Mąż odszedł do młodszej dwa lata temu. W sobotę stał pod moimi drzwiami z walizką i lilią w doniczce - "twoją ulubioną". Ja lubię pelargonie. Lilie lubiła ona.

Dwa lata potrafiły zmienić wszystko. I nic.

Bo kiedy otworzyłam drzwi tamtej soboty i zobaczyłam Wiesława z walizką w jednej ręce i doniczką z białą lilią w drugiej, pierwszą myślą nie było zaskoczenie. Nie był to nawet gniew. Pomyślałam: lilia. On przyniósł mi lilię.

Ja od trzydziestu lat hodowałam pelargonie. Na balkonie, na parapetach, w doniczkach na klatce schodowej - sąsiadki z bloku przy Piłsudskiego w Siedlcach żartowały, że gdyby mnie szukać, to po zapachu pelargonii. Wiesław przez dwadzieścia osiem lat małżeństwa podlewał je, gdy wyjeżdżałam do sanatorium. Przycinał suche listki. A teraz stał z lilią i mówił - twoją ulubioną.

Lilie lubiła Patrycja. Ta, do której odszedł.

Wpuściłam go do przedpokoju, bo padał deszcz, a nie jestem z tych, co zostawiają człowieka na klatce w mokrych butach. Nawet jeśli ten człowiek dwa lata temu spakował trzy torby i powiedział, że potrzebuje odetchnąć. Odetchnąć. Jakby nasze życie było dusznym pokojem, z którego trzeba uciec na balkon.

Postawił walizkę pod wieszakiem - tym samym, z którego dwa lata temu zdjął swoją kurtkę. Doniczkę z lilią ustawił na szafce na buty. Lilia była ładna, tego nie mogłam mu odmówić. Biała, z delikatnymi żółtymi pręcikami, lekko rozchylona. Piękny kwiat. Nie mój kwiat.

- Ładnie tu - powiedział, rozglądając się po korytarzu.

Ładnie, bo przemalowałam ściany, wymieniłam szafkę, zdjęłam jego zdjęcia z półki i postawiłam w ich miejsce ramkę z Olą i wnuczką. Ładnie, bo przez ostatnie dwa lata robiłam z tego mieszkania z powrotem swoje. Ale tego pewnie nie zauważył. Zauważył, że ładnie.

Zaprowadziłam go do kuchni. Postawiłam wodę na herbatę. Dwie szklanki - nie filiżanki, bo filiżanki były od kompletu, który dostaliśmy na wesele od jego matki, i oddałam je Oli, kiedy urządzała mieszkanie w Krakowie. Teraz piłam herbatę ze szklanek, i było mi z tym dobrze.

Wiesław siedział przy stole i mówił. Dużo mówił. Że z Patrycją to był błąd. Że się pogubił. Że ona okazała się zupełnie inna, niż myślał. Że jest mu teraz trudno, bo wynajmował kawalerkę po tym jak się wyprowadził od niej, ale czynsz go przerastał, a w pracy ciężko, bo na Politechnice nie dali mu przedłużenia kontraktu na kolejny semestr.

Słuchałam i patrzyłam na jego ręce. Te same ręce, które znałam od trzydziestu lat. Trochę bardziej pomarszczone, z nowym znamieniem na nadgarstku, którego wcześniej nie było. Albo był, a ja nie patrzyłam.

- Renata, ja wiem, że to nie będzie łatwe - mówił. - Ale my mamy historię. Dwadzieścia osiem lat. Ola. Wnuczka. To się nie przekreśla.

Miał rację. Dwadzieścia osiem lat się nie przekreśla. Tyle że on je przekreślił dwa lata temu, kiedy powiedział, że potrzebuje odetchnąć. Ja ich nie przekreślałam. Ja je dźwigałam. Każdy dzień osobno, każdą niedzielę, kiedy koleżanki z wydziału komunikacji jechały z mężami na działki, a ja szłam sama na cmentarz do rodziców i wracała do pustego mieszkania.

Nie powiedziałam mu tego. Zamiast tego zapytałam:

- Wiesław, jaki jest mój ulubiony kwiat?

Spojrzał na mnie zaskoczony. Potem na lilię w przedpokoju. Uśmiechnął się niepewnie.

