Siostra powiedziała, żeby nie przyjeżdżać - mama po udarze "nie mówi, nie poznaje, po co ci to". W środę przyjechałam bez zapowiedzi. Mama siedziała na balkonie z krzyżówką - rozwiązywała długopisem.

Zobaczyłam ją przez szybę w drzwiach balkonowych, zanim jeszcze zadzwoniłam domofonem. Siedziała w fotelu ogrodowym, nogi okryte kocem mimo ciepłego maja, i pochylała się nad gazetą z takim skupieniem, jakby rozwiązywała zagadkę własnego życia.

Długopis w jej ręce poruszał się pewnie - żadnego drżenia, żadnego wahania. Przez sekundę pomyślałam, że pomyliłam mieszkania.

Nie pomyliłam.

Stałam na klatce schodowej trzeciego piętra i nie mogłam złapać oddechu. Nie od schodów - od tego, co widziałam. Bo jeśli mama rozwiązuje krzyżówki długopisem, to znaczy, że jest pewna swoich odpowiedzi. A jeśli jest pewna swoich odpowiedzi, to znaczy, że myśli. A jeśli myśli - to Jolanta kłamała.

Trzy miesiące temu, w lutym, zadzwoniła do mnie siostra. Głos miała zmęczony, przyciszony, jakby mówiła z korytarza szpitalnego.

- Mama miała udar. Jest źle, Lucyna. Leży, nie mówi, ledwo otwiera oczy.

Byłam wtedy w biurze, kończyłam rozliczenie roczne dla jednej z firm. Wrocław - Częstochowa to trzy godziny autem. Powiedziałam, że jadę.

- Nie przyjeżdżaj - ucięła Jolanta. - Lekarze mówią, żeby jej nie stresować. Nowe twarze ją dezorientują. Poczekaj, aż się ustabilizuje.

Nowe twarze. Własna córka - nowa twarz.

Połknęłam to. Jolanta mieszkała dwie ulice od mamy, znała lekarzy, chodziła do niej codziennie. Ja byłam trzy godziny drogi i dwadzieścia lat wyjazdu z Częstochowy stąd. Zawsze to Jolanta była tą bliżej, tą na miejscu, tą, która wie lepiej. A ja byłam tą, która dzwoni w niedziele i przysyła pieniądze na leki.

Dzwoniłam co tydzień. Jolanta odbierała, ale rozmowy były krótkie.

- Bez zmian. Leży. Fizjoterapeutka przychodzi trzy razy w tygodniu. Logopeda mówi, że nie rokuje.

- Mogę z nią porozmawiać?

- Lucyna, ona nie mówi. Trzyma telefon i nic. Po co jej to?

Raz, w marcu, usłyszałam w tle głos mamy. Coś jak "podaj mi", ale mogłam się przesłyszeć. Jolanta szybko powiedziała, że to telewizor i rozłączyła się.

W kwietniu zadzwoniłam do sąsiadki mamy, pani Krystyny z parteru. Znałam ją od lat - to ona podlewała mamie kwiaty, kiedy mama jeździła do sanatorium. Pani Krystyna odebrała po trzecim sygnale.

- A, Lucynka, dawno cię nie było. Mama? No, widuję ją. Jolka ją wywozi na spacer w tym wózku, ale ostatnio to chyba mama sama chodziła po podwórku z laską. Dwa tygodnie temu widziałam ją przy skrzynce pocztowej.

Przy skrzynce pocztowej. Sama. Z laską.

Nie powiedziałam nic Jolancie. Wzięłam wolne w środę, wsiadłam w auto o szóstej rano i pojechałam.

Blok mamy na osiedlu Północ wyglądał tak samo jak zawsze - pastelowa elewacja po ociepleniu, skrzynki z pelargoniami na balkonach. Trzecie piętro, drzwi po lewej. Na wycieraczce stały kapcie mamy, te bordowe z haftowanym kwiatkiem, które kupiłam jej dwa lata temu. Kapcie osoby, która wychodzi na klatkę po gazetę - nie osoby, która leży i nie poznaje.

I wtedy ją zobaczyłam przez balkonowe drzwi.

Zadzwoniłam. Minęło może dziesięć sekund, zanim usłyszałam szuranie. Drzwi otworzyła mama. Stała przede mną - chuda, tak, starsza niż pamiętałam, oparta na lasce, ale stała. Patrzyła na mnie i widziałam, że mnie poznaje, bo jej usta rozciągnęły się w ten sam uśmiech, który pamiętam z dzieciństwa, kiedy wracałam ze szkoły.

- Lucynka - powiedziała powoli, z lekkim zacinaniem na pierwszej sylabie. - Jolka mówiła, że nie możesz przyjechać. Że masz za dużo pracy.

