Mama mieszka u siostry; jej telefon odbiera zawsze Ulka - "mama śpi", "mama w łazience", "mama ma gości". W niedzielę zadzwoniłam z numeru koleżanki. Mama odebrała sama i zapytała, kto mówi, "bo Ulka powiedziała, że Marzena już nie dzwoni".

Iwona wytarła telefon o fartuch, bo ręce miała w ziemi po łokcie, i podsunęła mi go pod nos.

- Dzwoń. Z mojego. Zobaczymy, czy też będzie spała.

Stałyśmy za szklarnią, między paletami sadzonek pomidorów. Była niedziela, ale w maju w szkółce nie ma niedziel - ludzie przyjeżdżają po pelargonie i bratki całymi rodzinami, parking zastawiony aż do szosy. Miałam piętnaście minut przerwy i kanapkę z serem, której nie mogłam przełknąć.

Wybrałam numer mamy. Znam go na pamięć od dwudziestu lat, odkąd tata kupił jej pierwszą komórkę z klapką, "żeby w razie czego".

Jeden sygnał. Drugi. Trzeci. Już chciałam się rozłączyć, kiedy w słuchawce coś zaszurało i usłyszałam oddech. Ciężki, powolny, jak u kogoś, kto musiał się przechylić przez cały stół.

- Halo? - To był głos mamy. Jej własny. Nie Ulki. - Kto mówi? Bo Ulka powiedziała, że Marzena już nie dzwoni.

Usiadłam na odwróconej skrzynce. Iwona spojrzała na mnie i bez słowa odeszła za róg.

- Mamo. To ja. Marzena.

Cisza. Potem dźwięk, który mógł być śmiechem albo płaczem.

- Marzenka? To ty się nie obraziłaś?

- Na co, mamo? O co miałabym się obrazić?

- No bo Ulka mówiła, że od Wielkanocy... że masz dość. Że ja ci... - urwała. - Ja już nie wiem, dziecko. Nie wiem, co pamiętam, a co mi się śni.

Od trzech miesięcy nie rozmawiałam z matką. Nie dlatego, że nie dzwoniłam. Dzwoniłam we wtorki i piątki, jak zawsze. I zawsze odbierała Ulka. "Mama śpi" - o czwartej po południu. "Mama w łazience" - dwa razy pod rząd. "Mama ma gości" - a jakich gości może mieć osiemdziesięciotrzyletnia kobieta, która w Dywitach nie zna nikogo poza listonoszem? Coś mi zgrzytało, ale tłumaczyłam sobie, że mama słabnie, że Ulka jest zmęczona, że nie ma siły mi wszystkiego opowiadać.

- Gdzie jest Ulka? - zapytałam.

- W ogrodzie, pranie wiesza. Telefon zostawiła na ładowarce, a ten dzwonił i dzwonił... - Mama zniżyła głos. - Marzenka, ona dobra jest. Ty jej nie mów, że...

Na drugim końcu trzasnęły drzwi tarasowe.

- Idzie. Muszę kończyć.

Oddzwoniłam trzy razy. Nikt nie odebrał.

Dwa lata temu mama miała udar. Niewielki, jak mówili lekarze - mowa wróciła, ręka prawie też. Ale czwarte piętro bez windy w bloku na Zatorzu w Olsztynie było już dla niej jak Rysy. Ulka zabrała ją do siebie, do domu w Dywitach. Pokój na parterze, okno na ogród, balkonik przy łóżku.

Ja zostałam w Poznaniu. Cztery godziny drogi, praca na zmiany, kawalerka, w której nie ma gdzie wstawić drugiego łóżka. Dokładałam się do rehabilitacji, przyjeżdżałam na święta, dzwoniłam dwa razy w tygodniu. I powtarzałam sobie, że Ulka ma łatwiej. Ma dom, ma Grześka, jest na miejscu.

W poniedziałek wzięłam wolną sobotę. W maju to prawie jak prosić o nerkę, ale szefowa spojrzała na mnie i tylko kiwnęła głową.

Wyjechałam o piątej rano. Nie uprzedziłam.

Ulka stała na tarasie z miską klamerek. Zobaczyła mój samochód przy furtce i nawet nie udawała zdziwienia.

- Wiedziałam, że przyjedziesz - powiedziała, kiedy weszłam. - Mama mi powiedziała jeszcze tego samego dnia. Ona nic nie umie w sobie zatrzymać.

- Gdzie jest?

- Śpi. Tym razem naprawdę. - Uśmiechnęła się krzywo. - Chodź do kuchni. Nie będziemy się kłócić nad jej głową.

