Chłopak z parteru, student, od roku wnosi mi zakupy na trzecie piętro i wynosi śmieci - "po drodze, pani Zdzisiu". W marcu, jak miałam grypę, przez dwa tygodnie robił zakupy i przynosił rosół od swojej mamy. Syn przyjechał w kwietniu i zapytał, czy "ten chłopak nie za dużo się kręci, bo tacy się dobierają do mieszkań".

Syn mieszka trzysta kilometrów stąd i martwi się, kto mi nosi zakupy. Chłopak z parteru mieszka piętro niżej i po prostu je nosi.

Tak to wygląda od roku. Dariusz dzwoni w niedziele, pyta, czy jadłam obiad, czy wzięłam leki, czy zamknęłam gaz na noc. Mateusz puka we wtorki i piątki, kiedy wracam z Biedronki, i zabiera mi reklamówki spod klatki. Nie pyta o nic. Po prostu bierze cięższe siatki i idzie na górę.

Pierwszy raz spotkałam go w maju zeszłego roku. Wracałam z większymi zakupami niż zwykle - ziemniaki, mąka, cukier, wszystko na raz. Stanęłam na pierwszym piętrze, żeby złapać oddech - trzecie piętro z moimi kolanami to nie żart, trzydzieści lat za ladą w osiedlowym sklepie dało mi w kość - i wtedy usłyszałam za sobą kroki.

- Pani pozwoli? - powiedział chłopak, którego parę razy widziałam na klatce. Wysoki, chudy, w bluzie z kapturem. Zanim zdążyłam zaprotestować, wziął obie siatki, tę cięższą w jedną rękę, drugą w drugą.

- Po drodze mi, pani Zdzisiu - dodał na trzecim piętrze, stawiając zakupy pod drzwiami. I zszedł, przeskakując po dwa stopnie.

Skąd znał moje imię, dowiedziałam się później - od pani Wandy z drugiego piętra, która zna wszystkich na klatce i o wszystkich mówi.

Mateusz wynajmował kawalerkę na parterze. Studiował informatykę na politechnice w Opolu, dorabiał jakimiś zleceniami przez komputer. Dowiedziałam się tego z urywanych rozmów na klatce schodowej - nigdy nie ciągnęłam go za język. Sam mówił tyle, ile chciał. Że jest spod Nysy, z małej miejscowości. Że mama pracuje w szkole podstawowej. Że ojciec wyjechał do Holandii, kiedy Mateusz miał dwanaście lat, i od tamtej pory kontakt się urwał.

Zbierałam te okruchy nie z ciekawości. Z uwagi. Bo ten chłopak nie pomagał mi z litości. Pomagał, bo tak miał. Jakby to było coś tak oczywistego, że nie wymagało wyjaśnień.

We wtorki i piątki spotykaliśmy się przy klatce. Nie umówieni - nasze godziny po prostu się zazębiały. Kiedy przyszła zima i chodniki pokryły się lodem, zaczął mnie odprowadzać do drzwi na górze. Kiedy protestowałam, machał ręką.

- Pani Zdzisiu, ja i tak schodzę - mówił.

Za każdym razem to samo: "po drodze mi", "i tak idę", "to nic takiego". Jakby przepraszał, że jest przyzwoity.

W grudniu upiekłam mu sernik na zimno, taki jak robiła moja mama. Stanął w progu, trzymał talerz obiema rękami i nie umiał powiedzieć ani słowa. Na twarzy miał wyraz, jakby dawno nikt mu nic nie dał po prostu tak.

Grypę złapałam na początku marca. Porządną, z gorączką pod czterdzieści. Leżałam w łóżku i nie miałam siły dotrzeć nawet do kuchni po szklankę wody. Dariusz dzwonił codziennie. Pytał, czy byłam u lekarza. Pytał, czy mam paracetamol. Pytał, czy nie zadzwonić na pogotowie. Nie zapytał ani razu, czy potrzebuję, żeby ktoś po prostu przyszedł.

Trzeciego dnia ktoś zapukał. Otworzyłam w szlafroku, z rozgrzaną twarzą.

- Mama kazała przekazać - powiedział Mateusz i podał mi garnek owinięty ręcznikiem kuchennym.

