Siedziałam w kuchni mojego wynajmowanego mieszkania, patrząc na rachunek za prąd, który właśnie przekroczył tysiąc złotych. Zimą grzejniki elektryczne pochłaniały wszystko. Konto świeciło pustkami - zostało mi jeszcze pięć dni do wypłaty i dwadzieścia osiem złotych.
Wyłączałam już wszystko, co się dało. Gotuję raz dziennie. Prysznic co drugi dzień, bo bojler żre energię. Laptop tylko do pracy. A i tak nie wystarcza.
Wzięłam telefon z drżącą ręką. Mama odebrała po trzecim sygnale.
- Cześć, kochanie. Co słychać?
- Mamo, ja... - głos mi się załamał. - Potrzebuję pożyczyć trzy tysiące. Oddam w dwóch ratach, jak tylko...
- Trzy tysiące? - w słuchawce zapadła cisza. - Agnieszko, no przecież ty zawsze sobie radziłaś. Jesteś taka silna, samodzielna. Na pewno jakoś to ogarniesz.
Silna. Samodzielna. Te słowa jak policzek.
Dwa lata temu Karolina, moja młodsza siostra, dostała od rodziców pięćdziesiąt tysięcy na wkład własny do mieszkania. "Bo dziecko w drodze, potrzebują stabilizacji". Pół roku później kolejne dwadzieścia na meble. "No przecież dziecku trzeba zapewnić odpowiednie warunki".
A ja? Ja zawsze byłam tą, która da radę.
- Rozumiem - wyszeptałam i się rozłączyłam.
Siedziałam, patrząc w ścianę. Dopiero teraz dotarło do mnie, jak bardzo jestem sama.
To nie była pierwsza taka sytuacja. Tylko pierwsza, kiedy naprawdę poprosiłam o pomoc.
Pamiętam, jak skończyłam studia z wyróżnieniem. Mama zadzwoniła gratulować, ale w połowie rozmowy przeszła do tematu Karoliny. "Wiesz, ona ma teraz ten trudny okres, zerwała z Damianem. Może byś do niej zadzwoniła?"
Gdy ja zrywałam z Michałem po pięciu latach, mama powiedziała: "No tak, chyba rzeczywiście nie pasowaliście do siebie. Ty jesteś zbyt niezależna jak na związek."
Niezależna. Silna. Samodzielna. Te słowa stały się moją klatką.
Karolina dostawała "bo potrzebuje wsparcia". Ja nie dostawałam "bo sobie poradzę". Równanie było proste: im bardziej się starałam, im lepiej mi szło, tym mniej ich uwagi dostawałam. Im bardziej Karolina się sypała, tym więcej otrzymywała.
Nauczyłam się więc być silna. Bo po co mieć wybór? Następnego dnia pojechałam do rodziców. Nie zapowiadałam się. Zastałam ich przy obiedzie – mama, tata i oczywiście Karolina z małym Jasiem. Wszyscy przy stole, jakby pozowali do zdjęcia "idealna rodzina".
- Agnieszka! - mama wstała zaskoczona. - Nie mówiłaś, że przyjedziesz.
- Bo nie wiedziałam, że muszę się umawiać do własnych rodziców - odpowiedziałam cicho.
Usiadłam. Nikt nie podał mi talerza.
- Pamiętacie, jak miałam siedemnaście lat i dostałam stypendium na wymianę do Francji? - zaczęłam. - Potrzebowałam tysiąc złotych na bilot i ubezpieczenie. Powiedzieliście, że to za dużo, że muszę sobie sama zarobić. Pracowałam całe lato w sklepie, po dziesięć godzin dziennie.
Mama zamarła z widelcem w ręku.
- Karolina rok później dostała dwa tysiące na obóz tenisowy. Po prostu dostała. Bo "rozwijanie pasji jest ważne".
- Agnieszko, no co ty - zaczął tata.
- Nie skończyłam. - Podniosłam rękę. - Pamiętacie, jak zdawałam na studia? Uczyłam się pół roku, wynajęłam korepetytora za własne pieniądze. Dostałam się na Uniwersytet Warszawski. Wiecie, co usłyszałam? "No tak, ty zawsze byłaś mądra, to oczywiste". Bez tortu. Bez świętowania. Bo to było oczywiste.
- Przecież byliśmy dumni... - próbowała mama.
- Dumni na odległość. - Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu, ale się nie poddałam. - A jak Karolina dostała się na miejscową uczelnię z drugiego naboru, zrobiliście przyjęcie dla całej rodziny. Dwadzieścia osób, catering, zdjęcia na Facebooku.
Cisza była ogłuszająca. Nawet Jaś przestał bawić się klockami.
- Wczoraj poprosiłam o pożyczkę trzech tysięcy złotych - kontynuowałam. - Nie o darowiznę. O pożyczkę. Usłyszałam, że jestem silna i sobie poradzę. Silna, mamo? Naprawdę? A może po prostu wygodne było was tak wierzyć?
Karolina wstała od stołu.
- Agnieszka, nie zaczynaj tego przy Jasiu...
- Nie, Karolina. - Spojrzałam na nią. - Ty nie jesteś winna. Naprawdę nie jesteś. Oni cię rozpuścili, bo bali się, że się posypiasz. A mnie ukuli z kamienia, bo bali się, że im nie będę potrzebna.
Odwróciłam się do rodziców.
- Przez całe życie musiałam być silna, bo was to uspokajało. Nie mogłam płakać, bo "Agnieszka sobie poradzi". Nie mogłam prosić o pomoc, bo "Agnieszka jest niezależna". Wytrenowaliście mnie, żebym was nie potrzebowała. I teraz jesteście zaskoczeni, że się oddalałam?
Mama płakała. Tata patrzył w pusty talerz.
- Wiecie co jest najgorsze? - wyszeptałam. - Że gdybym wtedy przyszła i powiedziała, że jestem w ciąży, że mam kredyt, że mam depresję – cokolwiek, co zrobiłoby ze mnie "problem" – dostałabym te pieniądze natychmiast. Bo pomoc dostaję tylko wtedy, gdy się zawalę. A ja nie chcę się zawalać, żeby zasłużyć na waszą miłość.
Wstałam.
- Pożyczę od koleżanki. Sama sobie poradzę. Jak zawsze.
Dwa dni później mama przelała mi pięć tysięcy. SMS był krótki: "Przepraszam. Porozmawiajmy."
Oddałam wszystko po tygodniu. Wzięłam nadgodziny, pożyczyłam jednak od koleżanki Magdy.
Do rodziców nie zadzwoniłam.
Nie dlatego, że nie wybaczam. Ale dlatego, że po raz pierwszy w życiu pozwoliłam sobie nie być silną. Pozwoliłam sobie być zranioną. I dopóki nie zrozumieją, że potrzebuję ich nie tylko wtedy, gdy upadam, ale też wtedy, gdy stoję – muszę zachować dystans.
Może właśnie to jest prawdziwa siła. Nie robienie wszystkiego samemu.
Ale umiejętność powiedzenia: "Nie, tym razem nie dam rady. I to jest w porządku."