Po operacji leżałam kilka dni u córki na kanapie, myśleli, że śpię po lekach. Zięć mówił w kuchni, że dom pod Łodzią trzeba brać teraz na kredyt, "bo mama i tak długo nie pociągnie, a mieszkanie przejdzie na nas". Córka odpowiedziała tylko: "Ciszej, jeszcze usłyszy".

Usłyszałam to, leżąc twarzą do oparcia kanapy, z kocem podciągniętym pod brodę i szwem na brzuchu, który ciągnął przy każdym oddechu. Drzwi do kuchni były uchylone na szerokość dłoni. Pachniało smażoną cebulą i płynem do naczyń.

- Dom w Konstantynowie trzeba brać teraz - mówił Darek, mój zięć. - Doradczyni powiedziała jasno: po czterdziestce piątce nikt mi kredytu na trzydzieści lat nie da. Wkład pożyczę od Sławka. A potem... no, mama i tak długo nie pociągnie, a mieszkanie przejdzie na nas. Sprzedamy i spłacimy pół od razu.

Czekałam. Na "zwariowałeś", na "jak ty możesz", na trzaśnięcie talerzem o zlew. Moja Magda, moja jedynaczka, którą nosiłam na rękach po korytarzach przychodni, kiedy miała zapalenie uszu co miesiąc.

- Ciszej - powiedziała. - Jeszcze usłyszy.

I odkręciła kran.

Leżałam dalej nieruchomo. Nauczyłam się tego w szpitalu - jak oddychać płytko, żeby nie bolało, jak udawać, że się śpi, kiedy pielęgniarki rozmawiają nad głową. Tylko że tu nie było pielęgniarek. Tu była moja córka i ten jej "ciszej", który był gorszy niż wszystko, co powiedział Darek.

Sześć dni wcześniej wycięli mi kawałek jelita grubego razem z guzem. Lekarz mówił spokojnie, że wygląda dobrze, ale "poczekamy na histopatologię, pani Lucyno, dwa, trzy tygodnie". Do siebie, na Widzew, nie mogłam wrócić - czwarte piętro bez windy, a ja po operacji nie dałabym rady wejść nawet na pierwsze. Magda z Darkiem mają parter na Retkinii, dwa pokoje, chłopcy śpią na piętrowym łóżku. Dlatego kanapa. Dlatego ja w ich dużym pokoju, między telewizorem a akwarium Kuby.

Wieczorem Kuba, starszy, przyszedł na palcach i poprawił mi koc na stopach. Myślał, że nie widzę. Jedenaście lat, a ręce już jak u ojca - duże, niezgrabne, ostrożne.

Rano Darek przyniósł mi herbatę z cytryną i usiadł na brzegu fotela.

- Mamo, a to mieszkanie na Widzewie... ono ma księgę wieczystą? Bo ze spółdzielczymi to różnie bywa, kolega miał problem.

- Ma - odpowiedziałam.

- No to dobrze. Tak tylko pytam.

Po południu Magda, przy obieraniu ziemniaków, rzuciła niby od niechcenia:

- Mamo, a ty masz jakiś testament? Tak na wszelki wypadek. Teraz ludzie robią, nawet młodzi.

Trzydzieści pięć lat byłam księgową w zakładach dziewiarskich. Umiem dodać dwa do dwóch, nawet na lekach przeciwbólowych.

Następnego dnia powiedziałam, że wracam do siebie.

- Mamo, przecież miałaś jeszcze tydzień zostać! - Magda stanęła w drzwiach z kubkiem. - Jak ty wejdziesz na to czwarte?

- Krysia z trzeciego pomoże. Wejdę.

Wchodziłam dwadzieścia minut. Siadałam na każdym półpiętrze na torbie z rzeczami, trzymając się za brzuch, i liczyłam stopnie. Sześćdziesiąt cztery. Henryk, mój mąż, zawsze mówił, że to mieszkanie kupiliśmy za młodu, a na starość trzeba będzie je zamienić. Zmarł siedem lat temu i nie zdążył się zestarzeć na tych schodach. Ja się właśnie starzałam na każdym z nich.

Przez następne dwa tygodnie Magda dzwoniła codziennie. Pytała, czy jem, czy szew nie ropieje, czy przynieść zakupy. Głos miała troskliwy, normalny, jej własny. I za każdym razem słyszałam pod spodem to "ciszej". Raz prawie powiedziałam jej wprost. Odłożyłam słuchawkę w połowie zdania i udawałam, że przerwało.

Leżąc wieczorami, próbowałam myśleć o Darku uczciwie. Nie było mi łatwo. Ale pamiętałam, jak cztery lata temu siedział na korytarzu w Kopernika przy swoim ojcu. Pan Józef też miał operację jelita. Też "wyglądało dobrze". Zmarł po ośmiu miesiącach, w wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat. Darek przez pogrzeb nie uronił łzy, a potem przez pół roku wszystko planował na kartkach - ubezpieczenia, oszczędności, opony na zimę. Magda mówiła wtedy: on tak ma, jak się boi, to liczy.

