Po śmierci ojca znaleźliśmy w garażu karton z listami. Dwieście czterdzieści trzy listy do kobiety z Tarnowa, pisane od 1981 roku. Wszystkie z dopiskiem "Nie wysłane". Mama żyła z nim do końca i nigdy się nie dowiedziała
Karton był szary, bez żadnego napisu. Stał na najwyższej półce w garażu, za starą wiertarką i zestawem kluczy nasadowych, których ojciec nie ruszał od lat. Gdyby Marek nie wlazł na drabinę po lampki choinkowe - bo mama chciała je dać sąsiadce - pewnie stałby tam do następnego pokolenia.
- Iwona, chodź tu - zawołał brat takim głosem, że odłożyłam miotłę i przyszłam od razu.
Marek siedział na betonowej podłodze garażu z otwartym kartonem na kolanach. W środku leżały koperty. Dziesiątki kopert, setki. Białe, pożółkłe, niektóre z liniami od wilgoci. Wszystkie zaadresowane tym samym drobnym, pochyłym pismem ojca do jakiejś Teresy Walczak, ulica Krakowska 14/3, Tarnów. I na każdej, w lewym górnym rogu, ołówkiem: "Nie wysłane".
Policzyliśmy je dopiero wieczorem, kiedy mama poszła spać. Dwieście czterdzieści trzy.
Ojciec umarł trzy tygodnie wcześniej. Cicho, bez dramatu, tak jak żył - zasnął w fotelu przy włączonym telewizorze i nie obudził się na kolację. Mama znalazła go z pilotem w ręku. Miał siedemdziesiąt jeden lat, czterdzieści osiem lat małżeństwa za sobą i opinię człowieka, który nigdy nie podniósł głosu.
Ja mam pięćdziesiąt lat, pracuję jako położna we Wrocławiu i myślałam, że znam ojca. Że wiem, kim był Mirosław Kubiak z Wrocławia - spokojny, małomówny, zawsze w garażu albo na działce, zawsze trochę gdzie indziej myślami. Myślałam, że to po prostu jego charakter.
Pierwszy list był datowany na marzec tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt jeden. Ojciec miał wtedy dwadzieścia siedem lat, był świeżo po ślubie z mamą, ja miałam pół roku. Pisał:
"Droga Tereso, nie wiem, po co to piszę, skoro nie wyślę. Ale nie pisać nie umiem."
Przeczytałam to zdanie trzy razy. Nie brzmiało jak mój ojciec. Mój ojciec mówił: "podaj śrubokręt", "będzie padać", "dobrze, że przyjechałaś". Mój ojciec nie pisał listów. Mój ojciec nie miał w sobie takich zdań.
Marek chciał przestać czytać. Powiedział, że to prywatne, że ojciec miał prawo do swoich spraw, że wyrzućmy to i nie mówmy mamie. Ale ja nie mogłam przestać. Nie dlatego, że chciałam szukać skandalu. Dlatego, że w tych listach był człowiek, którego nigdy nie spotkałam.
Czytałam całą noc. Nie wszystkie - wybrałam co dziesiąty, potem co piąty, potem gubiłam się i czytałam po kolei. Listy układały się w dziennik. Nie erotyczny, nie romansowy - raczej rozmowa z kimś, kto rozumie.
Teresa pojawiła się w życiu ojca latem osiemdziesiątego roku, na obozie harcerskim pod Tarnowem, gdzie oboje byli wychowawcami. On z Wrocławia, ona miejscowa. Przez trzy tygodnie rozmawiali każdego wieczoru przy ognisku, a potem wrócili do swoich miast.
Ojciec wrócił do mamy, która była w ciąży ze mną. Ożenił się miesiąc później. Teresa - z tego, co wynikało z listów - wyszła za kogoś innego rok później. Nigdy się więcej nie widzieli.
