Kiedy wychodziłam z salonu, ledwo mżyło - taka jesień w Lublinie, nic nowego. Ale zanim doszłam do przystanku na rogu, lunęło tak, że w pół minuty miałam mokre ramiona. Wtedy przypomniałam sobie, że parasol został oparty o lustro przy stanowisku Joli.
Zawróciłam. Drzwi do sutereny były uchylone, zeszłam cicho po schodach - nie chciałam przeszkadzać, bo wiedziałam, że Jola ma już kolejną klientkę. I wtedy usłyszałam swoje imię.
"Bo ta Renata, wiesz, ta księgowa co do mnie chodzi od lat, to ona mi mówi, że mąż w ogóle jej nie dotyka. Od dwóch lat. Że ona czasem płacze w łazience po nocach, a on nawet nie pyta, co się dzieje."
Zamarłam na tych schodach z ręką na poręczy. Jola mówiła to lekkim tonem, jakby opowiadała przepis na szarlotkę. A tamta klientka chichotała cicho i dopytywała o szczegóły. Nie wiem, skąd wzięłam odwagę - zeszłam te ostatnie trzy stopnie, chwyciłam parasol spod lustra i wybiegłam, zanim którakolwiek zdążyła się odezwać. Może mnie zobaczyły. Może nie. Nie obejrzałam się.
Mam na imię Renata, mam pięćdziesiąt cztery lata i od dwudziestu sześciu pracuję jako księgowa w firmie budowlanej w Lublinie. Jestem osobą raczej zamkniętą. Nie mam wielu przyjaciółek - nigdy nie miałam.
W pracy rozmawiam o fakturach i rozliczeniach, po pracy wracam do mieszkania na Czubach, gotuję obiad, oglądam serial. Mąż Andrzej pracuje na nocki jako ochroniarz w centrum handlowym, więc wieczorami często jestem sama.
Dlatego Jola stała się dla mnie kimś ważnym.
Trafiłam do niej przypadkiem dwadzieścia lat temu, kiedy moja poprzednia fryzjerka wyjechała do Anglii. Koleżanka z pracy poleciła mi salon na Bronowicach - mały, dwustanowiskowy, w suterenie kamienicy. Jola była wtedy młodsza ode mnie o trzy lata, miała burzę rudych loków i śmiała się tak głośno, że słychać ją było na klatce schodowej. Od pierwszej wizyty gadałyśmy jak najęte.
Z czasem te wizyty co sześć tygodni stały się czymś więcej niż strzyżenie i farbowanie. Siadałam na fotelu, Jola owijała mi ramiona pelerynką i zaczynało się. Opowiadałam jej o wszystkim.
O tym, że Andrzej po wypadku na budowie zmienił się nie do poznania. O tym, że syn Kamil nie odzywa się od pół roku po kłótni o pieniądze. O tym, że boję się emerytury, bo nie wiem, co ze sobą zrobię, kiedy nie będę musiała codziennie rano wstawać do biura.
Jola słuchała, kiwała głową, czasem mówiła "no co ty, dziewczyno" albo "a daj spokój, będzie dobrze". Wydawało mi się, że to taka moja prywatna terapia. Tańsza niż psycholog i z farbowaniem w cenie.
Nigdy nie przyszło mi do głowy, że to, co mówię na tym fotelu, wychodzi poza te cztery ściany.
A potem usłyszałam tę rozmowę na schodach.
Jola opowiadała tamtej klientce nie tylko o moim małżeństwie. Opowiadała o konflikcie z synem. Powtórzyła nawet to, co powiedziałam jej o Andrzeju trzy tygodnie wcześniej - że znalazłam w jego telefonie wiadomości do jakiejś Magdy z pracy i że przez tydzień nie spałam, zanim się okazało, że to koleżanka, z którą organizował zbiórkę na chorego kolegę. Jola powtórzyła to jako plotkę - bez tego zakończenia. Jakby mój mąż naprawdę mnie zdradzał.
