Córka zabrała ode mnie serwis z Ćmielowa po babci, "bo u ciebie stoi za szybą, a u nas będzie na co dzień". W październiku sąsiadka pokazała mi w telefonie ogłoszenie z OLX: "Ćmielów, lata 60., 24 elementy, cukiernica lekko obtłuczona". Cukiernicę obtłukłam ja, w osiemdziesiątym drugim, na chrzcinach córki.

Krysia złapała mnie przed klatką, jeszcze w kapciach i w podomce narzuconej na sweter, z telefonem wyciągniętym przed siebie jak legitymacją.

- Danusia, poczekaj. Tylko się nie denerwuj.

Od takich zdań zawsze się zaczyna. Postawiłam siatkę z ziemniakami na ławce i założyłam okulary. Na ekranie, na tle ceraty w żółte cytryny, stały filiżanki. Białe, z kobaltowym paskiem i złotą obwódką. Dzbanek z pokrywką jak kopułka cerkwi. Mlecznik. I cukiernica.

"Ćmielów, lata 60., 24 elementy, cukiernica lekko obtłuczona. Odbiór osobisty Kielce lub wysyłka. 850 zł". Sprzedająca: Aga.

- To twój? - zapytała Krysia cicho.

Nie musiałam powiększać zdjęcia. Wiedziałam, gdzie jest ten odprysk - przy uszku, od lewej strony, tej, którą przez czterdzieści cztery lata obracałam do ściany. Obtłukłam ją ja. W październiku osiemdziesiątego drugiego, na chrzcinach mojej córki. Mojej Agnieszki. Tej samej, która teraz jako "Aga" sprzedawała ją obcym ludziom za osiemset pięćdziesiąt złotych.

- Może to nie ona - Krysia usiadła obok mnie. - Ćmielów robił tego tysiące. Ja przecież dlatego szukam, bo mi wnuk filiżankę od mojego zbił, i patrzę, czy gdzieś nie ma pojedynczej...

- Krysiu. Cerata w cytryny. Sama jej ją kupiłam na targu na Bazarach.

Zamilkła. Siedziałyśmy na ławce pod kasztanem, który od tygodnia sypał nam liśćmi na głowy, i żadna nie wiedziała, co powiedzieć.

Dwa lata temu, na Wielkanoc, Agnieszka stanęła przed moją meblościanką z kubkiem kawy w ręku.

- Mamo, on u ciebie stoi za szybą jak w muzeum. Babcia by chciała, żeby z tego ktoś pił. U nas będzie na co dzień.

I ja się ucieszyłam. Naprawdę. Pomyślałam: moja córka chce czegoś po babci, nie tylko telewizora i pieniędzy. Zawinęłam każdą filiżankę w gazetę, cukiernicę w dwie. Pierwszy raz od lat zobaczyłam pustą półkę w witrynie i było mi lekko.

- Zadzwonisz do niej? - zapytała Krysia.

Spojrzałam na swój telefon. Ręce mi chodziły jak przy farmaceutycznej wadze, kiedy trzydzieści lat temu w aptece na Ślichowicach odważałam maści na receptę - i wiedziałam, że jak usłyszę jej głos, to powiem coś, czego nie da się cofnąć.

- Nie. Napisz jej. Z twojego konta. Ja podyktuję.

Krysia otworzyła usta, ale tylko kiwnęła głową.

- "Dzień dobry. Czy odprysk na cukiernicy jest przy uszku, od lewej strony? Bo jeśli tak, to wiem, kto go zrobił. I kiedy."

- Danka, ona od razu będzie wiedziała, że to ty.

- No właśnie.

Krysia nacisnęła "wyślij". Ziemniaki stały na ławce jeszcze pół godziny.

Tamtego wieczoru nie zmrużyłam oka. Leżałam i widziałam mieszkanie mamy na Sadówce, październik osiemdziesiątego drugiego. Ciasno, gorąco, dym z papierosów, bo wtedy paliło się w pokoju i nikt nie pytał. Ja miałam dwadzieścia cztery lata, nie spałam od trzech tygodni, Agnieszka płakała w drugim pokoju. Niosłam cukiernicę z kuchni i ktoś mnie potrącił, a ja zahaczyłam nią o framugę. Cichutki stuk. Odłamek wielkości paznokcia upadł na wycieraczkę. Schowałam go do kieszeni i odstawiłam cukiernicę tyłem.

Mama znalazła odprysk dwa dni później. I od razu wiedziała, kto winny - Zdzisiek, brat mojego Jurka, który na chrzcinach wypił więcej, niż powinien, i potknął się o próg.

- Ten pijus obtłukł mi cukiernicę od teściowej - mówiła potem przez lata.

