Po śmierci mamy notariusz odczytał testament: mieszkanie dla brata, dla mnie meblościanka i maszyna do szycia - "bo Ela zawsze była przy mnie". Brat od razu zapytał, kiedy zabiorę meble, bo "agent przychodzi w środę robić zdjęcia".
- To kiedy zabierzesz te meble? Bo agent przychodzi w środę robić zdjęcia.
Staliśmy jeszcze na schodach kamienicy przy Piotrkowskiej, a za nami zamykały się ciężkie drzwi kancelarii. Darek trzymał w ręku kopię protokołu i patrzył na mnie tak, jakby pytał o godzinę odjazdu pociągu. Nie o mamę. Nie o to, co przed chwilą usłyszeliśmy.
- Darek, ona nie żyje od trzech tygodni - powiedziałam.
- Wiem, Ela. Ja też tam byłem, na tym pogrzebie. - Odwrócił wzrok. - Po prostu pytam. Środa. Dasz radę?
Dałam radę powiedzieć tylko "zobaczę" i zejść na ulicę, zanim się rozpłaczę przy obcych ludziach.
W tramwaju na Retkinię powtarzałam sobie słowa notariuszki jak wyliczankę. Mieszkanie dla syna Dariusza. Meblościanka i maszyna do szycia marki Łucznik dla córki Elżbiety, "bo Ela zawsze była przy mnie". Mama podyktowała to dwa lata temu.
Pojechała do kancelarii taksówką, z panią Bogusią z parteru, i ani słowem mi o tym nie wspomniała. A przecież wtedy byłam u niej codziennie. Codziennie od sześciu lat, odkąd nogi przestały jej słuchać na schodach. Zakupy, leki, wizyty u lekarza, mycie okien przed świętami, rosół w niedzielę. Po pracy w księgowości spółdzielni wsiadałam w autobus i jechałam do niej, zamiast do domu.
"Zawsze była przy mnie". I za to meblościanka.
Wieczorem mąż słuchał mnie w kuchni, mieszając herbatę tak długo, że cytryna rozpadła się w szklance.
- Ela, przecież ci się należy zachowek - powiedział w końcu Andrzej. - Ćwiartka wartości mieszkania. Idziesz do prawnika i po sprawie.
- Wiem, co mi się należy.
- To czemu tak siedzisz?
Nie umiałam mu wytłumaczyć. Nie chodziło o pieniądze, a w każdym razie nie tylko o nie. Chodziło o to zdanie. Brzmiało jak podziękowanie, a bolało jak policzek. Jakby mama mówiła: byłaś przy mnie, więc masz to, przy czym ja byłam. Szafę z kryształami i maszynę, na której przez czterdzieści lat szyła.
Bo mama szyła zawsze. Najpierw w Uniontexie, na hali, gdzie hałas był taki, że kobiety rozmawiały na migi. Potem, na emeryturze, w domu. Firanki dla sąsiadek, podłużki w spodniach, zasłony do kościoła. Brała grosze, czasem słoik ogórków. Siadałam obok niej na taborecie jako dziewczynka i patrzyłam, jak jej stopa chodzi po pedale. Później, jako dorosła, siedziałam na tym samym taborecie i sortowałam jej tabletki do pudełka z dniami tygodnia.
Do Darka zadzwoniłam w poniedziałek.
- Środa rano będzie, Andrzej pożyczy busa od szwagra.
- Dzięki, Ela. - Chwila ciszy. - Wiesz, ja bym...
- Co?
- Nic. Do środy.
Wtorek przeznaczyłam na opróżnianie meblościanki. Andrzej skręcał półki, ja pakowałam do kartonów to, czego mama nie wyrzuciła przez pół wieku. Kryształowy wazon z wesela. Serwetki szydełkowe, każda przełożona bibułką.
Zeszyt z przepisami, w którym sernik był zapisany trzy razy, za każdym razem z inną ilością cukru. Album, w którym Darek na każdym zdjęciu do dziesiątego roku życia ma ten sam sweter w renifery, bo mama wydłużała mu rękawy.
Maszynę zostawiłam na koniec. Stała przy oknie, w drewnianej szafce, przykryta lnianą serwetą. Szufladka z boku zawsze się zacinała. Mama nigdy nie dała jej naprawić.
- Nożem, Ela, nożem podważ - mówiła, kiedy próbowałam szarpać. - Od spodu, przy lewym rogu.
Nikt poza mną tego nie wiedział. Darek pewnie nawet nie pamiętał, że ta szufladka istnieje.
Wzięłam z kuchni nóż do masła, wsunęłam pod lewy róg i szufladka puściła z tym samym cichym trzaskiem co zawsze. W środku szpulki, kreda krawiecka, centymetr. I biała koperta, a na niej mamine pismo, pochyłe, z zawijasem przy "E": "Dla Eli".
