Telefon od Zbyszka wyświetlił się na ekranie w najgorszym możliwym momencie - kiedy jeszcze nie zdążyłam zdjąć płaszcza po powrocie z zakładu pogrzebowego.

Palce miałam zdrętwiałe od zimna, bo grudzień tego roku nie oszczędzał nikogo. Odebrałam, bo zawsze odbierałam. Nawet wtedy, gdy nie powinnam.

- Cześć, Renata. Słuchaj, kiedy otwieramy testament?

Żadnego "jak się czujesz". Żadnego "przepraszam, że mnie nie było". Mama nie żyła od trzech dni, a mój starszy brat dzwonił w sprawie papierów.

Powinnam się zdziwić. Ale ja się nie zdziwiłam. Zbyszek wyjechał z Częstochowy dwadzieścia dwa lata temu, kiedy dostał pracę w firmie budowlanej pod Wrocławiem. Miał wtedy trzydzieści lat, ja dwadzieścia pięć.

Mama odprowadzała go na dworzec z torbą pączków na drogę i łzami w oczach. "Jedź, synku, jedź, tam będzie ci lepiej" - powtarzała. Wierzyła w to szczerze. Ja też wtedy wierzyłam, że odległość to jedyny powód, dla którego brat przestanie dzwonić.

Najpierw telefony przychodziły co tydzień. Potem co miesiąc. Potem na święta. Potem - kiedy Zbyszek potrzebował numeru PESEL mamy do jakiegoś urzędowego formularza.

Ja zostałam. Pracowałam jako farmaceutka w aptece przy ulicy Kopernika, pięć przystanków autobusem od bloku, w którym mama mieszkała sama po śmierci taty. Codziennie po pracy wsiadałam w ten autobus.

Czasem z lekami, które załatwiałam przez znajomości, bo NFZ nie refundował wszystkiego, czego mama potrzebowała. Czasem z obiadem w pojemniku, bo mama zapominała jeść, odkąd nogi zaczęły ją zawodzić.

Mój mąż Tadeusz mówił, że robię za dużo. Że mam własną rodzinę - jego i naszą córkę Karolinę. Że mama powinna iść do DPS-u albo przynajmniej mieć opiekunkę. Ale ja patrzyłam na mamę siedzącą w fotelu przy oknie, tę samą mamę, która mnie uczyła robić pierogi i która płakała ze szczęścia na mojej komunii, i nie umiałam powiedzieć: "Mamo, nie dam rady."

Więc dawałam radę. Przez piętnaście lat.

Pierwsze poważne problemy zaczęły się, kiedy mama skończyła siedemdziesiąt osiem lat. Cukrzyca się pogorszyła, kolana odmówiły posłuszeństwa, a do tego doszły kłopoty z pamięcią. Lekarz powiedział wprost: potrzebuje stałej opieki. Zadzwoniłam wtedy do Zbyszka. Pamiętam tę rozmowę, bo nagrałam ją - nie wiem czemu, instynkt chyba.

- Zbyszek, mama potrzebuje kogoś na stałe. Ja pracuję, nie jestem w stanie być u niej dwadzieścia cztery godziny na dobę. Może byś przyjechał na jakiś czas, pomógł mi to ogarnąć?

Cisza. Potem westchnienie.

- Renata, ty wiesz, że ja tu mam firmę. Nie mogę tak po prostu rzucić i jechać. Zresztą, ty sobie świetnie radzisz. Mama zawsze mówiła, że ty jesteś tą odpowiedzialną.

Tą odpowiedzialną. Jakby odpowiedzialność była prezentem, a nie ciężarem, który noszę, bo nikt inny nie chciał go podnieść.

Przez kolejne trzy lata moje życie wyglądało tak: praca od siódmej do piętnastej, mama od szesnastej do dwudziestej pierwszej, weekendy - mama cały dzień. Tadeusz coraz częściej jadał kolację sam. Karolina zaczęła studia w Krakowie i rzadko dzwoniła. Moje koleżanki z apteki jeździły na urlopy, a ja ostatni raz byłam nad morzem sześć lat wcześniej. Na trzy dni.