- No... lilie? Przyniosłem ci.

Trzydzieści lat. I nie wiedział.

Albo kiedyś wiedział i zapomniał. Albo nigdy tak naprawdę nie patrzył, a ja byłam zbyt zajęta, żeby to zauważyć. Podlewał pelargonie, bo stały na drodze do balkonu. Przycinał je, bo prosiłam. Ale czy kiedykolwiek powiedział - ładne te twoje pelargonie? Nie pamiętam.

A może pamiętam, że nie powiedział, i właśnie dlatego to pytanie przyszło mi do głowy jako pierwsze.

- Pelargonie - powiedziałam spokojnie. - Od trzydziestu lat. Mam ich osiemnaście na balkonie. Podlewałeś je, zanim wyjechałam do Ciechocinka. Lilie lubi Patrycja.

Twarz mu zrzedła. Nie z gniewu, nie z oburzenia. Z czegoś gorszego - ze zrozumienia. Przez ułamek sekundy zobaczyłam, jak dociera do niego, co właśnie zrobił. Że przyszedł do żony z kwiatami tamtej. Że nawet w geście pojednania pomylił dwie kobiety, bo żadnej z nich nie znał naprawdę.

- Renata, ja...

- Pij herbatę - powiedziałam. - Stygnnie.

Pił. Siedzieliśmy w ciszy. Za oknem Siedlce robiły się szare od deszczu, blok naprzeciwko wyglądał jak mokry karton, a ja myślałam o tym, jak dwa lata temu płakałam w tej samej kuchni trzy noce z rzędu, aż sąsiadka Krysia z dołu zapukała z sernikiem i powiedziała - ryczysz tak, że u mnie żyrandol się trzęsie, chodź, pogadamy. I przyszłam. I gadałyśmy do drugiej w nocy. I następnego dnia wstałam, pojechałam do pracy i zaczęłam żyć od nowa.

Nie od wielkiego postanowienia. Od drobnych rzeczy. Przemalowałam korytarz. Zapisałam się na basen. Zaczęłam jeździć do Oli do Krakowa częściej, bo nie musiałam już pilnować obiadu dla nikogo. Kupiłam nowe zasłony. Trzy nowe pelargonie. Nauczyłam się, że cisza w mieszkaniu może być spokojna, a nie przerażająca.

I teraz on siedział przy moim stole i mówił, że mamy historię.

Mieliśmy. Ale ja przez ostatnie dwa lata napisałam nową. Samodzielną. Cichą. Z pelargoniami i basenem w czwartki, i sernikiem u Krysi, i weekendami z wnuczką, która mówiła do mnie babciu tak, jakby to było najpiękniejsze słowo na świecie.

Wiesław skończył herbatę. Odstawił szklankę. Patrzył na mnie wyczekująco.

- Możesz zostać do jutra - powiedziałam. - Na kanapie. Jutro pada, nie będę cię wyrzucać w deszcz. Ale w poniedziałek rano musisz sobie coś znaleźć.

- Renata...

- Wiesław, ty nie wróciłeś do mnie. Ty odszedłeś od niej. To nie jest to samo.

Nie odpowiedział. Chyba po raz pierwszy naprawdę usłyszał, co do niego mówię.

Wieczorem pościeliłam mu na kanapie w salonie. Tym samym salonie, w którym kiedyś razem oglądaliśmy filmy w sobotnie wieczory i jedliśmy popcorn, który on zawsze za mocno solił. Dałam mu poduszkę - nie tę jego starą, bo tę oddałam do Caritasu rok temu - czystą, gościnną.

Zanim poszłam spać, przeniosłam lilię z szafki na buty na parapet w kuchni. Ładny kwiat. Będę go podlewać, dopóki nie przekwitnie. Ale na balkonie, między pelargoniami, nie będzie mu miejsca.

Leżałam w ciemności i słuchałam, jak Wiesław kręci się na kanapie. Pewnie za krótka. Zawsze była za krótka, dlatego nigdy na niej nie sypiał. Ale to już nie był mój problem.

Zamknęłam oczy. Za oknem przestało padać. Jutro miałam zamiar kupić ziemię do przesadzenia pelargonii. Majówka za progiem, czas je wystawić na balkon.

Moje pelargonie. Mój balkon. Moje życie.