Miała dwadzieścia sześć lat i nazywała go "pan Krzysztof" przy mnie, a "misiu" w wiadomościach, które zostawił otwarte na tablecie wnuczki.
O "misiu" dowiedziałam się w sobotę, kiedy Zuzia - nasza sześcioletnia wnuczka - przybiegła do kuchni z tabletem i powiedziała: "Babciu, popatrz, dziadek ma serduszka przy zdjęciu jakiejś pani". Wzięłam ten tablet odruchowo, jak biorę od niej wszystko - zupę, kredki, mokre skarpetki. I wtedy zobaczyłam.
Serduszka. Emotikony. "Misiu, tęskniłam". "Misiu, kiedy przyjedziesz". "Misiu" - mój Krzysztof, z którym trzydzieści jeden lat jadłam śniadania przy tym samym stole, miał w telefonie młodej kobiety imię otoczone serduszkami.
Zuzia ciągnęła mnie za rękaw. "Babciu, to kto?". Zamknęłam aplikację i oddałam jej tablet. "Nikt, kochanie. Jakaś reklama".
Wieczorem, kiedy Zuzia już spała, a nasza córka Agnieszka pojechała do siebie, usiadłam w kuchni i otworzyłam ten tablet jeszcze raz. Krzysztof zalogował się na swoje konto i nie wylogował. Może mu się spieszyło. Może uznał, że sześciolatka nie przeczyta wiadomości. A może już dawno przestało go obchodzić, co zobaczy ktokolwiek z tej rodziny, która mu się znudziła.
Przeczytałam wszystko. Trzy miesiące wiadomości. Na początku grzeczne - "Pani Kasiu, dziękuję za miły wieczór". Potem "Kasiu". Potem "Kochanie". Na końcu "Misiu" - od niej - i "Kotku" - od niego. Od Krzysztofa. Od mojego męża, który przy mnie nigdy nie użył zdrobnienia innego niż moje imię. "Renata, podaj sól". "Renata, gdzie pilot". Trzydzieści jeden lat i ani jednego "kochanie".
Miała na imię Kasia, miała dwadzieścia sześć lat i pracowała w nowym biurze nieruchomości przy rynku. Krzysztof trafił na nią, kiedy szukał wyceny działki po swoim ojcu. To miało być jedno spotkanie.
Nie konfrontowałam go od razu. Wiem, że to dziwne - że normalny człowiek zrobi awanturę, rzuci talerzem, powie "wynosisz się dziś w nocy". Ale ja nie jestem normalny człowiek. Jestem kobietą, która trzydzieści lat szyła zasłony i firanki na zamówienie, bo Krzysztof uważał, że jego pensja mechanika powinna wystarczyć na wszystko, a nie wystarczała na nic. Nauczyłam się czekać i liczyć. Liczę szwy, liczę metry materiału, liczę dni do wpłaty. Nauczyłam się też liczyć straty, zanim zacznę działać.
Więc milczałam. Obserwowałam. Przez dwa tygodnie Krzysztof wracał z pracy o szóstej jak zwykle, zjadał obiad jak zwykle, oglądał telewizję jak zwykle. Nic się nie zmieniło - poza tym, że wieczorami zamykał się w łazience z telefonem na dłużej niż zwykle. I raz - jeden jedyny raz - usłyszałam, jak się śmieje. Cicho, przez nos, jakby nie chciał, żeby ktokolwiek słyszał, że jest szczęśliwy.
To było gorsze niż te serduszka.
Na początku czerwca Krzysztof powiedział, że musi porozmawiać. Usiadł naprzeciwko mnie przy kuchennym stole - tym samym, przy którym jedliśmy trzydzieści jeden lat śniadania - i powiedział, że "potrzebuje przestrzeni". Że to nic do mnie. Że ja jestem wspaniałą kobietą. Że on po prostu potrzebuje "poczuć życie, zanim będzie za późno".
"Za późno na co?" - zapytałam.
Nie odpowiedział.
Wyprowadził się trzeciego czerwca. Spakował dwie walizki i karton z narzędziami. Na progu odwrócił się i powiedział: "Renata, daj mi trochę czasu". Jakby wyjechał w delegację, a nie do dwudziestosześciolatki, która nazywała go "misiu".
