Rok przed śmiercią mama dała bratu z lokaty sześćdziesiąt tysięcy - "na chwilę, na firmę". Po pogrzebie brat powiedział, że to była darowizna, "mama sama chciała, możesz zapytać notariusza". U notariusza nie ma żadnego aktu. O pożyczce mama mówiła mi w każdą niedzielę.
Znalazłam to na dnie szuflady w maminom sekretarzyku - wyciąg z banku, złożony na czworo, z zakreślonym na żółto jednym wierszem. Sześćdziesiąt tysięcy złotych, przelew z lokaty terminowej na konto Grzegorza Walczaka. Data - czternasty marca, rok temu. Mamina ręka zakreśliła tę kwotę tak mocno, że marker przebił papier na drugą stronę.
Sortowałam jej rzeczy trzeci dzień z rzędu. Trzeci dzień po pogrzebie, na który przyszło zaskakująco dużo ludzi jak na kobietę, która ostatnie lata spędzała głównie między kuchnią a przychodnią. Grzegorz pomagał mi pierwszego dnia - postawił przy drzwiach trzy kartony, opisał je "do wyrzucenia", "do oddania", "zostaje" - a potem pojechał, bo miał pilne sprawy w firmie. Zawsze miał pilne sprawy.
Odłożyłam wyciąg na stół i usiadłam na maminom krześle. Wiedziałam o tych pieniądzach. Mama mówiła mi o nich w każdą niedzielę, kiedy dzwoniłam z Częstochowy. Zawsze tym samym tonem - trochę usprawiedliwiającym się, trochę zdenerwowanym.
- Grześ obiecał, że odda po kwartale. Mówił, że firma potrzebuje, że to na chwilę. Ale już pół roku minęło, Jolciu, i nic.
Przez dwadzieścia cztery lata uczyłam polskiego w liceum. Dwadzieścia cztery lata poprawiania wypracowań nauczyły mnie jednego - ludzie piszą to, co chcą, żeby było prawdą, nie to, co jest. Mama też tak robiła. Mówiła "pożyczka", ale nigdy nie poprosiła Grzesia o żaden papier, żadne potwierdzenie. Bo to rodzina. Bo syn. Bo jak to tak - od własnego dziecka brać podpis?
Grzegorz prowadził firmę remontową pod Wrocławiem. Nie szło mu najgorzej, ale też nie najlepiej - ciągle jakieś opóźnienia w płatnościach od klientów, ciągle jakiś nowy samochód służbowy, ciągle jakiś kolejny kredyt na sprzęt. Kiedy poprosił mamę o pieniądze, przyjechał do niej z Anią, swoją żoną. Mama opowiadała mi tę scenę kilka razy - Ania przyniosła szarlotkę, Grześ mówił, że to kwestia trzech miesięcy, że firma dostała duże zlecenie na osiedle pod Oleśnicą, ale musi najpierw kupić materiały.
- Mama dała, bo Mama zawsze dawała - powiedziałam do pustego mieszkania.
Zadzwoniłam do Grzegorza następnego dnia. Nie z powodu tych sześćdziesięciu tysięcy - a przynajmniej tak sobie wmówiłam. Chciałam ustalić, co robimy z mieszkaniem mamy w Opolu. Kto płaci czynsz do czasu sprzedaży. Kto zabiera album ze zdjęciami. Normalne, techniczne rzeczy.
Ale Grzegorz odebrał innym tonem niż zwykle. Jakby się spiął, zanim jeszcze powiedziałam "dzień dobry".
- Jolu, muszę ci coś wyjaśnić, żebyś nie miała potem pretensji - zaczął, zanim zdążyłam powiedzieć cokolwiek o mieszkaniu. - Te pieniądze, co mama mi dała. To nie była żadna pożyczka. Mama chciała mi pomóc, dała mi to jako darowiznę. Sama tak powiedziała - "weź, synu, tobie bardziej potrzebne". Możesz zapytać notariusza, to był jej świadomy wybór.
Stałam w kuchni z telefonem przy uchu i przez chwilę nie mogłam wydusić słowa. Nie z powodu kwoty. Z powodu łatwości, z jaką to powiedział. Jakby ćwiczył to zdanie. Jakby je przygotował na ten moment.
