Po operacji biodra syn przejął moje sprawy w banku, "żebyś się nie denerwowała, mamo". W styczniu zadzwonił do mnie pan z firmy windykacyjnej i grzecznie zapytał, kiedy spłacę zaległe raty za dwa iPhone'y. Ja mam telefon z dużymi przyciskami, od wnuczki.

- Pani Lucyna Kwiecień? Dzień dobry, dzwonię w sprawie zaległych rat. Chciałbym ustalić, kiedy możemy spodziewać się wpłaty.

Głos był młody, uprzejmy, prawie przepraszający. Stałam w przedpokoju z laską w jednej ręce i telefonem w drugiej, a kapeć zsunął mi się z nogi i leżał pod komodą. Od operacji biodra nie schylam się po nic, więc tylko na niego patrzyłam.

- Jakich rat? Ja nie mam żadnych rat.

- Umowa z października, dwa telefony iPhone. Dwie raty są nieopłacone. Proszę się nie denerwować, wszystko da się rozłożyć.

Proszę się nie denerwować. Ktoś już mi to mówił, i to niedawno.

Odsunęłam telefon od ucha i spojrzałam na niego. Czerwony, z klawiszami wielkości guzików od płaszcza i przyciskiem SOS na pleckach. Ola kupiła mi go na sześćdziesiąte ósme urodziny, bo w starym nie widziałam już cyferek.

- Proszę pana, ja mam telefon z dużymi przyciskami - powiedziałam. - Po co mi dwa iPhone'y?

Chwila ciszy. Potem stukanie klawiatury.

- Wniosek był potwierdzony logowaniem do pani bankowości i kodem SMS wysłanym na ten numer. Kopię umowy wysłaliśmy na adres mailowy z wniosku.

Przeczytał mi ten adres. Moje imię, moje nazwisko, jakieś cyfry. Nigdy w życiu nie założyłam maila.

Rozłączyłam się, nie pamiętam nawet, czy powiedziałam "do widzenia". Doszłam do kuchni, usiadłam na taborecie i przez dłuższą chwilę słuchałam, jak buczy lodówka.

Trzydzieści lat byłam szefową zmiany w częstochowskiej fabryce zapałek. Pilnowałam, żeby z taśmy schodziło tyle pudełek, ile trzeba, żeby żadna dziewczyna nie wyszła wcześniej bez wpisu, żeby wszystko zgadzało się co do sztuki. A teraz ktoś kupił na moje nazwisko dwa telefony, a ja nic nie wiedziałam.

To znaczy - ktoś. Wiedziałam, kto. Tylko jeszcze nie pozwalałam sobie pomyśleć tego do końca.

W sierpniu, tydzień przed operacją, Darek zawiózł mnie do oddziału banku przy Alejach. Siedziałam przy biurku, pani coś drukowała, ja podpisywałam.

- Mamo, to tylko pełnomocnictwo - mówił, głaszcząc mnie po ręce. - Będę ci płacił rachunki, pilnował emerytury. Ty masz chodzić, ćwiczyć i nic więcej. Żebyś się nie denerwowała.

Potem założył mi bankowość w internecie, zainstalował sobie na telefonie jakąś aplikację, a mnie dał karteczkę z hasłem, którą schowałam do szuflady pod obrusy. I rzeczywiście - przez całą jesień niczym się nie martwiłam. Prąd zapłacony, gaz zapłacony, emerytura przychodziła.

I wtedy przypomniałam sobie październik. Byłam jeszcze na rehabilitacji, wieczorem zadzwonił Darek.

- Mamo, przyszedł ci SMS z banku? Przeczytaj mi te cyferki, bo muszę zapłacić twój czynsz.

Przeczytałam. Godzinę później znowu dzwonił, że za pierwszym razem coś się nie udało. Przeczytałam drugi raz. Jeszcze mu powiedziałam, żeby się tak nie przemęczał przez starą matkę.

Wybrałam jego numer. Nie odebrał. Napisałam SMS-a, powoli, literka po literce: "Przyjedź dziś. Dzwonili w sprawie telefonów." Odpisał po dwudziestu minutach jednym słowem: "Będę".

Przyjechał po siódmej. Wszedł bez pukania, jak zawsze, ale stanął w drzwiach kuchni w kurtce i nie zdjął butów. Mój syn, czterdzieści cztery lata, szpakowaty na skroniach jak jego ojciec. Położyłam czerwony telefon na ceracie między nami.