Kiedy mama trafiła do szpitala z zapaleniem płuc, nocowałam na krześle obok jej łóżka przez jedenaście nocy. Pielęgniarki znały mnie z imienia. Jedna, Agnieszka, zapytała kiedyś wprost: "A pani brat? Nie przyjedzie?" Wzruszyłam ramionami. Co miałam powiedzieć?

Zbyszek przyjechał raz. Na trzy godziny. Przywiózł mamie kosz owoców owinięty w celofan, taki jak się kupuje na stacjach benzynowych. Siedział przy łóżku, patrzył w telefon, a kiedy mama zasnęła, powiedział: "No, wygląda nieźle, co nie?" i pojechał.

Mama umarła czternastego grudnia, w sobotę, o szóstej rano. Byłam przy niej. Trzymałam ją za rękę - tę samą rękę, która dwadzieścia lat temu pakowała Zbyszkowi pączki na drogę. W pokoju pachniało lekami i starym drewnem meblościanki, którą tata kupił w osiemdziesiątym piątym roku.

Zbyszek przyjechał na pogrzeb. W czarnym garniturze, pachnący wodą kolońską, z żoną Beatą, którą widziałam może pięć razy w życiu. Stał nad grobem z kamienną twarzą. Nie płakał. Potem, na stypie w restauracji przy rynku, jedli z Beatą kotlety schabowe i rozmawiali z daleką rodziną, jakby to było zwykłe spotkanie rodzinne.

A potem ten telefon, trzy dni później.

Testament.

Mama zostawiła testament, tak. Sporządzony u notariusza dwa lata przed śmiercią, kiedy jeszcze dobrze rozumiała, co podpisuje. Ja o nim wiedziałam - sama ją zawiozłam do kancelarii. Nie pytałam, co napisała. To było jej prawo.

Kiedy spotkaliśmy się u notariusza w styczniu, Zbyszek przyszedł z adwokatem. Nie z żoną, nie z kwiatami - z adwokatem. Usiadł naprzeciwko mnie i patrzył, jak notariusz otwiera kopertę.

Mama zapisała mi mieszkanie. Całe. A Zbyszkowi - album ze zdjęciami z jego dzieciństwa i list. Notariusz odczytał list na głos, bo mama tak sobie życzyła.

"Zbyszku, kocham Cię, bo jesteś moim synem. Ale miłość i sprawiedliwość to dwie różne rzeczy. Renata oddała mi piętnaście lat swojego życia. Ty oddałeś mi trzy godziny w szpitalu i kosz owoców. Mieszkanie zostawiam jej, bo ona je zarobiła - nie pieniędzmi, ale sobą."

W kancelarii zrobiło się cicho. Adwokat Zbyszka zaczął coś mówić o zachowku, o możliwości podważenia testamentu. Zbyszek siedział nieruchomo. A potem spojrzał na mnie - i po raz pierwszy od lat zobaczyłam w jego oczach coś, co nie było obojętnością. Zobaczyłam wstyd.

Nie powiedział "przepraszam". Wstał, wziął album ze zdjęciami i wyszedł.

Minęło pół roku. Zbyszek nie zadzwonił ani razu. Ja nie dzwoniłam do niego. Mieszkanie mamy wyremontowałam i wynajęłam młodej parze z dzieckiem - pieniądze odkładam na fundusz dla Karoliny, na przyszłość.

Czasem wieczorami siadam w swoim mieszkaniu przy kuchennym stole i myślę o mamie. Nie o tym, co zostawiła. O tym, że do końca była sprawiedliwa - nawet kiedy to bolało. Bo ten list nie był karą dla Zbyszka. To było lustro.

Nie wiem, czy brat kiedykolwiek je w nim spojrzał. Ale wiem, że mama - nawet z kłopotami z pamięcią, nawet z bolącymi kolanami - widziała wszystko wyraźniej niż ktokolwiek z nas.

Odpowiedzialność to nie prezent. Ale czasem ktoś w końcu to zauważa.