Po obiedzie przysnęłam w fotelu. Syn mówił do synowej półgłosem, że "mamie wystarczy kawalerka, różnicę weźmiemy na wkład, tylko trzeba jej to podać jako zalecenie lekarza - mniej schodów". Do lekarza jedziemy za tydzień. Wiezie mnie syn.

Gdybym tamtej niedzieli nie przysnęła po obiedzie, do dziś myślałabym, że mój syn martwi się o moje kolana. Ale przysnęłam - a raczej udawałam, że przysnęłam, bo rosół był za ciężki i chciałam tylko przymknąć oczy na chwilę. I wtedy usłyszałam to, czego słyszeć nie powinnam.

Mariusz mówił półgłosem. Zawsze tak mówił, kiedy nie chciał, żebym słyszała - jeszcze jako nastolatek tak szeptał do telefonu w przedpokoju, kiedy umawiał się z dziewczynami. Rozpoznałabym ten ton spośród tysiąca. Tylko że teraz nie mówił do dziewczyny. Mówił do Agaty. O mnie.

- Mamie wystarczy kawalerka. Różnicę weźmiemy na wkład, tylko trzeba jej to podać jako zalecenie lekarza. Mniej schodów, kolana, winda - ona się na to nabierze.

Siedziałam w fotelu z zamkniętymi oczami. Nogi miałam przykryte kocem, który sama na siebie narzuciłam dwadzieścia minut wcześniej, kiedy Agata zbierała talerze po deserze. Słyszałam ją teraz - odchrząknęła, ale nic nie powiedziała. To Mariusz mówił dalej.

- Do lekarza jedziemy za tydzień. Sam ją zawiozę. Potem powie, że doktor zalecił parter albo windę, i zaczniemy szukać.

Serce mi waliło tak głośno, że byłam pewna - zaraz usłyszą. Ale nie usłyszeli. Mariusz odsunął krzesło, Agata puściła wodę w zlewie, i dalej zmywali, jakby właśnie rozmawiali o pogodzie.

Mam na imię Jadwiga, chociaż wszyscy mówią Jadzia. Przez trzydzieści dwa lata stałam za ladą w pasmanterii przy Jagiellońskiej w Olsztynie. Guziki, zamki, tasiemki, nici - znałam je wszystkie na pamięć, każdy kolor, każdą szerokość.

Stefan, mój mąż, zawsze się śmiał, że mam w głowie magazyn. Stefan umarł dwa lata temu - udar, szybko, w nocy. Od tamtej pory mieszkam sama w naszym trzypokojowym mieszkaniu na Jarotach. Drugie piętro, bez windy, czterdzieści osiem metrów.

Mariusz jest jedynakiem. Ma czterdzieści dwa lata, pracuje w firmie logistycznej, Agata jest kadrową w urzędzie. Mają dwoje dzieci - Zuzię, lat dziesięć, i Filipa, lat siedem. Przyjeżdżają co niedzielę na obiad. Ja gotuję rosół albo pomidorową, Agata przywozi deser - zazwyczaj sernik z Biedronki, bo nie lubi piec. Nie mam jej tego za złe. Nie każdy musi lubić piec.

Po ich wyjeździe tamtej niedzieli stałam w kuchni i patrzyłam na wysuszony garnek po rosole. Agata go wymyła, odstawiła do wyschnięcia. Na blacie leżała serwetka z okruszkami sernika. Ręce mi drżały, kiedy zbierałam okruszki do dłoni.

Kawalerka. Mamie wystarczy kawalerka.

Przez następne trzy dni chodziłam po mieszkaniu i liczyłam. Nie pieniądze - bo kwot z głowy nie znam i nie chciałam pytać nikogo. Liczyłam rzeczy. Meblościanka po Stefanie z książkami i zdjęciami. Regał z porcelaną po mamie.

Szafa w sypialni, w której wciąż wiszą dwa garnitury Stefana, bo nie potrafię ich oddać. Dywan w salonie, który kupiliśmy razem w dziewięćdziesiątym trzecim roku i który Stefan niósł na plecach po schodach, klnąc na każdym piętrze. Kuchnia, którą remontowaliśmy sami - Stefan kładł płytki, ja fugowałam. Krzywo fugowałam, ale Stefan powiedział, że jest dobrze.

W kawalerce nie zmieściłby się nawet ten dywan.

W środę zadzwoniła Agata. Głos miała miły, jak zwykle.

- Mamo, pamiętasz, że w przyszły wtorek jedziecie z Mariuszem do doktora? Mariusz weźmie wolne. Masz zapisać coś na kartce, jeśli chcesz o coś zapytać.

- Pamiętam - powiedziałam. - Zapiszę.

Ale nie zapisałam niczego. Zamiast tego wyciągnęłam z szuflady w przedpokoju teczkę z dokumentami - akt własności mieszkania, odpis z księgi wieczystej. Stefan przepisał mieszkanie na mnie osiem lat temu, kiedy zachorował za pierwszym razem. Wtedy go uratowali. Powiedział - masz mieć spokój, Jadziu, żeby nie było potem biegania po sądach. Dałam mu za to buziaka w czoło i powiedziałam, że jest hipochondrykiem.

Nie był.

