- Proszę się nie wtrącać w nasze wychowanie - powiedziała mi synowa, ledwo zamknęły się za mną drzwi.

Stałam jeszcze w przedpokoju, z torebką w dłoni i wilgotnym szalikiem, który zdjęłam w biegu. Wnuczka płakała w salonie - cicho, bez krzyku, ale tak, jak płacze dziecko, które potrzebuje ramion. Przyklękłam przy niej, przytuliłam, pogłaskałam po włosach. I wtedy przyszła ona.

Jej ton był spokojny, ale w tym spokoju było coś zimnego.
- Proszę nam nie przeszkadzać, kiedy próbujemy ją nauczyć, że nie zawsze dostaje to, czego chce - dodała.

Poczułam, jak robi mi się gorąco. Nie dlatego, że się wstydziłam. Tylko dlatego, że… to przecież była moja wnuczka. Dziecko mojego dziecka. I nawet jeśli nie rozumiem ich "metod", to przecież nie zrobiłam nic złego. Chciałam tylko, żeby przestała płakać.

Wyszłam stamtąd z uczuciem, którego wcześniej nie znałam. Jakby ktoś zasugerował, że moja obecność przestaje być mile widziana.

Wróciłam do domu i przez długi czas siedziałam przy kuchennym stole, nie zdejmując płaszcza. Nie płakałam. Ale w środku coś we mnie pękało. Jeszcze rano cieszyłam się, że spędzę popołudnie z wnuczką. Upiekłam drożdżowe z kruszonką - jej ulubione. Myślałam, że może zrobimy razem rysunki, pobawimy się w sklep, poczytam jej bajki.

Tymczasem wystarczyło jedno przytulenie, żeby poczuć się jak intruz.

Nie wiem, kiedy to się zmieniło. Przecież jeszcze niedawno synowa uśmiechała się, dziękowała, że ją wspieram, że mogę odebrać małą z przedszkola, ugotować obiad, pomóc, kiedy są zawaleni pracą. A teraz? Teraz mówię jedno słowo za dużo i już słyszę, że się "wtrącam".

Pamiętam, jak sama byłam młodą matką. Jak czasem marzyłam, by moja mama przyjechała i posiedziała z dziećmi choć przez godzinę. Nie zawsze się dogadywałyśmy, ale jej obecność dawała mi poczucie bezpieczeństwa. Teraz ja jestem tą "starszą kobietą", która najwyraźniej nie zna granic. Tak jakby miłość do wnuczki była czymś niewłaściwym.

Zaczęłam analizować wszystko od początku. Czy rzeczywiście mówię za dużo? Czy próbuję rządzić? Może tak. Może z troski, z miłości, z chęci bycia potrzebną - przekraczam czasem granice, których oni nie chcą przekraczać. Ale czy naprawdę zasłużyłam na ten ton, na to chłodne "proszę się nie wtrącać"?

Przez kilka dni nie dzwoniłam. Czekałam, że może syn zadzwoni, zapyta, dlaczego się nie odzywam. Nie zadzwonił. A ja nie chciałam być tą, która się narzuca.

W sobotę poszłam na targ. Kupiłam jabłka, marchewki, świeże kwiaty. Wracając, minęłam plac zabaw. Siedziała tam ona - moja wnuczka. Sama, na huśtawce, z nosem czerwonym od wiatru. Zobaczyła mnie i zerwała się natychmiast. Pobiegła w moją stronę.

- Babciu! - zawołała. - A gdzie ciasto?

Uśmiechnęłam się. Przysięgłabym, że poczułam wtedy, jak całe moje wnętrze się rozpuszcza. Przyklękłam, przytuliłam ją.
- Będzie na jutro - obiecałam. - Jak mama pozwoli, przyniosę kawałek.

- Mama mówi, że nie możesz mnie brać na kolana - szepnęła, patrząc w ziemię. - Ale ja chcę.

To był moment, w którym zrozumiałam: nie chodzi o mnie. Ani nawet o synową. Chodzi o to, co czujemy. O to, że między dorosłymi zdarzają się napięcia, różnice, nowe zasady. Ale dzieci czują tylko jedno - czy są kochane.

Nie wzięłam jej na kolana. Uklękłam obok niej na ziemi. I przytuliłam w pół. Tak, by nie łamać zasad, ale też nie zrezygnować z tego, kim jestem.

Wieczorem napisałam wiadomość do synowej. Bez wyrzutów. Napisałam, że kocham ich dziecko jak własne. Że nie chcę się wtrącać, ale czasem po prostu nie umiem przejść obojętnie, gdy ktoś płacze. Że może warto porozmawiać. Nie jak rywalki, tylko jak dwie kobiety, które chcą dobrze dla jednej małej dziewczynki.

Nie odpowiedziała od razu. Dopiero po dwóch dniach zadzwoniła. Głos miała zmęczony, ale spokojny.

- Przepraszam - powiedziała cicho. - Chyba czasem jestem zbyt nerwowa. Ty naprawdę chcesz dobrze.

Nie rozmawiałyśmy długo. Nie wszystko się wyprostowało. Ale coś drgnęło. A dziś znów upiekłam drożdżowe. I gdy wnuczka przybiegła do kuchni, a ja spojrzałam na synową pytająco, ta tylko skinęła głową.

Wzięłam ją na kolana. I wtedy wiedziałam, że mimo wszystko - nadal jestem babcią. Nie wrogiem. Nie "przeszkodą".