- Dwa iPhone'y, Darek.

Usiadł. Długo patrzył w blat.

- Miałem spłacać. Spłaciłem dwie raty, mamo, możesz sprawdzić. W listopadzie firma zwolniła sześciu kierowców. Mnie też.

- I nie mogłeś wziąć na siebie?

- Na siebie? - zaśmiał się krótko, bez wesołości. - Po tym warsztacie to mi żaden bank nawet ładowarki na raty nie da. Siedzę w BIK-u jak w więzieniu.

- To po co ci w ogóle te telefony?

Wtedy powiedział coś, czego się nie spodziewałam.

- Jeden dla Oli. Na urodziny. Ten nowy Marty kupił jej słuchawki za tysiąc złotych, wozi je obie do Krakowa na zakupy. A ja co? Przyjeżdżam w sobotę starym oplem i stawiam kebaba. Ona przestawała do mnie przychodzić, mamo. Zaczęła wymyślać, że ma naukę. - Przetarł twarz dłonią. - Drugi wziąłem sobie, bo mój się rozsypał, a bez telefonu nie ma jak jeździć, nawigacja, aplikacje... Myślałem, że dam radę. Że ty się nawet nie dowiesz.

- Bo miałam się nie denerwować - powiedziałam.

Skulił się, jakbym go uderzyła.

Siedzieliśmy w kuchni, w której kiedyś odrabiał lekcje, w której smarowałam mu kanapki do szkoły. Patrzyłam na jego ręce, spracowane, z obgryzionymi skórkami przy paznokciach, i pomyślałam, że on się bał. Nie mnie. Bał się, że przestanie być dla córki kimkolwiek.

Ale to były moje dane, mój numer, moje cyferki czytane z łóżka na rehabilitacji.

- Rano dzwoniłam do nich jeszcze raz - powiedziałam spokojnie, choć ręce zaciskałam pod stołem. - Pani mi wytłumaczyła. Jak zgłoszę na policji, że to nie ja zawarłam umowę, przestaje być moja. Tylko że wtedy ktoś będzie musiał za nią odpowiedzieć.

Podniósł na mnie oczy. Pierwszy raz tego wieczoru.

- Mamo...

- Nie zgłoszę - przerwałam. - Jeszcze. Masz czas do końca lutego. Jutro jedziemy do banku i odwołuję pełnomocnictwo. W sobotę mówisz Oli prawdę. Sam, nie ja. A pieniądze oddajesz co do złotówki, choćbyś miał nosić skrzynki w hurtowni.

Kiwnął głową. Nic nie powiedział. Wyszedł, a ja jeszcze długo siedziałam przy zgaszonym świetle.

Do banku pojechaliśmy taksówką. Odwołałam pełnomocnictwo, zmieniłam hasło, poprosiłam o papierowe wyciągi co miesiąc. Pani przy biurku nawet nie zapytała dlaczego. Pewnie widziała już takie matki.

W sobotę przyszła Ola. Stanęła w przedpokoju z białym pudełkiem w rękach, zaczerwieniona, z rozmazanym tuszem.

- Babciu, ja nie wiedziałam. Przysięgam, myślałam, że tata dostał premię.

Postawiła pudełko na komodzie, tej samej, pod którą w styczniu leżał mój kapeć.

- Sprzedam go. Już wystawiłam ogłoszenie. Tata swój też sprzedaje.

- Olu, to przecież nie twoja wina...

- Wiem. - Wzruszyła ramionami, zupełnie jak jej ojciec. - Ale twój telefon kupiłam za swoje. Za gofry pod Jasną Górą, całe wakacje stałam w budce. Wolę, żeby ze wszystkim tak było.

Oba telefony poszły w dwa tygodnie, prawie za tyle, ile kosztowały. Resztę Darek spłacał z pensji z magazynu na Rakowie, do którego przyjęli go w lutym. Co miesiąc przynosił mi wydrukowane potwierdzenie przelewu i kładł na ceracie. Nie prosiłam o to. Sam zaczął.

Ostatnią ratę zapłacił w maju. Siedziałyśmy wtedy z Olą na ławce pod blokiem, bzy pachniały tak, że aż kręciło w nosie, a ona pokazywała mi na wyciągu, które cyferki co znaczą. Darek przyjeżdża teraz w soboty. Do Oli i do mnie. Kebab też bywa, czasem.

Nadal mam telefon z dużymi przyciskami. Ale kodów z banku nikomu już nie czytam. Nawet synowi.