Wnuk studiował w Warszawie, co miesiąc wysyłałam mu tysiąc złotych na życie. Przez trzy lata. Zadzwoniłam na uczelnię zapytać o termin obrony. Gdybym tamtego dnia nie zadzwoniła na uczelnię, pewnie do dziś robiłabym przelewy.
Tysiąc złotych pierwszego każdego miesiąca, regularnie jak zegarek, od trzech lat. Trzydzieści sześć tysięcy złotych. Policzyłam to potem, siedząc przy kuchennym stole z kartką i długopisem, bo kalkulator w telefonie wydawał mi się za mały na tę liczbę.
Roman odebrał telefon po czwartym sygnale. Głos miał taki jak zawsze - ciepły, trochę roztargniony, jakby właśnie oderwał się od książki.
- Babciu, co tam? Wszystko okej?
Chciałam zapytać wprost. Ale zamiast tego powiedziałam:
- Romek, opowiedz mi o obronie. Kiedy dokładnie?
Cisza. Trzy sekundy, może cztery. Wystarczyły, żebym wiedziała.
Mam na imię Iwona, skończyłam w zeszłym roku sześćdziesiąt siedem lat i przez trzydzieści dwa lata pracowałam jako szefowa zmiany w fabryce opakowań pod Wrocławiem. Wstawałam o czwartej trzydzieści, wracałam o piętnastej.
Kiedy przeszłam na emeryturę, córka Ania powiedziała, że wreszcie będę mogła odpocząć. Nie odpoczęłam. Bo najpierw był remont łazienki, potem operacja kolana, a potem Roman zdał na studia do Warszawy i nagle pojawiło się nowe zadanie - pomagać.
Ania z mężem prowadzili mały sklep z artykułami budowlanymi w Oławie. Zarabiali, ale nie tyle, żeby utrzymać syna w Warszawie bez wyrzeczeń. Roman dostał się na politologię na dużą uczelnię. Pierwszy w rodzinie z indeksem. Pamiętam, jak Ania dzwoniła z płaczem - ale z radości.
- Mamo, on to zrobił. Nasz Romek.
Zaproponowałam sama. Nikt mnie nie prosił. Tysiąc złotych miesięcznie z mojej emerytury. Spora część, nie będę ukrywać. Zrezygnowałam z sanatorium, przestałam jeździć na działkę - paliwo kosztuje. Ale kiedy Roman dzwonił w niedziele i opowiadał o wykładach, o znajomych z akademika, o tym jak chodził na debatę w Sejmie - czułam, że to najlepsza inwestycja mojego życia.
Zadzwoniłam na uczelnię przypadkiem. Roman mówił, że obrona będzie w czerwcu, chciałam zapytać o dokładny termin, żeby zamówić kwiaty. Kobieta w dziekanacie sprawdziła i powiedziała spokojnym, urzędowym głosem:
- Proszę pani, ten student został skreślony z listy studentów w styczniu ubiegłego roku. Z powodu niezaliczenia sesji.
Styczeń ubiegłego roku. Półtora roku temu. Osiemnaście miesięcy, przez które robiłam przelewy na konto kogoś, kto nie miał już prawa siedzieć na wykładzie.
Odłożyłam telefon i przez długą chwilę patrzyłam na firanki w kuchni. Firanki, które powinnam była wymienić dwa lata temu, ale nie wymieniłam, bo pieniądze szły do Warszawy. Na naukę.
Do Ani nie zadzwoniłam od razu. Najpierw musiałam zrozumieć. Siedziałam z tym trzy dni. Chodziłam na zakupy, robiłam obiad, podlewałam kwiaty na parapecie - i przez cały czas w głowie miałam ten sam kadr: Roman rozmawia ze mną przez telefon w każdą niedzielę, opowiada o egzaminach, narzeka na profesora od statystyki, żartuje, że mensa na uczelni jest gorsza niż moja kuchnia. A w tle - pustka. Żadnych wykładów. Żadnych egzaminów. Tylko moje pieniądze, co miesiąc.
Czwartego dnia zadzwoniłam do niego ponownie.
- Romek, byłam na uczelni telefonicznie. Wiem, że nie studiujesz od półtora roku.
Nie zaprzeczył. To mnie zabolało bardziej niż sam fakt - że nawet nie próbował kłamać, kiedy już wiedział, że wiem. Jakby ulga przeważyła nad wstydem.
