Brat oddał mamę do domu opieki w Konstancinie, a jej kawalerkę wynajął - "na opłaty, przecież sama by nie dała rady". W niedzielę po obiedzie mama poprosiła, żebyśmy przejechały koło jej bloku. Na jej balkonie suszyło się cudze pranie, a w doniczkach po pelargoniach stały niedopałki.

- Tylko przejedziemy. Nie będę wysiadać, obiecuję - powiedziała mama, kiedy kelnerka zabrała talerze po schabowym, a ja szukałam w torebce portfela.

Powiedziała to lekko, jakby prosiła o dokładkę surówki. Ale palce jej chodziły po serwetce, składały ją w coraz mniejszy kwadrat, i wiedziałam, że myśli o tym od rana. Może od tygodnia.

- Mamo, to kawał drogi...

- Dwadzieścia minut. Ty myślisz, że ja nie wiem, ile jest z Konstancina na Ursynów? Czterdzieści lat tam mieszkałam.

Czterdzieści jeden, poprawiłam w myślach, ale nic nie powiedziałam. Zapłaciłam, pomogłam jej wstać, podałam laskę. W samochodzie zapięła pas sama, choć jeszcze zimą nie umiała trafić klamrą. Rehabilitantka w ośrodku mówiła, że mama robi postępy. Lekarka mówiła coś innego, ale lekarka mówiła to Darkowi, nie mnie.

Ja przyjeżdżałam co drugą niedzielę. Dwie godziny z Łodzi w jedną stronę, obiad, spacer pod sosnami, kawa w pokoju, dwie godziny z powrotem. W poniedziałek o siódmej musiałam być w szkółce, a w maju w szkółce roślin nikt nie pyta, czy jesteś zmęczona. Ludzie przyjeżdżają po tuje, po rozsady, po pelargonie do skrzynek. Darek mieszkał w Warszawie. Darek jeździł do mamy co środę. Darek załatwiał.

I to Darek w lutym zadzwonił i powiedział zmęczonym głosem:

- Wynająłem mamy kawalerkę. Na opłaty. Przecież sama by nie dała rady z tym ośrodkiem, a ja nie jestem bankiem.

Powiedziałam "aha". Stałam wtedy w szklarni z telefonem przy uchu i pamiętam, że poczułam ulgę. Że ktoś to załatwił. Że nie ja.

Mama prowadziła mnie lepiej niż nawigacja. W lewo przy Biedronce, tu był kiedyś warzywniak pani Zosi, tu uważaj, bo dzieciaki wybiegają zza garaży. Blok stał tam, gdzie zawsze - czteropiętrowy, ocieplony na brzoskwiniowo, bez windy. Przez te schody wszystko się zaczęło. W listopadzie mama zeszła po mleko i nie doszła do parteru.

Zaparkowałam naprzeciwko klatki. Mama pochyliła się do szyby i zadarła głowę. Czwarte piętro, drugi balkon od lewej.

Na sznurku wisiały męskie spodnie robocze z odblaskowym paskiem. Obok rząd małych skarpetek, kolorowych jak cukierki. Ręcznik w dinozaury. A w skrzynkach, w których co roku od maja do października mama hodowała czerwone pelargonie - takie, że ludzie z przystanku robili zdjęcia - stała szara, wyschnięta ziemia. I niedopałki. Powbijane w nią jak świeczki w tort.

Mama długo nic nie mówiła. Potem odezwała się zupełnie spokojnie:

- Skarpetki suszą na dworze. W maju. Przecież to nie wyschnie, jak słońce zajdzie za tamten blok.

Myślałam, że się rozpłacze. A ona komentowała pranie.

Ktoś zastukał w szybę od strony mamy. Pani Krysia z parteru, w kwiecistym fartuchu, z ławki przed klatką. Mama opuściła szybę.

- Halinka! Jezus Maria, Halinka, a ja myślałam... Dobrze wyglądasz!

- Wyglądam jak wyglądam - mruknęła mama, ale podała jej rękę.

- Młodzi tam teraz mieszkają, z małym - Krysia od razu wiedziała, o co chodzi, bo na tej ławce zawsze wszyscy wiedzieli wszystko. - Grzeczni, nie powiem, dzień dobry mówią. Tylko on pali na balkonie, bo ona przy dziecku w domu nie pozwala. A meblościankę to Darek z jakimś panem wynosili, jeszcze w lutym. Pod śmietnik. Mówię mu, Darek, szkoda, porządna jeszcze. A on, że nikt teraz takich nie chce.