Agnieszka zareagowała tak, jak się spodziewałam - furią. Zadzwoniła do ojca i krzyczała przez dwadzieścia minut. Krzysztof słuchał, a potem powiedział: "Agnieszko, jesteś dorosła, zrozumiesz kiedyś". Agnieszka nie zrozumiała. Zabroniła mu widywać Zuzię - przynajmniej przez pierwsze dwa miesiące. Potem odpuściła, bo Zuzia pytała o dziadka i płakała przed snem.
Sierpień. Wrzesień. Ludzkie gadanie - sąsiadki, szwagierka, kobieta z parafii. Wszystkie wiedziały. Wszystkie miały coś mądrego do powiedzenia. "Kryzys wieku średniego". "Wróci z podkulonym ogonem".
"Pewnie już go zdradza z młodszym". Kiwałam głową, ale w środku nie czułam ani złości, ani satysfakcji. Czułam coś gorszego - pustkę. Jakby ktoś wyjął z domu jeden mebel, a całe pomieszczenie straciło sens.
Zuzia przyzwyczaiła się. Dzieci przyzwyczajają się do wszystkiego szybciej niż dorośli. Mówiła "dziadek mieszka teraz gdzie indziej" i to jej wystarczało. Mnie nie wystarczało - ale też nie mówiłam głośno, czego mi brakuje.
Bo czego mi brakowało? Krzysztofa - tego Krzysztofa, który nigdy nie mówił "kochanie"? Który raz na trzy lata kupił mi kwiaty? Który przez trzydzieści lat siedział naprzeciwko mnie jak mebel, a potem nagle - serduszka, "kotku", śmiech w łazience?
Może brakowało mi nie Krzysztofa. Może brakowało mi pewności, że to, co budowałam trzydzieści lat, miało jakiś sens.
Październik przyszedł z deszczem i z telefonem od Krzysztofa. Nie dzwonił do mnie od przeprowadzki - poza jednym SMS-em w sierpniu, że zostawi pieniądze na koncie na rachunki. I nagle - telefon. O dziewiątej rano, kiedy szyłam zasłony dla pani ze Świdnika.
"Renata, przepraszam, że dzwonię. Mam problem z kręgosłupem, ledwo wstaję z łóżka. Wiesz, że zawsze chodziłem do doktora Marca na Lipowej. Ale teraz mieszkam na Czechowie i Kasia... Kasia nie wie, do kogo tu chodzić. Mogłabyś polecić kogoś na tej stronie miasta?"
Cisza. Moja cisza. Długa, gęsta, pełna.
"Renata? Jesteś tam?"
Byłam tam. Siedziałam z igłą w ręce, z nożyczkami na kolanach i ze słuchawką przy uchu, i myślałam o tym, że ten mężczyzna - który zostawił mnie dla dwudziestosześciolatki, który powiedział "potrzebuje poczuć życie", który miał serduszka i "misie" - ten mężczyzna zadzwonił do mnie, żeby zapytać o ortopedę. Bo "ona nie wie, do kogo chodzić w tym mieście".
W tym mieście. W Lublinie, w którym Kasia też mieszka. W którym ma telefon z internetem, mapy, wyszukiwarkę, polecenia znajomych. Ale Krzysiek zadzwonił do mnie. Bo ja wiem. Bo ja zawsze wiedziałam - do którego lekarza, w której aptece taniej, gdzie najlepszy chleb, kiedy odebrać wyniki. Trzydzieści lat organizowałam mu życie, a on teraz chciał, żebym zorganizowała mu jeszcze rekonwalescencję.
"Renata?"
Powiedziałam: "Zapisz sobie - doktor Wiśniewska, przychodnia na Grygowej. Przyjmuje w poniedziałki i czwartki, ale lepiej zadzwonić wcześniej".
Rozłączyłam się. Położyłam telefon na stole. Dokończyłam szew. Zuzia miała przyjść po południu na pierogi.
Agnieszka powiedziała później, że nie powinnam mu była polecać lekarza. Że powinnam była powiedzieć "radź sobie sam" albo "niech ci twoja Kasia znajdzie". Może miała rację. A może ja po prostu jestem typem kobiety, która nie umie odmówić pomocy człowiekowi, z którym zjadła trzydzieści jeden lat śniadań - nawet jeśli ten człowiek je teraz śniadania z kimś innym.
Czasem w nocy, kiedy nie mogę spać, myślę o tym telefonie. I nie wiem, co mnie bardziej boli - to, że zadzwonił, czy to, że odpowiedziałam.