Gdyby ktoś mi dwa lata temu powiedział, że będę szukała działki mojej mamy na portalach z ogłoszeniami nieruchomości, pomyślałabym, że zwariował.

A jednak siedziałam w kuchni z laptopem na kolanach, wpatrywała się w znajome zdjęcia jabłoni i altanki, i czytałam opis napisany przez mojego własnego brata.

Mam na imię Renata, skończyłam pięćdziesiąt siedem lat i od trzydziestu mieszkam w Siedlcach. Pracuję w urzędzie, prowadzę spokojne życie z mężem Wiesławem, mamy dorosłą córkę.

Mój młodszy brat Dariusz wybrał Warszawę - jeszcze na studiach stwierdził, że w małym mieście nic go nie czeka. Przez lata widywaliśmy się głównie na świętach. Nie żeby między nami było źle. Po prostu - żyliśmy obok siebie, nie razem.

Działkę pod Siedlcami tata kupił w latach dziewięćdziesiątych. Niewielka, może osiem arów, ale z domkiem, studnią i sadem, który mama potem rozbudowała o grządki z truskawkami i porzeczkami. Po śmierci taty dwanaście lat temu działka stała się dla mamy całym światem.

Jeździła tam autobusem trzy razy w tygodniu, nawet zimą, żeby sprawdzić, czy rury nie zamarzły. Ja pomagałam w weekendy - kosiłam trawę, naprawiałam płot, woziłam ją samochodem, kiedy autobus odwołali.

Dariusz przez te lata pojawił się na działce może pięć razy. Zawsze z miną człowieka, który robi łaskę. Raz nawet powiedział mamie, że mogłaby to sprzedać i kupić sobie coś ładnego. Mama spojrzała na niego tak, że więcej nie poruszał tematu. Przynajmniej przy mnie.

Potem coś się zmieniło. Jakieś dwa lata temu Dariusz zaczął dzwonić do mamy częściej. Przyjeżdżał co kilka tygodni, przywoził ciasto z cukierni, siadał z nią na kanapie i rozmawiał godzinami. Mama rozkwitała. Powtarzała mi - Dariuszek się zmienił, Dariuszek dojrzał, Dariuszek wreszcie zrozumiał, co jest ważne. Cieszyłam się. Naprawdę.

Pierwszą niepokojącą rzecz usłyszałam od mamy jakieś półtora roku temu. Powiedziała, że Dariusz zaproponował, żeby przepisać działkę na niego. Że będzie się nią opiekował, że ma plany, że postawi nowe ogrodzenie, wymieni pokrycie na domku. Że to i tak kiedyś trzeba będzie uregulować, a tak przynajmniej nie będzie problemu ze spadkiem.

- Mamo, ale po co to teraz? - zapytałam wtedy. - Działka jest twoja, dopóki chcesz.

- Renata, nie kłóć się - ucięła mama tym tonem, który znałam od dziecka. - Dariusz w końcu chce się zaangażować. Powinnaś się cieszyć.

Próbowałam rozmawiać z Dariuszem. Odebrał dopiero za trzecim razem.

- Rena, nie dramatyzuj - powiedział lekko. - Mama chce, żeby ktoś się tym zajął. Ty masz swoje życie, ja mam czas. To logiczne.

- A co z moją częścią? - zapytałam wprost.

- Jaką częścią? Mama może swoją własność dać, komu chce. Ale spokojnie, to rodzina, wszystko będzie fair.

Akt notarialny mama podpisała w październiku. Darowizna. Dariusz przyjechał z notariuszem z Warszawy. Nawet mnie nie uprzedził - dowiedziałam się od mamy tydzień później, przy niedzielnym obiedzie. Powiedziała to tak, jakby mówiła o wizycie u fryzjera.

Wiesław widział, jak bardzo to mną wstrząsnęło. Wieczorem powiedział cicho - zostaw to, Renata. Mama żyje, działka jest, nie warto się kłócić. Może miał rację. Może powinnam była bardziej walczyć.

Mama zachorowała na początku listopada. Zapalenie płuc, potem powikłania, szpital, intensywna terapia. Dariusz przyjechał raz, na dwie godziny. Ja spałam na krześle obok jej łóżka przez trzy tygodnie. Kiedy wychodziłam na korytarz po kawę z automatu, modliłam się, żeby nie usłyszeć alarmu za plecami.

Pochowaliśmy mamę piątego grudnia. Na pogrzebie Dariusz stał z pochyloną głową i ściskał w ręku białą różę. Wyglądał na poruszonego. Ludzie podchodzili, mówili, jaki dobry syn, jak mamę kochał. Stałam obok i milczałam.

Po pogrzebie Dariusz został na jeden dzień. Powiedział, że musimy jeszcze porozmawiać o mieszkaniu mamy, o rzeczach. Że nie ma pośpiechu. Że wróci po Nowym Roku.

Ogłoszenie znalazłam dwudziestego trzeciego stycznia. Córka przysłała mi link - napisała tylko: mamo, to chyba babci działka?

Otworzyłam stronę i zobaczyłam zdjęcia, które znałam lepiej niż własną twarz. Jabłoń, którą tata posadził w dziewięćdziesiątym czwartym. Altanka, w której mama piła herbatę z cytryną.

Grządki z truskawkami, przykryte na zimę słomą - moją słomą, bo to ja je przykrywałam co październik. Opis profesjonalny, suchy - metraż, media, dojazd. Cena, od której zakręciło mi się w głowie.

Zadzwoniłam do Dariusza. Tym razem odebrał od razu.

- A co cię to dziwi? - powiedział tonem, od którego zrobiło mi się zimno. - To moja działka. Legalnie, notarialnie, jasna sprawa.

- Dariusz, mama nie żyje od sześciu tygodni.

- I co? Mam tam jeździć sadzić truskawki? Rena, bądź realistką. Działka jest warta konkretne pieniądze. A ja mam kredyt i żona narzeka na mieszkanie. To normalna decyzja dorosłego człowieka.

Rozłączyłam się. Nie płakałam. Siedziałam w kuchni i patrzyłam na zdjęcie mamy, które stoi na lodówce - mama w kapeluszu na działce, z koszem porzeczek. Uśmiechnięta tak, jakby cały świat był dobry.

Konsultowałam się z prawnikiem. Dowiedziałam się, że darowizna jest darowizną - mama była przytomna, świadoma, podpisała dobrowolnie. Mogę dochodzić zachowku, ale to długa droga, a wynik niepewny.

Nie wiem, czy będę walczyć w sądzie. Wiem, że straciłam coś więcej niż kawałek ziemi z jabłoniami. Straciłam brata - a może nigdy go nie miałam, tylko łudziłam się przez pięćdziesiąt lat, że gdzieś pod tą obojętnością jest ktoś, komu naprawdę zależy.

Czasem wieczorem otwieram te zdjęcia na laptopie. Patrzę na altankę, na grządki, na jabłoń. I myślę, że mama pewnie wiedziała. Gdzieś w głębi wiedziała, ale tak bardzo chciała wierzyć w tego zmienionego Dariuszka, że zamknęła oczy - tak jak ja zamykałam oczy przez lata, udając, że mam normalną rodzinę.

Działka pewnie już się sprzedała. Nie sprawdzam.