Zrobiła herbatę z cytryną. Postawiła przede mną kubek z kotem, który kiedyś był mój, z mieszkania mamy. Dłonie miała spierzchnięte, paznokcie krótko obcięte, pod jednym czerwona kreska od czegoś.

- Zablokowałaś mnie - powiedziałam.

- Nie blokowałam. Odbierałam. To jest różnica.

- Powiedziałaś jej, że już nie dzwonię.

Ulka długo mieszała herbatę, w której nie było cukru.

- A ty pamiętasz, co jej mówiłaś? Przy każdym telefonie?

Nie odpowiedziałam, więc odpowiedziała za mnie.

- "Mamo, może w sobotę wpadnę." "Mamo, jak się uda, to na Boże Ciało." "Mamo, jak tylko będzie luźniej w pracy." - Mówiła cicho, bez złości, jakby czytała listę zakupów. - A ona po każdym takim telefonie siadała rano przy oknie. W płaszczu. Z torebką na kolanach, bo Marzenka zabierze ją na obiad. Siedziała do wieczora. Nie chciała jeść, żeby się nie pobrudzić.

Coś mnie ścisnęło w gardle.

- W marcu wstała o trzeciej w nocy - ciągnęła Ulka. - Usłyszała samochód na drodze. Poszła boso do drzwi, bez balkonika. Przewróciła się w przedpokoju. Grzesiek ją podnosił, a ona płakała, że ty stoisz na dworze, a my cię nie chcemy wpuścić. Siniak na biodrze schodził jej miesiąc.

- Czemu mi nie powiedziałaś?

- A co byś zrobiła? Przyjechała? - Pierwszy raz podniosła na mnie wzrok. - Ty dzwoniłaś na pięć minut i ona była szczęśliwa. Ja jestem z nią cały dzień i jestem ta, co ją zmusza do zupy i do mycia. Ty jesteś ta dobra córka przez telefon. Ja jestem ta od pampersów.

Chciałam krzyczeć. Miałam przygotowane w samochodzie całe zdania, powtarzałam je od Grudziądza. Ale siedziałam w tej kuchni i myślałam o tym "może wpadnę". Mówiłam to, bo tak się mówi. Bo miło było to powiedzieć i nic mnie nie kosztowało. Nie wiedziałam, że ją kosztuje całe dnie przy oknie.

- Myślałam, że jak uwierzy, że się obraziłaś, to przestanie czekać - powiedziała Ulka. - Że łatwiej jest przeboleć niż czekać.

- To okrutne, Ula.

- Wiem. - Odstawiła łyżeczkę. - Ale ona od kwietnia przesypia noce.

Z pokoju na końcu korytarza dobiegło wołanie. Nie moje imię. "Ulka!"

Siostra wstała odruchowo, a potem zatrzymała się w drzwiach i odsunęła, żeby mnie przepuścić.

Mama siedziała na łóżku, z rozczochranymi włosami, w bluzce zapiętej o jeden guzik za nisko. Patrzyła na mnie dłuższą chwilę, jakby sprawdzała, czy to nie sen. Potem wyciągnęła rękę i dotknęła mojego policzka, tak jak się dotyka szyby.

- Nie obraziłaś się - powiedziała. Nie pytała.

- Nie, mamo.

- To dobrze. Bo Ulka też się martwiła.

Spojrzałam przez ramię. Ulka stała w korytarzu, z rękami skrzyżowanymi na piersi, i patrzyła w podłogę.

Wieczorem, kiedy mama zasnęła po dwóch odcinkach serialu, usiadłyśmy z siostrą przy kuchennym stole z kartką i długopisem. Jak mama kiedyś, kiedy zapisywała nam na lodówce terminy wywiadówek i dentysty.

Żadnego "może". Dzwonię w niedzielę o jedenastej i w środę o siódmej wieczorem. Ulka daje mamie telefon i wychodzi z kuchni. Przyjeżdżam w pierwszą sobotę miesiąca, na całą dobę, i wtedy oni z Grześkiem jadą nad jezioro, na ryby, gdziekolwiek - byle nie do tego domu. Mama wie, kiedy przyjeżdżam, bo jest to napisane dużymi literami na kalendarzu przy jej łóżku. I nie czeka od rana, bo wie, że będę po obiedzie.

Nie powiem, że wybaczyłam Ulce. Ona też mi tego nie powiedziała, a przecież miała za co. Może to jeszcze przyjdzie. Może nie musi.

W zeszłą niedzielę zadzwoniłam punkt jedenasta. Odebrała Ulka.

- Mamo, Marzena - usłyszałam i szuranie krzesła.

Mama już nie pyta, kto mówi. Wie, że w niedzielę o jedenastej to ja.