Mieszkanie jest moje. Tylko moje. Żadnej współwłasności, żadnych obciążeń. Przeczytałam to dwukrotnie, chociaż wiedziałam to od lat. Ale wtedy to wiedziałam tak, jak się wie, ile ma się palców. Po tamtej niedzieli musiałam to zobaczyć czarno na białym.

W czwartek poszłam do sąsiadki z parteru - Krystyny. Krystyna ma siedemdziesiąt jeden lat, mieszka sama od rozwodu, który wzięła w dziewięćdziesiątym szóstym, i jest jedyną osobą na klatce, z którą pijam kawę. Powiedziałam jej. Nie wszystko - nie powtórzyłam tego o lekarzu, bo wstydziłam się za Mariusza. Powiedziałam tylko, że syn chciałby, żebym się przeprowadziła do czegoś mniejszego.

Krystyna postawiła filiżankę na spodku.

- A ty chcesz?

- Nie.

- No to po co o tym gadasz?

Miała rację. Ale to nie było takie proste. Bo ja nie bałam się, że Mariusz mnie zmusi. Ja się bałam czegoś gorszego - że mój syn, którego wychowałam, którego uczyłam wiązać buty i do którego przyjeżdżałam po nocach, kiedy miał anginę na studiach - ten sam syn, potrafił zaplanować, żeby mnie oszukać. Nie okraść - oszukać. Wymyślić scenariusz z lekarzem. Przekonać mnie, że to dla mojego dobra. I zabrać różnicę.

To nie chodziło o pieniądze. To chodziło o to, że usiadł przy moim stole, zjadł mój rosół i powiedział do żony - "nabierze się".

W piątek nie odebrałam telefonu od Mariusza. W sobotę też nie. W niedzielę nie zadzwonił.

W poniedziałek napisał SMS-a: "Mamo, wszystko ok? Jutro po ciebie przyjadę o 9".

Odpisałam: "Przyjdź sam. Musimy porozmawiać".

Przyjechał we wtorek rano, punktualnie. Stanął w progu z kluczykami w ręce i tym swoim uśmiechem, który miał od dziecka - trochę zawstydzonym, jakby nie do końca wiedział, czy wolno mu wejść. Zawsze tak się uśmiechał, kiedy czegoś chciał.

- Mamo, herbaty?

- Usiądź, Mariusz.

Usiadł przy kuchennym stole. Ja stałam. Przez chwilę patrzyłam na niego i widziałam wszystko naraz - sześcioletniego chłopca, który przynosił mi rysunki z przedszkola, nastolatka, który trzasnął drzwiami na cały blok, dorosłego mężczyznę, który niósł trumnę ojca, nie podnosząc oczu. I tego samego mężczyznę, który tydzień temu zaplanował, jak mnie wykurzy z własnego mieszkania.

- Słyszałam wasz rozmowę z Agatą - powiedziałam. - W niedzielę. Po obiedzie. Nie spałam.

Nie krzyknął. Nie zaprzeczał. Zrobił się czerwony od szyi w górę, jak Stefan, kiedy go przyłapałam na kłamstwie.

- Mamo...

- Posłuchaj mnie. Raz. To mieszkanie jest moje. Ojciec je na mnie przepisał. I ja będę tu mieszkać tak długo, jak będę chciała. Jeśli kiedyś nogi odmówią mi posłuszeństwa, sama zdecyduję, co dalej. Nie ty, nie lekarz, nie Agata. Ja.

Mariusz patrzył na blat stołu.

- Nie przepraszaj - dodałam, bo widziałam, że zaraz zacznie. - Nie chcę przeprosin. Chcę, żebyś wiedział, że wiem. I żebyś następnym razem, kiedy będziesz chciał coś ze mną załatwić, powiedział mi to prosto w oczy. Jestem stara, ale nie jestem głupia.

Wstał. Otworzył usta, zamknął je. Potem powiedział jedyne zdanie, które miało wtedy sens:

- Odwołam tego lekarza.

Kiwnęłam głową.

- Zrobisz herbatę? - zapytałam.

Patrzył na mnie przez chwilę tym swoim spojrzeniem, pół na pół wstydu i ulgi, jakby właśnie zdał egzamin, na który się nie przygotował. Potem poszedł do kuchni, napełnił czajnik i wyciągnął dwa kubki z szafki. Wiedział, które są moje - ten z nadrukiem kota i ten zapasowy z napisem "Olsztyn". Wziął tego z kotem i postawił przede mną.

Nic między nami nie było w porządku. Ale czajnik bulgotał, kubki stały na stole, a Mariusz sięgnął po cukiernicę, bo pamiętał, że piję z dwiema łyżeczkami.

To nie jest koniec tej historii. Wiem, że temat wróci - może za miesiąc, może za rok. Mariusz ma kredyt, Agata ma plany, a mieszkanie na Jarotach jest warte więcej niż moja emerytura za dziesięć lat. Ale teraz wiedzą, że nie śpię. I że słyszę więcej, niż im się wydaje.

Stefan by powiedział: Jadziu, dobrze to rozegrałaś. A ja bym mu odpowiedziała: a ty, Stefan, nie musiałeś rozgrywać. Ty po prostu byłeś.

Brakuje mi tego najbardziej.