Usiadłam na taborecie w przedpokoju i rozpłakałam się. Mama stała nade mną i głaskała mnie po głowie, tak jak wtedy, kiedy miałam siedem lat i spadłam z roweru.

Jolanta powiedziała mamie, że nie mogę przyjechać. Mnie powiedziała, że mama nie mówi i nie poznaje.

Byłam u mamy cztery godziny. Zrobiłam jej herbatę, pokroiłam szarlotkę, którą przywiozłam z cukierni koło biura. Mama mówiła wolno, czasem szukała słowa, ale mówiła. Opowiedziała mi o fizjoterapii, o tym, że Jolanta przychodzi codziennie i robi jej obiady, że sąsiadka przynosi gazety z krzyżówkami. Że lewa ręka jeszcze nie słucha, więc pisze prawą, choć kiedyś była leworęczna.

- A dlaczego Jolka ci nie daje do mnie dzwonić? - zapytałam wreszcie.

Mama milczała długo. Patrzyła na swoją krzyżówkę i obracała długopis w palcach.

- Jolka się boi - powiedziała cicho. - Że mnie zabierzesz.

- Gdzie zabiorę?

- Do siebie. Do Wrocławia. Że cię zobaczę i będę chciała jechać z tobą. I zostanie sama.

Jechałam do domu i myślałam o Jolancie. O tym, że ma pięćdziesiąt cztery lata, że jest sama od rozwodu, że jej syn wyjechał do Irlandii i dzwoni raz w miesiącu. Że mama to jedyna osoba, która na nią czeka codziennie.

Że kiedy mama miała udar, Jolanta pewnie naprawdę się bała - bała się, że mama umrze. A potem mama zaczęła wracać do siebie, i Jolanta bała się czegoś innego. Że wróci tak bardzo, że nie będzie jej już potrzebowała.

Albo gorzej - że wybierze mnie.

Nie zadzwoniłam do Jolanty tego wieczoru. Ani następnego dnia. Byłam na nią wściekła - trzy miesiące kłamstw, trzy miesiące strachu o mamę, która tymczasem rozwiązywała krzyżówki na balkonie. Ale pod tą wściekłością było coś jeszcze - coś, czego nie chciałam sobie nazwać od razu.

Bo ja też miałam w tym swój udział. Dwadzieścia lat temu wyjechałam z Częstochowy i zbudowałam sobie życie we Wrocławiu. Dobra praca, mieszkanie, znajomi. A Jolanta została. Została przy mamie, przy starym mieszkaniu, przy osiedlowym sklepie, przy tych samych sąsiadkach. Ja dzwoniłam w niedziele. Ona robiła obiady, woziła do lekarzy, stała w kolejkach w NFZ-ecie. Przez dwadzieścia lat.

Kiedy mama zachorowała, Jolanta wzięła na siebie wszystko. Nie poprosiła mnie o pomoc - a ja jej nie zaproponowałam. Wysyłałam pieniądze i myślałam, że to wystarczy.

Zadzwoniłam do Jolanty w sobotę rano. Nie zaczęłam od pretensji.

- Jolka, byłam u mamy w środę - powiedziałam. - Wiem, że mówi. Wiem, że chodzi. I wiem, że powiedziałaś jej, że nie mogę przyjechać.

Cisza. Słyszałam jej oddech. Wreszcie usłyszałam coś, czego się nie spodziewałam - płacz. Cichy, zduszony, jakby wstydziła się własnych łez.

- Ja nie chciałam - wydusiła. - Na początku naprawdę było źle, Lucyna. Naprawdę nie mówiła, naprawdę nie poznawała. A potem zaczęła wracać i ja... nie wiedziałam, jak ci to powiedzieć. Bo gdybyś przyjechała, tobym znowu została sama. Jak zawsze.

Jak zawsze.

Dwa słowa, które zamknęły mi usta. Bo miała rację. Nie w kłamstwie - kłamstwo było złe i obie to wiedziałyśmy. Ale w tym "jak zawsze" - w tym miała rację.

Umówiłam się z Jolantą, że będę przyjeżdżać co drugi weekend. Nie do mamy - do nich obu. W czerwcu wzięłam Jolantę do kina, pierwszy raz od lat. Mama została z panią Krystyną i one razem rozwiązywały krzyżówki, kłócąc się o stolicę Peru.

To nie jest historia z happy endem, bo happy end zakłada, że problem się skończył. Nasz się nie skończył. Jolanta nadal się boi, ja nadal mam poczucie winy, mama nadal ma dni lepsze i gorsze. Ale przynajmniej teraz, kiedy dzwonię w niedzielę, mama sama odbiera telefon.

I pierwsza rzecz, którą mówi, to: - Lucynka, Jolka jest obok, podać jej słuchawkę?

Podaj, mamo. Podaj.