Mama zacisnęła palce na klamce.

- A kryształy? A wazon od Stefana?

- Nie wiem, kochana. Kartony jakieś do samochodu nosił.

Mama zasunęła szybę, zanim Krysia skończyła mówić.

- Jedźmy, Gosiu.

Całą drogę do Konstancina milczała. Odprowadziłam ją do pokoju, pomogłam zdjąć buty, postawiłam jej herbatę z cytryną na stoliku. Potem zeszłam na parking, usiadłam w samochodzie i zadzwoniłam do brata.

- Byłyście tam? Po co?

- Mama chciała.

- Mama chciała. A ty jej oczywiście nie powiedziałaś, że to zły pomysł.

- Wyniosłeś jej meblościankę na śmietnik, Darek.

- Wyniosłem. Bo nikt nie zapłaci za mieszkanie jak muzeum tyle, żeby starczyło na różnicę. Wiesz, ile wynosi ta różnica, Gośka? Nie wiesz. Bo przez trzy miesiące ani razu nie zapytałaś.

Zapytałam. Powiedział. Siedziałam z telefonem przy uchu i patrzyłam na sosny, i robiło mi się zimno, chociaż w samochodzie było duszno od słońca. To była kwota, której ja nie miałabym skąd wziąć. On też nie miał. Dopłacał z tego, co odkładali z Moniką na dach.

- Kryształy są u mnie w piwnicy - powiedział już ciszej. - Wazon po ojcu też. Album stoi u nas na półce, bo mama co środę chce oglądać zdjęcia, to jej przywożę. A pelargonii nie ruszałem. Zapomniałem o nich, rozumiesz? Miałem na głowie notariusza, pełnomocnictwo, ZUS, lekarzy, ośrodek, umowę z tymi młodymi. A o pelargoniach zwyczajnie zapomniałem.

- Dlaczego jej nie powiedziałeś, że ona tam nie wróci?

Długo nic. Słyszałam w tle telewizor i jego oddech.

- A jak mam to powiedzieć? Ty jej powiedz. Ty przyjeżdżasz na obiad, ty jesteś ta dobra. Ja jestem ten, co jej zabrał mieszkanie.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Bo miał rację. Wygodnie mi było w tej roli. Dwa razy w miesiącu schabowy, spacer, buziak na pożegnanie - i dwie godziny drogi, żeby nie myśleć.

Wróciłam na górę. Mama siedziała przy oknie, herbata stała nietknięta.

- Rozmawiałaś z nim - powiedziała. Nie zapytała.

- Rozmawiałam.

- Ja wiem, że tam nie wrócę, Gosiu. Wiem od Bożego Narodzenia. - Wygładziła koc na kolanach, raz, drugi. - Tylko myślałam, że jak nikt tego głośno nie mówi, to może jeszcze nie jest prawda. I chciałam zobaczyć, czy ktoś podlewa.

- Mamo...

- Darek to dobry chłopak. Ty też. Tylko oboje myślicie, że ja jestem ze szkła. - Popatrzyła na mnie i po raz pierwszy tego dnia zobaczyłam, że ma mokre oczy. - Ze szkła to był wazon. Dobrze, że chociaż on ocalał.

W następną niedzielę przyjechałam z trzema skrzynkami czerwonych pelargonii prosto ze szkółki. Pani kierowniczka pozwoliła postawić dwie na zewnętrznym parapecie mamy, bo pokój był na parterze. Darek przyjechał tego samego dnia, pierwszy raz od świąt razem z nami. Przywiózł wazon. Mama kazała postawić go na stoliku, bez kwiatów, "bo w nim się kwiatów nie stawiało, on był do patrzenia".

Ustaliliśmy z bratem na parkingu, krótko i bez przepraszania, że od czerwca połowę różnicy biorę na siebie. Nie wiem jeszcze skąd. Coś wymyślę.

Trzecią skrzynkę mama kazała zawieźć na Ursynów.

- Niech mała ma ładniej. I powiedz temu panu, żeby gasił w popielniczce. Szkoda ziemi.

Darek wziął skrzynkę do bagażnika i pokręcił głową, ale się uśmiechnął.

Nie wiem, czy ten pan gasi teraz papierosy w popielniczce. Ale kiedy w czerwcu przejeżdżałam koło bloku, czwarte piętro, drugi balkon od lewej, było czerwono.