, że trochę przypalona.
Nie była przypalona. Była idealna. Monika też.
Przez dziesięć lat małżeństwa nie słyszałam od nich kłótni. Ani jednej podniesionym głosem rozmowy. Grzegorz pracował jako informatyk, Monika prowadziła biuro rachunkowe z domu, urodzili Zosię i Janka, jeździli do mnie co drugą niedzielę, a ja przygotowywałam rosół, bo Janek lubił makaron nitki, a Zosia krążki marchewki wyławiała łyżką prosto z garnka.
A potem coś się popsuło. Nie wiem co. Naprawdę nie wiem, bo żadne z nich mi nie powiedziało wprost. Grzegorz zaczął dzwonić rzadziej, mówił krócej, jakby zawsze gdzieś się śpieszył. Monika milczała dłużej niż zwykle, a kiedy pytałam, czy wszystko dobrze, odpowiadała: - Jakoś będzie, mamo. Proszę się nie martwić.
Potem zadzwonił Grzegorz. Był maj, ja stałam na balkonie i podlewałam pelargonie, kiedy usłyszałam: - Mamo, rozwodzimy się. I chcę, żebyś wiedziała, że to oboje tak zdecydowaliśmy, ale wolałbym, żebyś nie trzymała z Moniką. Po prostu zachowaj neutralność, dobrze?
Neutralność. Jakbym była Szwajcarią, a nie matką i babką, która tamtym dzieciom szyła prześcieradła z dinozaurami.
Powiedziałam: - Dobrze, Grzesiu. Odłożyłam telefon i podlałam pelargonie drugi raz, bo zapomniałam, że już to zrobiłam. Ziemia w doniczkach stała w wodzie jeszcze dwa dni.
Nie trzymałam z Moniką. Nie trzymałam z nikim, bo nikt mnie o zdanie nie pytał. Grzegorz poinformował, a nie poprosił. Tak się teraz rozmawia - informuje się matkę, jak się informuje urząd.
Rozwód przeszedł cicho. Monika dostała dzieci, Grzegorz płacił alimenty, mieszkanie sprzedali, podzielili. Powinno być po wszystkim. I było - tyle że z mojego życia zniknęło nagle wszystko naraz. Niedzielne obiady, głos Zosi w telefonie, rysunek Janka przysłany pocztą w kopercie z naklejką dinozaura.
Grzegorz dzwonił coraz rzadziej. Raz na tydzień, potem co dwa tygodnie, potem - kiedy sobie przypomniał. Przeprowadził się do Trójmiasta, miał nową pracę, nowe mieszkanie, nową - jak to ujął - "przestrzeń". Kiedy pytałam o dzieci, mówił: - Widuję je co drugi weekend. Są okej.
Okej. Moje wnuki były "okej", jak raport z systemu komputerowego.
A potem, pewnej środy w lutym, ktoś zapukał w drzwi. Trzy krótkie pukania.
Otworzyłam i stała tam Monika z dwiema torbami z Biedronki, w kurtce z kapturem, z czerwonym nosem od mrozu. Powiedziała: - Mamo, przywiozłam pani chleb, masło, te jogurty co pani lubi, i baterie do pilota, bo Zosia mówiła, że u babci pilot nie działa.
Stałam w drzwiach i nie wiedziałam, co powiedzieć. Chciałam powiedzieć, że nie musi, że to nie jej obowiązek, że przecież się rozwiedli. Ale zamiast tego powiedziałam: - Wejdź. Herbata jest gorąca.
I Monika weszła. I od tamtej środy nie było takiej, żeby nie przyjechała.
Wymienia baterie w pilocie, bo moje palce sobie z tym nie radzą. Przynosi leki z apteki, kiedy jest ślisko i boję się wychodzić. Raz przywiozła Zosię i Janka, i siedzieliśmy we czwórkę w mojej kuchni, jedliśmy naleśniki z serem i Janek opowiadał o meczu piłki nożnej, a Zosia pokazywała mi filmiki na telefonie, i przez godzinę zapomniałam, że cokolwiek się zmieniło.
Grzegorzowi nie mówię o tych środach. Nie dlatego, że się boję - dlatego, że nie chcę słuchać, jak tłumaczy mi, że "trzymam z Moniką". Nie trzymam z nikim. Po prostu otwieram drzwi, kiedy ktoś puka.
W maju był Dzień Matki. Rano sprawdziłam skrzynkę pocztową - pusta. Sprawdziłam telefon - nic. Grzegorz nie zadzwonił, nie wysłał SMS-a, nic. Pomyślałam: może zapomniał. Może w jego nowej "przestrzeni" nie ma kalendarza z takimi datami.
Po południu zapukała Monika. Trzy krótkie pukania. Weszła, postawiła na stole bukiet tulipanów i kartkę. Kartkę podpisały Zosia i Janek - koślawymi literami, bo Janek dopiero ćwiczy pisanie: "Dla babci Lucynki. Kochamy".
Pod spodem, drobnym pismem Moniki: "Dla mamy, z wdzięcznością".
Przeczytałam to dwa razy. Potem trzeci. Monika stała przy zlewie i nalewała wodę do wazonu - tego kryształowego, co dostałam od własnej matki na ślub. Powiedziała, nie odwracając się: - Pani Lucyno, ja wiem, że to może dziwne. Ale pani jest jedyną osobą, która traktowała mnie jak córkę. Moja mama... u nas w domu było inaczej. Chciałam, żeby pani wiedziała.
Nic nie odpowiedziałam. Wzięłam wazon z jej rąk, postawiłam tulipany na stole, poprawiłam jedną łodygę, która się przekrzywiła. Stałyśmy w tej kuchni, dwie kobiety, które łączy mężczyzna, z którym żadna z nas właściwie nie rozmawia.
Wieczorem zadzwonił Grzegorz. O dwudziestej drugiej, jakby sobie przypomniał.
- Mamo, wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Matki - powiedział szybko, jakby odczytywał formułkę.
- Dziękuję, Grzesiu - odpowiedziałam. - Kartka od Zosi i Janka bardzo mnie ucieszyła.
Cisza.
- Jaką kartkę? - zapytał.
Nie odpowiedziałam od razu. Potem powiedziałam: - Tę, którą przywiozła Monika.
Kolejna cisza, dłuższa.
- Mamo, rozmawialiśmy o tym. Prosiłem, żebyś...
- Grzesiu - przerwałam mu. - Kiedy ostatnio byłeś u mnie?
Nie odpowiedział. Powiedział: - Mamo, to skomplikowane. Odezwę się w weekend.
Nie odezwał się.
Dzisiaj jest środa. Za dwadzieścia minut pod blokiem pojawi się srebrny fiat. Trzy pukania w drzwi. Jogurty, chleb, może truskawki. I ktoś, kto powie "dzień dobry, mamo", choć nie musi.
Nie wiem, czy to ja trzymam z Moniką. Wiem, że Monika trzyma ze mną. I że mój syn gdzieś po drodze zapomniał, że matka to nie urząd, który się informuje. Matka to ktoś, do kogo się puka.
Trzy razy. Co środę. Wpół do jedenastej.