A ja milczałam. Najpierw ze zmęczenia, potem ze wstydu, a potem już z przyzwyczajenia. Mama umarła jedenaście lat temu i do końca mówiła na Zdziśka "ten od cukiernicy". Serwis przeszedł do mnie. Postawiłam go za szybą i co Boże Narodzenie, wyjmując go raz w roku, obracałam cukiernicę odpryskiem do ściany. Żeby nikt nie zapytał.

Na OLX odpowiedź nie przyszła. Za to rano ogłoszenia już nie było.

Agnieszka przyszła wieczorem, w czwartek. Bez dzwonka, swoim kluczem. Postawiła na stole w kuchni karton po proszku do prania, oklejony taśmą.

- Kto ci pokazał? - zapytała, zanim zdjęła kurtkę.

- Krysia.

- No tak. Krysia.

Usiadła naprzeciwko mnie. Czterdzieści cztery lata, a siedziała jak wtedy, kiedy przynosiła dwóję z matematyki - z rękami wciśniętymi między kolana.

- Agnieszka. Dlaczego?

Długo patrzyła w ceratę. Moją, w kratkę, nie w cytryny.

- Skrzynia biegów. Mechanik powiedział dwa tysiące czterysta. Paweł od sierpnia na zwolnieniu z kręgosłupem, a ja bez auta do Sitkówki nie dojadę, autobus jest o piątej dziesięć albo wcale.

- Czemu nie przyszłaś do mnie?

Podniosła wzrok i zobaczyłam w nim coś, czego nie chciałam widzieć.

- Bo przyszłabym. I dałabyś. A potem na każdej wigilii byś zapytała, jak tam samochód, dobrze jeździ? Ty nigdy nie wypominasz wprost, mamo. Ty pytasz. Z troską. Przy Pawle. Przy Kubie.

Chciałam zaprotestować. I przypomniałam sobie pralkę sprzed pięciu lat. I to, ile razy pytałam, czy "ta pralka od mamy" dobrze wiruje. Zamknęłam usta.

- A serwis... - Agnieszka przetarła twarz dłonią. - Mamo, ja z niego piłam może trzy razy. Potem odstawiłam do szafki. Bo jak brałam filiżankę, to słyszałam w głowie "nie ruszaj, to po babci". Całe dzieciństwo to słyszałam. I nagle zobaczyłam, że ja też się boję. Stoi u mnie w szafce i ja też go nie dotykam. Pomyślałam, że to nie jest serwis. To jest twój strach, tylko w porcelanie.

Wstałam, rozcięłam taśmę nożem do chleba. Gazety były te same, moje, sprzed dwóch lat. Na wierzchu leżała cukiernica. Obróciłam ją w palcach, aż odprysk znalazł się pod lampą.

- Babcia mówiła, że to wujek Zdzisiek - powiedziała Agnieszka. - Po pijanemu.

- Babcia tak myślała. To ja. Na twoich chrzcinach. Ty płakałaś, ja leciałam z kuchni i zahaczyłam o framugę. I nic nie powiedziałam. Ani wtedy, ani przez czterdzieści cztery lata.

Patrzyła na mnie, jakby widziała mnie pierwszy raz. A potem parsknęła. Z płaczem, przez nos, jak mała dziewczynka.

- Mamo. Ty też coś ukrywałaś przy tym serwisie.

- Też.

Poszłam do pokoju, do szuflady pod telewizorem, gdzie trzymałam kopertę "na czarną godzinę". Odliczyłam dwa tysiące czterysta i położyłam przy kartonie.

- Bierz. I posłuchaj mnie dobrze. Nie zapytam ani razu o ten samochód. Ani na wigilii, ani przy Pawle, nigdy. Jak zapytam, masz prawo wysypać mi tę cukiernicę na głowę.

- A serwis?

- Zostaje u mnie. Ale nie za szybą.

Następnego dnia zadzwoniłam do Zdziśka do Ostrowca. Ma siedemdziesiąt sześć lat, od dwudziestu nie pije. Powiedziałam mu wszystko. Długo milczał w słuchawce, aż pomyślałam, że się rozłączył.

- Danka - powiedział w końcu. - A ja przez czterdzieści lat byłem pewny, że to ja. Nic z tych chrzcin nie pamiętałem, to uwierzyłem. Wstyd mi było do twojej matki chodzić.

Teraz w każdą niedzielę Krysia przychodzi do mnie na kawę. Pijemy z filiżanek z kobaltowym paskiem, a cukier sypiemy łyżeczką ze szczerbatej cukiernicy. Jedna filiżanka już ma pęknięte uszko - Krysi się wyśliznęła. Nie płakałam. Odstawiłam ją na parapet i wsadziłam do niej fiołka.

Cukiernica stoi teraz odpryskiem do mnie. Niech będzie widać, kto ją obtłukł.