- Grzegorz, mama dzwoniła do mnie co niedzielę i pytała, kiedy oddasz. Co niedzielę przez prawie rok.
- Bo mama była starsza i nie do końca rozumiała, co ustaliła. Ja mam swoją wersję, ty masz swoją. Ale fakty są takie, że mama dała mi te pieniądze dobrowolnie i żadnego dokumentu pożyczki nie ma.
Miał rację. Dokumentu nie było.
Pojechałam do notariusza w Opolu tydzień później - do tego samego, u którego mama robiła testament osiem lat temu. Pani notariusz sprawdziła repertorium, pokręciła głową. Żadna umowa darowizny. Żadna umowa pożyczki. Żaden akt dotyczący przelewu sześćdziesięciu tysięcy złotych. Mama nie formalizowała niczego.
- W takiej sytuacji - powiedziała pani notariusz ostrożnie - wszystko zależy od tego, co państwo są w stanie udowodnić. Przelew bankowy sam w sobie nie przesądza, czy to była darowizna, czy pożyczka.
Wyszłam na ulicę i usiadłam na ławce pod kancelarią. Zadzwoniłam do koleżanki Danki, która jest adwokatem. Danka nie owijała w bawełnę.
- Jolka, jeśli nie ma żadnego dokumentu i nie ma świadków rozmowy, w której mama jasno mówi "pożyczam" - to sprawa jest trudna. SMS-y, maile, cokolwiek? Może mama pisała do kogoś o tym?
Mama nie pisała SMS-ów. Mama dzwoniła. Do mnie - w każdą niedzielę.
Przez następne dwa tygodnie próbowałam rozmawiać z Grzegorzem. Nie kłócić się - rozmawiać. Proponowałam, żeby podzielił się tymi pieniędzmi, skoro mama zostawiła nam obu mieszkanie - niech weźmie mniejszą część ze sprzedaży, a sześćdziesiąt tysięcy wróci do puli spadkowej. Sprawiedliwie.
Grzegorz odpisywał krótkimi wiadomościami. "To była darowizna, Jola." "Nie mam zamiaru dyskutować o tym, co mama sama zdecydowała." "Może lepiej zajmij się swoimi sprawami."
Pewnego wieczoru zadzwoniła Ania - bratowa. Cicho, jakby Grzegorz nie wiedział. Powiedziała tylko jedno zdanie, które zapamiętam do końca życia.
- Jolka, on naprawdę wierzy, że mama mu to dała. Naprawdę. On sobie tak ułożył w głowie i już tego nie ruszy.
I wtedy zrozumiałam, że to nie jest historia o pieniądzach. To jest historia o tym, jak mój brat - ten sam, z którym lepiłam bałwana na podwórku w Opolu, z którym kradłam wiśnie z drzewa sąsiada, który płakał, kiedy zdechł nasz chomik - jak ten brat wybrał wygodne kłamstwo, bo prawda była zbyt kosztowna.
Nie poszłam do sądu. Danka powiedziała, że mogę spróbować, ale dowody są słabe - moje zeznania o niedzielnych rozmowach telefonicznych to za mało. Mogłabym wygrać, mogłabym przegrać. Z pewnością straciłabym brata.
Tylko że brata już straciłam. Straciłam go w momencie, kiedy powiedział "mama sama chciała" z taką pewnością w głosie, jakby naprawdę pamiętał to inaczej niż ja.
Sprzedałyśmy mieszkanie mamy pół roku później. Podzieliłyśmy się po połowie, jak w testamencie. Grzegorz przyjechał po klucze, zabrał maminy kryształy i album ze zdjęciami. Uścisnął mi rękę w drzwiach, jak obcemu kontrahentowi.
Czasem, w niedzielę wieczorem, łapię się na tym, że sięgam po telefon. Nie do Grzegorza. Do mamy. Chcę jej powiedzieć: miałaś rację, że się martwiłaś. Ale miałaś rację też w czymś innym - nie trzeba było mu dawać tych pieniędzy bez żadnego papierka.
Tylko że mama by mi na to odpowiedziała: - Jolciu, przecież to rodzina. Jak to tak - od syna brać podpis?
I miałabym ochotę powiedzieć: właśnie dlatego, mamo. Właśnie dlatego.