Ale ojciec pisał. Nie do niej naprawdę - do wyobrażenia o niej. Opisywał swoje dni. Pisał o mnie, o Marku, o mamie, o pracy w fabryce, o tym, jak naprawia płot, jak nie może spać, jak mama robi mu wymówki o brudne buty. Pisał o lękach, o których nigdy nikomu nie powiedział - że boi się, że jest złym ojcem, że nie daje nam dość ciepła, że nie umie rozmawiać z żoną tak, jak chciałby umieć.
I pisał do Teresy. Pytał ją o rzeczy, na które nie mógł znać odpowiedzi. "Czy twoje córki też nigdy do ciebie nie dzwonią?" "Czy ty też masz wrażenie, że życie przeszło obok, a ty stałeś przy płocie i patrzyłeś?"
Mnie się ścisnęło gardło nie na romantycznych wyznaniach - bo tych prawie nie było. Na jednym zdaniu z listu z dziewięćdziesiątego szóstego: "Tereso, dzisiaj Iwona skończyła szesnaście lat i jest taka piękna, że nie umiałem jej tego powiedzieć."
Pamiętam te szesnaste urodziny. Ojciec dał mi zegarek i powiedział "sto lat". Nic więcej. Mama upiekła tort. Ojciec siedział przy stole i milczał. Myślałam, że mu wszystko jedno.
A on nie umiał.
Marek powtarzał, że to nie była zdrada. Że ojciec nigdy nie wysłał tych listów, nigdy nie pojechał do Tarnowa, nigdy nawet nie zadzwonił. Że to był dziennik, nie romans. I miał rację - technicznie miał rację.
Ale ja patrzyłam na te koperty, na to staranne, ołówkowe "Nie wysłane" na każdej z nich, i widziałam coś innego. Widziałam mężczyznę, który przez czterdzieści lat żył z moją mamą, jadł z nią śniadania, spał w jednym łóżku, jeździł na wakacje nad Bałtyk - i jednocześnie prowadził drugą rozmowę. Cichą, niewidoczną, z kobietą, której nawet nie znał tak naprawdę. Z kobietą, która była ideą.
Mama żyła z nim do końca i nigdy się nie dowiedziała.
Pytanie, czy powiedzieć, nie dawało mi spokoju przez dwa tygodnie. Mama chodziła po mieszkaniu jak zwykle, robiła pranie, podlewała kwiaty, mówiła, że tata by chciał, żeby sprzedać samochód, bo i tak stoi. Opowiadała sąsiadkom, jaki to był dobry mężczyzna. Cichy, ale dobry. Zawsze naprawił, co trzeba. Nigdy nie pił, nie awanturował się, nie zniknął na noc. Czterdzieści osiem lat bez jednej kłótni, która by trwała dłużej niż wieczór.
I ja miałam jej powiedzieć, że przez te czterdzieści osiem lat myślami był gdzie indziej?
Zadzwoniłam do Marka. Powiedziałam, że musimy porozmawiać o listach.
- Wyrzuciłem je - powiedział.
Milczałam.
- Iwona, wyrzuciłem je. Wszystkie. Spakowałem do worka i wyrzuciłem do kontenera. Nie powinnaś była tego czytać, ja nie powinienem był tego znajdować, a mama nie powinna się nigdy dowiedzieć.
Poczułam ulgę i złość jednocześnie. Ulgę, bo decyzja została podjęta za mnie. Złość, bo Marek zniszczył jedynego ojca, jakiego naprawdę poznałam - tego z listów.
Bo ten z listów - był ciepły. Był przestraszony. Był czuły. Miał w sobie słowa, które nigdy nie przeszły mu przez gardło.
Czasem myślę o Teresie Walczak z ulicy Krakowskiej w Tarnowie. Pewnie ma dziś siedemdziesiąt parę lat, jeśli żyje. Pewnie pamięta tamto lato, ognisko i chłopaka z Wrocławia. Albo dawno zapomniała. Nigdy się nie dowie, że ktoś pisał do niej przez czterdzieści lat. Że była najdłuższą rozmową w życiu mojego ojca.
A mama podlewa kwiaty i mówi sąsiadkom, że Mirosław był dobrym mężem.
I ja nie mam pojęcia, czy kłamie, czy mówi prawdę.