Rosół. Prawdziwy, na kurczaku, z marchewką i pietruszką, taki jaki się robi komuś choremu. Jego mama - kobieta, której nigdy nie spotkałam - ugotowała rosół dla obcej starszej pani z trzeciego piętra, bo syn jej powiedział, że sąsiadka choruje.

Przez dwa tygodnie Mateusz robił mi zakupy. Zostawiał siatki pod drzwiami, pukał i odchodził, żebym nie musiała z nim rozmawiać w gorączce. Raz znalazłam pod drzwiami kartkę: "Jak pani potrzebuje lekarza, proszę napisać SMS, numer na odwrocie".

Napisałam do Dariusza: chłopak z parteru mi pomaga, robi zakupy, przynosi jedzenie. Odpisał: dobrze, że ktoś jest blisko.

Dariusz przyjechał w kwietniu, na Wielkanoc. Nie był od Bożego Narodzenia. Wszedł, postawił torbę z cukiernianymi babkami, rozejrzał się po mieszkaniu.

- Masz czysto - powiedział, jakby to było zaskoczenie.

Usiedliśmy do kawy. Opowiadałam mu o wizycie u lekarza, o nowej pani w aptece, o tym, że pani Wanda z drugiego piętra dochodzi do siebie po operacji biodra. I opowiedziałam o Mateuszu. O zakupach, o rosole, o kartce z numerem telefonu.

Dariusz słuchał. Mieszał kawę łyżeczką. A potem powiedział zdanie, które wbiło mi się jak drzazga.

- A ten chłopak nie za dużo się kręci? Bo wiesz, mamo, tacy się dobierają do mieszkań. Pomagają, pomagają, a potem okazuje się, że babcia podpisała coś u notariusza.

Zamurowało mnie.

Nie krzyknęłam. Nie zaczęłam tłumaczyć. Tylko popatrzyłam na syna - czterdziestoparoletniego mężczyznę, który przyjeżdża trzy razy do roku z babkami z cukierni - i poczułam coś, czego wolałabym nie czuć. Wstyd. Ale nie za siebie.

- Dariusz - powiedziałam spokojnie - ten chłopak przez dwa tygodnie nosił mi zakupy, kiedy leżałam z gorączką. Jego mama ugotowała mi rosół. Zostawił mi swój numer, gdybym potrzebowała lekarza. Kiedy ty ostatnio zrobiłeś cokolwiek z tej listy?

Milczał.

- Ja nie mówię, że on zły - zaczął po chwili. - Tylko trzeba uważać...

- Wiesz, co mnie najbardziej boli? - przerwałam cicho. - Nie to, że go podejrzewasz. Tylko to, że łatwiej ci podejrzewać obcego chłopaka niż przyznać przed sobą, że to ty mógłbyś robić to wszystko. I nie robisz.

Nie powiedziałam tego ze złością. Z tym samym zmęczeniem, z jakim co niedzielę odbieram jego telefon i mówię "tak, wszystko dobrze", bo tak jest łatwiej. Bo naprawdę nie mam pretensji, że mieszka daleko, że ma swoją pracę i swoje życie. Miałam pretensję o jedno: że jego pierwszym odruchem na widok czyjejś życzliwości było szukanie w niej haczyka.

Bo to mówi więcej o nim niż o Mateuszu.

Dariusz wyjechał następnego dnia. Na schodach minął się z Mateuszem, który wynosił śmieci. Nie powiedział mu ani słowa.

Wieczorem ktoś zapukał. Mateusz stał w progu z butelką soku jabłkowego.

- Zostało z Wielkanocy, mama kazała przynieść - powiedział, wzruszył ramionami i zszedł na dół.

Postawiłam sok na blacie w kuchni i pomyślałam o jednym - że życzliwość jest dziś tak rzadka, że kiedy ktoś ją widzi, pierwszym odruchem jest szukanie podstępu. Łatwiej nam uwierzyć w cwaniaka niż w porządnego człowieka. Wygodniej podejrzewać niż poczuć się winnym.

Mateusz nic nie wie o tamtej rozmowie. Dalej nosi mi siatki. Dalej mówi "po drodze mi, pani Zdzisiu". A ja wiem jedno - że jeśli kiedykolwiek postanowię mu coś zostawić, to nie dlatego, że mnie ktoś oszukał. Tylko dlatego, że ktoś - jedyny - nie czekał, aż go poproszę.