Teraz liczył mnie.

Wyniki odebrałam we wtorek. Doktor przewrócił kartkę, potem drugą, i pierwszy raz się uśmiechnął.

- Czysto, pani Lucyno. Węzły chłonne bez zmian. Chemii nie będzie, kontrola za pół roku. Złapaliśmy to w porę.

Wyszłam przed przychodnię i usiadłam na ławce pod krzakiem bzu, który pachniał tak mocno, że aż kręciło w nosie. Trzymałam kopertę na kolanach i nie dzwoniłam do nikogo. Siedziałam tak chyba godzinę.

Myślałam o sześćdziesięciu czterech stopniach. O piętrowym łóżku. O trzech pokojach na Widzewie, w których ścierałam kurz sama dla siebie. I wtedy coś mi się w głowie poukładało, tak jak kiedyś układał się bilans na koniec roku - nagle, wszystko naraz.

W niedzielę przyszła Magda, z rosołem w słoiku i makaronem w osobnej torebce, żeby nie rozmiękł. Postawiła słoik na stole, zaczęła coś mówić o Olku i dyktandzie.

- Słyszałam was - przerwałam jej. - W tamten czwartek. Wszystko.

Zastygła z ręką na zakrętce. W kuchni słychać było tylko lodówkę i zegar nad drzwiami.

- Mamo...

- Nie mów mi, że źle zrozumiałam. Wiesz, ile lat liczyłam cudze pieniądze.

Usiadła ciężko na taborecie. Długo nic nie mówiła. Potem zaczęła płakać, tak jak płakała jako dziewczynka - bez dźwięku, tylko ramiona jej chodziły.

- On to tak sobie poukładał, w tabelce - powiedziała w końcu. - Od śmierci taty wszystko ma w tabelkach, żeby go nic już nie zaskoczyło. A ja... ja nie chciałam się z nim kłócić przy chłopakach. I nie chciałam, żebyś ty to słyszała. Powiedziałam "ciszej", bo... - urwała. - Bo bałam się, że on ma rację. Że ty umrzesz. I bałam się, że jak powiem to na głos, to się stanie.

- Ale nie powiedziałaś mu, że nie ma racji.

- Nie powiedziałam.

Przesunęłam po ceracie kopertę z wynikami. Czytała długo, poruszając ustami jak pierwszoklasistka. Potem położyła głowę na stole, na tej kartce, i płakała już inaczej. Głośno.

Kiedy się trochę uspokoiła, nalałam nam herbaty.

- Słuchaj teraz uważnie, bo drugi raz nie powtórzę - powiedziałam. - Zamienimy się mieszkaniami. Wy bierzecie Widzew, trzy pokoje, każdy chłopak będzie miał swój kąt. Ja biorę wasz parter.

- Mamo, nie... my nie chcemy, żebyś nam cokolwiek dawała po tym, co...

- Ja nic nie daję. Ja chcę mieszkać tam, gdzie nie muszę siadać na torbie na każdym półpiętrze. To jest interes, Magda, nie prezent. Notariusz, papiery, każdy ma swoje. Żadnego domu w Konstantynowie na kredyt liczony na moją trumnę.

Patrzyła na mnie, jakby widziała mnie pierwszy raz od lat.

- Jest jeden warunek - dodałam. - Darek przyjdzie tu sam. I powie mi to, co powiedział w kuchni. Głośno. W oczy.

Przyszedł w środę. Stał w przedpokoju i nie umiał zdjąć kurtki, zaciął mu się zamek. W końcu dał spokój i usiadł w kurtce.

- Powiedziałem, że mama długo nie pociągnie - wydusił. - I że mieszkanie przejdzie na nas. Powiedziałem to.

Milczał chwilę, a potem dodał coś, czego się nie spodziewałam:

- Jak tata umarł, obiecałem sobie, że już nigdy nie będę nieprzygotowany. Że jak będę miał plan, to mnie nic nie złamie. I zrobiłem plan na panią. Zamiast się bać, zrobiłem plan. To jest najgorsze, co w życiu zrobiłem.

Trzęsła mu się broda. Czterdziestoletni chłop, kierowca, ręce jak łopaty.

- To następnym razem - powiedziałam - zostaw w tym swoim planie miejsce na to, że ktoś przeżyje.

Akt podpisaliśmy w lipcu. Teraz mieszkam na parterze na Retkinii, okno mam na podwórko, a pod oknem bez, ten sam co wszędzie w Łodzi. Chłopcy wpadają po szkole, bo mają po drodze. Darek co sobotę przywozi mi zakupy i zawsze pyta, czy nie trzeba czegoś przykręcić. Nigdy już nie wróciliśmy do tamtego czwartku. Ale on wie, że ja wiem. I chyba tak jest uczciwie.

Wczoraj Kuba zdejmował buty w przedpokoju i powiedział:

- Babcia, u ciebie wszystko słychać z klatki. Każde słowo.

- I dobrze - odpowiedziałam. - Niech słyszą.