Pięć lat temu dałam synowi trzydzieści tysięcy na samochód - "oddamy po trzynastce, mamo". W tym roku poprosiłam o tysiąc na protezę. Synowa poradziła, żebym poszła z tym do MOPS-u, "bo przy takiej emeryturze należy się pani pomoc".

- To niech mama pójdzie do MOPS-u. Przy takiej emeryturze to się pani należy pomoc, naprawdę. Ludzie chodzą i się nie wstydzą.

Monika powiedziała to spokojnie, stawiając półmisek z kotletami na stole. Takim tonem mówi się, że w Biedronce jest promocja na masło. Kuba i Zosia siedzieli z nosami w telefonach. A mój syn, mój Grzesiek, nagle bardzo uważnie kroił ziemniaka.

Czekałam, aż podniesie głowę. Aż powie: "Monia, co ty gadasz". Aż powie cokolwiek. Ziemniak był już pokrojony na osiem równych kawałków, a on dalej siedział nad nim z nożem w ręku.

Nie pamiętam, jak skończyłam ten obiad. Pamiętam tylko, że kotleta nie ruszyłam, bo nie miałam czym. Od trzech tygodni moja dolna proteza leżała w szklance na półce w łazience, pęknięta na pół, a ja żyłam na zupach i kaszce jak niemowlę.

Pękła głupio, przy myciu, wyśliznęła mi się z palców prosto do umywalki. Nosiłam ją trzy lata. Robiona na fundusz, pół roku czekania, ale była. Dentystka z przychodni na Rakowie obracała kawałki w palcach i kręciła głową.

- Pani Danuto, kleić to nie ma sensu, zaraz pęknie obok. A nowa na NFZ dopiero za dwa lata, takie są przepisy. Prywatnie technik zrobi w dwa tygodnie.

Powiedziała ile. Wróciłam do domu i przeliczyłam kopertę z meblościanki. Brakowało równego tysiąca. Trzynastka przyszła w kwietniu i w kwietniu poszła, bo akurat spółdzielnia przysłała rozliczenie ciepła z dopłatą. Mieszkam na parterze, nad piwnicą, zimą grzeję na całego, inaczej podłoga parzy zimnem przez kapcie. Na dopłatę zeszła prawie cała.

Sześćdziesiąt sześć lat. Trzydzieści z nich na zmianie w zakładach tekstylnych, czterdzieści kobiet pod sobą, hałas maszyn, który słyszałam jeszcze w nocy w łóżku. Nigdy od nikogo nie pożyczyłam złotówki. I wtedy, nad tą kopertą, pomyślałam o tamtych pieniądzach.

Pięć lat temu Grzesiek przyszedł do mnie we wtorek, prosto po lekcjach. Uczy wuefu w podstawówce na Tysiącleciu, więc przyszedł w dresie, z gwizdkiem jeszcze na szyi. Siadł w kuchni i długo mieszał herbatę, w której nie było cukru.

- Mamo, opel padł. Silnik. Mechanik mówi, że szkoda w niego ładować. Zosia malutka, Monika dojeżdża do pracy, a ja nie wiem...

- Ile? - zapytałam, bo znałam go. Jak mieszał herbatę bez cukru, to zawsze chodziło o coś, czego nie umiał powiedzieć.

- Trzydzieści. Na używanego, porządnego. Oddamy, mamo. Po trzynastce, co roku coś oddamy, zobaczysz.

Miałam te pieniądze. Odkładane latami, plus to, co zostało po Zdzisiu. Mówiłam sobie, że to na czarną godzinę. Następnego dnia poszliśmy razem do banku i zrobiłam przelew.

W marcu Grzesiek przyniósł kopertę z dwoma tysiącami. "Pierwsza rata, mamo" - powiedział i był z siebie dumny. Rok później w telewizji wszyscy mówili o ratach kredytów, które poszły w górę, a mój syn chodził szary na twarzy. "Mamo, w tym roku nie dam rady." Rozumiałam. Następnego roku Kuba potrzebował aparatu na zęby. Potem już nic, a ja przestałam pytać. Bo jak matka liczy dziecku pieniądze, to już nie jest matka, tylko bank. Tak sobie powtarzałam.