Stałam na tych schodach może minutę, może dwie, i miałam wrażenie, że podłoga pode mną się zapada. Dwadzieścia lat. Dwadzieścia lat jej opowiadałam o swoim życiu, a ona robiła z tego serial dla kolejnych klientek. Ile osób w Lublinie zna moje sekrety? Ile osób wie o moich nocnych płaczach, o kłótni z Kamilem, o problemach z Andrzejem?
Wyszłam na ulicę z parasolem w ręce, ale nawet go nie otworzyłam. Deszcz lał, a ja szłam przed siebie i nic nie czułam. Doszłam do przystanku, wsiadłam w autobus i dopiero w domu, stojąc w mokrym płaszczu w przedpokoju, zaczęłam się trząść.
Przez kilka dni chodziłam jak w transie. W pracy myliłam cyfry w tabelkach, w domu zapominałam o garnkach na kuchence. Andrzej zapytał, czy coś się stało. Powiedziałam, że nic. Kolejna tajemnica zamknięta w środku, tylko tym razem nie miałam komu jej powiedzieć.
Bo właśnie to było najgorsze - nie sama plotka. Najgorsze było to, że straciłam jedyną osobę, której ufałam na tyle, żeby się otworzyć. Nagle znowu byłam sama ze swoimi myślami, zamknięta w głowie jak w pokoju bez okien.
Po dwóch tygodniach Jola zadzwoniła. "Renatka, co się dzieje? Czemu nie przychodzisz?" Głos miała ciepły, troskliwy. Przez ułamek sekundy chciałam udać, że nic się nie stało. Wrócić na ten fotel, pozwolić jej nałożyć farbę i znowu gadać.
Ale powiedziałam prawdę. Powiedziałam, że słyszałam tę rozmowę.
Cisza po drugiej stronie trwała chyba dziesięć sekund, ale wydawała się wiecznością.
"Renata, no ale to nie tak... ja nie w złym sensie... no wiesz, jak się gada przy strzygeniu..."
"Jola, ty jej opowiadałaś o moim małżeństwie. O tym, że płaczę po nocach. O Kamilu."
"No ale ja nie mówiłam nazwiska..."
"Mówiłaś moje imię. I że jestem księgową. W Lublinie to wystarczy."
Rozłączyłam się. Ręce mi się trzęsły. Zrobiłam sobie herbatę i usiadłam przy kuchennym stole, na którym leżała serwetka szydełkowa po mamie. I pomyślałam, że mama nigdy nikomu nie opowiadała o swoich problemach. Trzymała wszystko w sobie. Umarła na zawał w wieku sześćdziesięciu dwóch lat.
Nie chciałam skończyć jak mama - zamknięta, twarda, samotna w tłumie.
Ale nie chciałam też być naiwna.
Minęły trzy miesiące. Chodzę teraz do innej fryzjerki, młodej dziewczyny z salonu przy Lipowej. Strzygę się, farbuje, płacę, wychodzę. Rozmawiamy o pogodzie i o tym, że kolory tej jesieni są cieplejsze niż zwykle.
Nie opowiadam jej o sobie.
Andrzejowi w końcu powiedziałam o tym, co usłyszałam u Joli. Zaskoczyło mnie to, co odpowiedział. "Renata, a czego ty się spodziewałaś? Fryzjerka to nie przyjaciółka. Przyjaciółka to ktoś, kto cię zna, nie ktoś, komu płacisz za usługę."
Może miał rację. A może nie do końca. Bo ja naprawdę ją lubiłam. I chciałabym wierzyć, że ona też mnie lubiła - nie tylko jako źródło historii do opowiadania.
Czasem mijam ten salon na Bronowicach. Patrzę na te schody prowadzące do sutereny i czuję ukłucie gdzieś pod żebrami. Nie złość. Raczej smutek. Bo dwadzieścia lat to kawał życia. I nawet jeśli to były rozmowy w jedną stronę - ja na tym fotelu czułam się widziana.
Teraz uczę się rozmawiać z Andrzejem. Wieczorami, kiedy wraca z nocki, siadamy przy kawie i próbujemy. Nie idzie łatwo. On nie jest typem, co słucha z kiwaniem głowy i mówi "no co ty, dziewczyno". Ale przynajmniej wiem, że to, co mu powiem, zostanie w naszej kuchni.
Chyba.