Usiadłam na taborecie. Ręce mi się trzęsły tak, że ledwo rozerwałam brzeg.
W środku było potwierdzenie z PKO. Dyspozycja wkładem na wypadek śmierci, na moje nazwisko, złożona prawie dziesięć lat temu i odnawiana. Na koncie czterdzieści dwa tysiące złotych. I kartka z zeszytu w kratkę.
"Elu. Te pieniądze uszyłam na tej maszynie. Każda firanka, każda zasłona. W banku powiedzieli, że to nie wchodzi do spadku i wypłacą Tobie, jak przyniesiesz akt zgonu. Mieszkanie dałam Darkowi. Pamiętasz, skąd miałaś wkład na Teofilów w dziewięćdziesiątym czwartym? Wszystko, co z tatą przez lata odłożyliśmy.
Darek wtedy nie dostał nic i nigdy słowem tego nie wypomniał. Teraz jego kolej. A to, co w banku, to już nie rachunki, tylko ode mnie. Wiem, że się obrazisz. Kazałam notariuszce napisać, że byłaś przy mnie, żeby Darek o nic nie dopytywał, a Ty żebyś wiedziała, gdzie szukać. Tylko Ty umiesz otworzyć tę szufladę. Mama."
Siedziałam tak długo, że Andrzej przyszedł z korytarza z wkrętarką w ręku i zapytał, czy coś się stało. Podałam mu kartkę bez słowa. Przeczytał dwa razy, odłożył wkrętarkę na parapet i położył mi dłoń na ramieniu.
- No to już wiesz - powiedział tylko.
Wiedziałam. I jednocześnie nie wiedziałam nic. Bo czy to była sprawiedliwość, czy kolejna mamina sztuczka, żeby nikt się nie kłócił przy stole? Wolałabym usłyszeć to od niej. Wolałabym, żeby choć raz powiedziała mi coś wprost, zamiast chować to pod szpulkami.
W środę rano Darek otworzył nam drzwi w tym samym swetrze co na pogrzebie. Mieszkanie bez meblościanki wyglądało obco, jasny prostokąt na tapecie w miejscu, gdzie przez czterdzieści lat stały kryształy.
Kiedy Andrzej z sąsiadem znosili szafkę z maszyną, zostaliśmy sami w kuchni. Darek stał przy oknie i stukał paznokciem w parapet.
- Znalazłaś? - zapytał nagle.
Zamarłam.
- Co miałam znaleźć?
- Książeczkę. Albo co to tam było. - Nie odwracał się. - Mama mi powiedziała rok temu, w Wigilię, jak poszłaś zmywać. Że coś dla ciebie odłożyła i że mam się do tego nie dobierać. Kazała mi przysiąc na tatę.
- I przysiągłeś.
- A co miałem zrobić? - Wzruszył ramionami, ale głos mu się złamał. - Ela, ja mam długi po warsztacie. Od trzech lat. Raty, pożyczki, wszystko. Mieszkam u kolegi w pokoju, bo Gośka mnie wystawiła. Mama wiedziała. Pożyczała mi z emerytury, a ja jej nie oddawałem. Ten agent w środę... ja nie mogłem tu siedzieć. Rozumiesz? Nie mogłem chodzić po tym mieszkaniu i myśleć, że ona mi je dała, bo jestem jej najbardziej nieudanym dzieckiem.
Patrzyłam na jego plecy, na łysiejącą głowę, na ręce, które kiedyś pchały mój rower, kiedy uczyłam się jeździć na podwórku. Przez trzy tygodnie myślałam, że mój brat jest chciwy. A on się po prostu wstydził. Tak bardzo, że wolał wyjść na drania niż na bankruta.
- Mama mówiła, że ty sobie poradzisz - powiedział cicho. - Zawsze tak mówiła. "Ela sobie poradzi". Wiesz, jak ja tego zazdrościłem?
Nie odpowiedziałam. Podeszłam i stanęłam obok niego przy oknie. Na dole kwitły kasztany, te same, pod którymi mama sadzała nas na ławce, kiedy wieszała pranie.
Do prawnika w sprawie zachowku w końcu poszłam, bardziej z uporu niż z żalu. Wysłuchał o wkładzie z dziewięćdziesiątego czwartego, policzył coś na kartce i rozłożył ręce. Mama zrobiła ten rachunek dużo wcześniej niż on. Pieniądze odebrałam w banku po dwóch tygodniach, z aktem zgonu w torebce i dziwnym uczuciem, że mama stoi za mną w kolejce. Mieszkanie Darek sprzedał latem. Dzwoni rzadko, ale dzwoni.
Maszyna stoi u mnie w dużym pokoju, przy oknie. Szufladki nie dałam naprawić. Czasem podważam ją nożem do masła tylko po to, żeby usłyszeć ten trzask.
Mama nigdy nie mówiła wprost. Ale zawsze wiedziała, kto z nas odnajdzie drogę do szuflady.