- Babciu, ja chciałem powiedzieć. Sto razy chciałem. Ale nie wiedziałem jak.
Mówił chaotycznie. Że oblał sesję zimową na drugim roku. Że próbował poprawić, ale nie zdał. Że poszedł do dziekanatu prosić o warunkowe zaliczenie i usłyszał, że ma za dużo braków. Że potem przez dwa miesiące wychodził rano z pokoju na stancji, jakby szedł na uczelnię, i siedział w kawiarni albo w bibliotece miejskiej. Że w końcu znalazł pracę - dostawca jedzenia na rowerze. Że zarabia, ale niewiele. Że moje pieniądze odkładał, bo bał się ich wydać.
- Odkładałeś? - powtórzyłam głucho.
- Większość tak. Na koncie mam prawie dwanaście tysięcy. Babciu, ja to oddam.
Dwanaście tysięcy z trzydziestu sześciu. Reszta - stancja, jedzenie, życie w mieście, które miało być trampoliną, a okazało się pułapką.
Ani nie powiedziałam przez kolejne dwa tygodnie. Chodziłam z tym jak z kamieniem w bucie. Bo to nie była tylko kwestia pieniędzy. To była kwestia wszystkich tych niedzielnych rozmów, kiedy Roman budował przede mną fikcję.
Opowiadał szczegóły - nazwiska profesorów, tytuły prac zaliczeniowych, anegdoty z ćwiczeń. Wymyślał je? A może powtarzał to, co słyszał od dawnych znajomych ze studiów? Nie wiem, co gorsze.
Kiedy wreszcie powiedziałam Ani, zareagowała tak, jak się spodziewałam - krzykiem, płaczem, trzaskaniem drzwiami. Potem długą ciszą. Potem pytaniem, które zadała szeptem:
- Mamo, czemu on nie przyszedł do nas?
I to jest pytanie, które nie daje mi spokoju do dziś. Bo Roman nie przyszedł z tym ani do matki, ani do ojca, ani do mnie. Przez półtora roku grał kogoś, kim nie był, zamiast powiedzieć jedno zdanie: nie dałem rady.
Pojechałam do Warszawy w sierpniu. Roman mieszkał w kawalerce na Pradze, którą wynajmował z innym chłopakiem. Małe mieszkanie, czyste, na ścianie plakat z filmem, którego nie znałam. Na stole laptop i kubek po kawie. Na podłodze - laminat, trochę odchodzący przy drzwiach. Zwykłe mieszkanie zwykłego dwudziestotrzylatka.
Usiadłam na krześle z IKEA i patrzyłam, jak Roman robi mi herbatę. Ręce mu drżały. Widziałam to, choć próbował to ukryć, odwracając się tyłem.
- Romek - powiedziałam. - Nie przyjechałam po pieniądze.
Odwrócił się. Miał czerwone oczy.
- To po co, babciu?
- Żeby zobaczyć, jak naprawdę żyjesz. Nie jak mi opowiadasz, tylko jak jest.
Rozmawialiśmy cztery godziny. Dowiedziałam się rzeczy, których nie wiedziałam przez trzy lata. Że politologia go nie interesowała od pierwszego semestru. Że poszedł na te studia, bo Ania tak się cieszyła i bo ja dałam pieniądze. Że bał się, że jeśli powie prawdę, to zawali coś więcej niż egzamin - zawali naszą wiarę w niego.
Nie powiem, że mu wybaczyłam tego wieczoru. To byłoby zbyt proste i nieprawdziwe. Wściekłość i żal nie znikają po jednej rozmowie. Ale powiedziałam mu jedną rzecz, o której myślę od tamtego czasu:
- Romek, ja bym wolała stracić te pieniądze niż stracić ciebie. A ty przez półtora roku byłeś w drodze do tego, żeby stracić nas wszystkich.
Wrócił do Wrocławia we wrześniu. Pracuje teraz w hurtowni budowlanej Anki i jej męża. Zaczął oddawać pieniądze - po dwieście złotych miesięcznie. Powiedziałam, że nie musi. Powiedział, że musi.
Na moim kuchennym stole leży teraz prospekt z kursu zawodowego - technik logistyki. Roman przyniósł go sam. Nie wiem, czy z niego skorzysta. Nie wiem, czy znowu nie odpuści w połowie drogi.
Ale wiem jedno: teraz przynajmniej widzę, jaka ta droga jest naprawdę.