I jeszcze jedno mi się przypomniało nad tą kopertą, choć wtedy nie umiałam tego poskładać. Na Wigilii, tej pierwszej po zakupie auta, Monika przytuliła mnie przy choince i powiedziała: "Mamo, dziękujemy za samochód, to najpiękniejszy prezent, jaki kiedykolwiek dostaliśmy". Pomyślałam, że tak się po prostu mówi. Grzecznie.

W tę niedzielę zapytałam, kiedy Monika poszła do kuchni po kotlety. Cicho, tylko Grzesia.

- Synku, czy moglibyście mi oddać chociaż tysiąc? Na protezę. Nie mam z czego, inaczej bym nie...

Monika weszła z półmiskiem w połowie zdania. Usłyszała "tysiąc", usłyszała "protezę" i "nie mam z czego". A Grzesiek zamiast odpowiedzieć zaczął kroić ziemniaka.

Wiedziałam zresztą, że z MOPS-u nic by nie było. Basia z drugiego piętra chodziła w zeszłym roku po zapomogę na okulary. Wróciła z niczym, bo ma za dużą emeryturę. Za dużą. Śmiała się z tego do łez na ławce przed blokiem, a potem płakała już naprawdę.

W poniedziałek wieczorem zadzwonił domofon. Monika. Sama, bez Grzesia, w kurtce narzuconej na domowy sweter, jakby wyszła w pośpiechu.

Postawiłam czajnik. Ona usiadła na brzegu krzesła, tam, gdzie pięć lat temu siedział jej mąż, i obracała w palcach plaster cytryny wyłowiony z herbaty.

- Mamo, ja nie wiedziałam - powiedziała w końcu. - On mi mówił, że to prezent. Że mama dała z oszczędności po tacie i że nie trzeba dziękować, bo mama się krępuje. Wczoraj w nocy zapytałam go, czemu mama prosi akurat jego i czemu tak cicho, jakby się wstydziła. To mi powiedział.

Milczałam. Za ścianą u sąsiadów leciał jakiś teleturniej, ktoś bił brawo.

- Wstydził się - mówiła dalej, coraz szybciej. - Że czterdzieści lat, nauczyciel, i od matki pożycza na auto. Przy moim ojcu by się spalił ze wstydu, ojciec zawsze mówił, że z wuefisty to żaden żywiciel. A ja jeszcze z tym MOPS-em... U nas w domu tak się mówiło. Jak ci się coś należy, to bierz i nie dziękuj. Mama by tak zrobiła. Myślałam, że pomagam.

Wyjęła z kieszeni kopertę i położyła ją przy cukiernicy.

- Tysiąc. Z moich, odkładałam na wakacje nad morzem.

- To nie twój dług, Moniko.

- Teraz już mój - powiedziała i pierwszy raz tego wieczoru spojrzała mi w oczy.

Wzięłam tę kopertę. Nie dlatego, że należało mi się, ani nie z dumy. Wzięłam, bo od trzech tygodni jadłam kaszkę, a ta dziewczyna siedziała w mojej kuchni i płakała nad cudzym kłamstwem, którego nie umiała już cofnąć.

Grzesiek przyszedł w czwartek. Stał w przedpokoju i nie zdejmował butów, jakby nie był pewien, czy wolno mu wejść dalej.

- Mamo, ja...

- Wiem - powiedziałam. - Wejdź. Herbata stygnie.

Nie powiedziałam mu, że nic się nie stało. Bo się stało. Okłamał nie mnie, tylko żonę, a przez pięć lat jakoś wychodziło, że to ja jestem tą, która się krępuje. Siedzieliśmy przy stole długo i więcej było w tym milczenia niż słów. Ale tym razem nie kroił żadnego ziemniaka. Patrzył na mnie.

Nowa proteza jest lepsza od starej, technik się postarał. Pierwszy kotlet zjadłam w swoje imieniny i smakował jak nigdy.

W marcu Grzesiek dostał trzynastkę. Następnego dnia przyszedł przelew na dwa tysiące. W tytule wpisał: "rata 2". Nie wiem, ile ich jeszcze będzie. Wiem tylko, że po pięciu latach ktoś w tej rodzinie wreszcie nazwał rzecz po imieniu.