Wrócił po dwóch latach milczenia. Powiedział, że miał drugą rodzinę
Stoi w drzwiach w płaszczu, który pamiętam z tamtego poranka - tego, w którym wychodził "na chwilę do sklepu". Uśmiecha się. Tak jak zawsze, kiedy chciał, żebym go nie pytała.
- Cześć - mówi, jakby wracał z pracy.
Nie pamiętam tego poranka jako niezwykłego. Wstałam wcześniej niż zwykle, bo Kacperek miał wizytę u lekarza. Tomek już był ubrany - włożył tę samą kurtkę co zawsze, tę brązową, z rozciągniętym kapturem. Wziął klucze, portfel, telefon. Kolejność, w jakiej to robił codziennie, od lat.
- Zaraz wrócę - rzucił z korytarza.
Nie wrócił. Nie dzisiaj, nie jutro. Nie przez dwa lata.
Przez pierwsze tygodnie dzwoniłam tak, aż telefon mi się kończyło naładowanie. Pisałam wiadomości, które zostawiały się jako "dostarczone", nigdy jako "przeczytane". Chodziłam po Google'u jego imię - nic nowego. Zgłosiłam się do policji - powiedzieli mi, że dorosły człowiek ma prawo odejść.
A teraz stoi w tych samych drzwiach. I patrzy na mnie jak na kogoś, kto powinien go wpuścić.
- Marto - mówi ciszej. - Muszę ci coś powiedzieć.
Nie wpuściłam go od razu. Stałam z ręką na klamce i patrzyłam - na jego twarz, na te same oczy, na usta, które kiedyś całowały mnie na dzień dobry. Pachniał inaczej. Nie tą samą wodą po goleniu. Czymś droższym. Czymś obcym.
Cofnęłam się w końcu. Wszedł. Rozejrzał się po korytarzu jak ktoś, kto pamięta każdy kąt, ale widzi go pierwszy raz. Zdjął kurtkę - nie tę brązową. Nowa, czarna, dobrze skrojona. Powiesił ją na wieszaku obok mojego płaszcza.
Kacperek spał jeszcze w pokoju. Słychać było jego równy oddech przez uchylone drzwi.
- Jak on? - zapytał Tomek cicho.
Nie odpowiedziałam. Poszłam do kuchni. On za mną. Usiadł przy stole - tam, gdzie zawsze siadał. Ja stanęłam przy blacie, oparta plecami o zlew.
- Dlaczego wróciłeś? - zapytałam.
Patrzył na swoje ręce. Długo. Jakby szukał słów, których nie było.
- Bo muszę ci powiedzieć prawdę - powiedział w końcu.
Prawdę. Przez dwa lata nie było słowa, nie było znaku życia. A teraz - prawda.
- Poznałem kogoś - zaczął. - Rok przed tym, jak wyszedłem. Nie planowałem... po prostu się stało.
Stało. Jak coś, czego nie da się kontrolować. Jak deszcz, jak awaria, jak wypadek.
- Kiedy wyjeżdżałem wtedy - kontynuował - nie wiedziałem jeszcze, że ona jest w ciąży.
Dowiedziałem się dopiero po tygodniu. I... zostałem.
Ciąża. Dziecko. Zostałem.
- Mają na imię Zosia - dodał ciszej. - Ma dwa lata.
Dwa lata. Dokładnie tyle, ile minęło od tamtego poranka. Dokładnie tyle, ile Kacperek uczył się chodzić, mówić, pytać "gdzie jest tata". Dokładnie tyle, ile ja spłacałam kredyt sama, chodziłam na wywiadówki sama, budziłam się w nocy sama.
- A teraz? - zapytałam. Głos mi drżał, ale trzymałam się prosto.
Tomek podniósł wzrok. I wtedy zobaczyłam. W jego oczach nie było skruchy. Była bezradność. Coś gorszego od przeprosin.
- Rozstaliśmy się - powiedział. - Nie wyszło.
Nie wyszło.
Patrzył na mnie, jakby czekał na coś. Na wybaczenie. Na zrozumienie. Na to, że powiem "wejdź z powrotem, jakoś to ułożymy".
Ale ja stałam przy zlewie i czułam, jak coś we mnie - coś, co trzymało mnie przy życiu przez dwa lata - powoli zamienia się w kamień.
- Wychodzisz - powiedziałam.
Nie protestował. Wstał, wziął tę nową, czarną kurtkę z wieszaka. Otworzył drzwi. Stanął w progu - dokładnie tak samo jak wtedy, gdy mówił "zaraz wrócę".
- Marto...
- Wychodzisz - powtórzyłam.
Zamknęłam za nim drzwi. Usiadłam przy stole. Ręce mi drżały, ale nie płakałam.
W pokoju poruszył się Kacperek. Za chwilę wstanie. Zapyta o śniadanie, o plany na dzień, może o tę bajkę, którą obiecałam mu wczoraj.
Nie zapyta o tatę. Bo tata - tego taty, którego pamiętał - już dawno nie było.
A tego, który właśnie wyszedł, nigdy nie było wcale.