Ekspedientka ze sklepu przy Polnej zapytała, czy mężowi smakowało to różowe półsłodkie - bierze co piątek, zawsze prosi o schłodzone. Mąż nie tknie wina, po winie ma zgagę. W piątki siedzi z kolegami w garażu
Stałam przy ladzie z portmonetką w ręce, a Basia odliczała mi resztę i mówiła jak do starej znajomej:
- A mężowi smakowało to różowe z zeszłego tygodnia? Bo mamy teraz nowe, włoskie. Też półsłodkie, ale delikatniejsze. Może by chciał spróbować?
Monety rozsypały się po ladzie. Zbierałam je palcami, które nagle przestały mnie słuchać, i próbowałam zrozumieć, co właśnie usłyszałam.
- Jakie różowe, Basiu?
- No to wino, co bierze co piątek. Koło piątej wchodzi, zawsze prosi o schłodzone - Basia uśmiechnęła się szeroko. - Stały klient, pani Jolanto. Jak on, to ja wiem, że piątek.
Andrzej nie pije wina. Nie pije od czternastu lat, odkąd po weselu bratanicy zwijał się do rana ze zgagą i przysięgał na wszystkie świętości, że więcej alkoholu poza piwem nie tknie. Na imieninach u mojej siostry odmawiał nawet szampana - mówił, że od samego zapachu robi mu się słabo. Znałam tego człowieka trzydzieści pięć lat. Wiedziałam, jak śpi, jak je, czego nie trawi, z której strony łóżka wstaje, ile łyżek cukru kładzie do herbaty. Dwie, bez mieszania.
A w piątki Andrzej jeździ do garażu. Od roku. Staszek, Mirek, piwo, gadanie o niczym. Wraca koło dziewiątej, pachnie papierosami, zdejmuje buty w przedpokoju, idzie pod prysznic. Rutyna tak przewidywalna, że przestałam ją zauważać.
Wyszłam ze sklepu i oparłam się plecami o ścianę budynku. Kwitnące bzy przy chodniku pachniały tak mocno, że kręciło mnie w głowie. A może to nie bzy. Może to był ten moment, kiedy wszystko, co wiedziałam o swoim życiu, przesunęło się o centymetr w lewo i już nie pasowało.
Nie zadzwoniłam do niego. Nie zadzwoniłam do nikogo. Wróciłam do domu, wsadziłam zakupy do lodówki i usiadłam na taborecie w kuchni z rękami na kolanach. Siedziałam tak, aż za oknem zrobiło się ciemno.
Andrzej wrócił o dziewiątej. Pachniał papierosami. Zdjął buty.
- Coś się stało? - zapytał, bo siedziałam w ciemnej kuchni.
- Nic. Głowa mnie boli.
Kłamałam płynnie, bez zająknięcia. Pierwsze kłamstwo w naszym małżeństwie, które powiedziałam świadomie, z zimną głową, patrząc mu prosto w oczy. I odkryłam, że to łatwe. Że kłamanie jest łatwiejsze, niż myślałam. Może dlatego Andrzejowi wychodziło to od roku.
Przez następne dni pracowałam na porodówce, odbierałam porody, uspokajałam rodzącej mężów, uśmiechałam się do pielęgniarek. A w głowie miałam jedno zdanie, które kręciło się w kółko jak zacięta płyta: różowe półsłodkie, co piątek, schłodzone.
W czwartek wieczorem, kiedy Andrzej oglądał wiadomości, weszłam do przedpokoju i sprawdziłam kieszenie jego kurtki. Znalazłam paragon. Sklep spożywczy przy Polnej, piątek, godzina 16:47. Wino różowe półsłodkie, 0,75 l. Jeden keks orzechowy. I paczkę kawy mielonej, której my w domu nie pijemy, bo Andrzej pije rozpuszczalną, a ja herbatę.
Kawa mielona. Ten szczegół mnie dobił bardziej niż wino. Wino można kupić z rozpędu, dla żartu, w prezencie. Ale kawę mieloną kupuje się komuś, kogo się zna. Komuś, o kim się wie, jaką kawę pija.
Zadzwoniłam do Staszka w piątek o piątej, kiedy Andrzej wyjechał z parkingu.
- Staszek, Andrzej jest u was?
Staszek milczał sekundę za długo. Tę sekundę zapamiętam do końca życia.
- Nie, dzisiaj chyba nie... coś mu pewnie wypadło.
- Staszek - powiedziałam tonem, którym mówię do ojców na porodówce, kiedy trzeba, żeby się uspokoili. - Andrzej w ogóle do was przyjeżdża w piątki?
Kolejna sekunda ciszy. Potem westchnienie.
- Jolka, ja nie chcę w to wchodzić.
Rozłączyłam się. Wiedziałam wystarczająco.
Następnego piątku pojechałam za nim. Nie autobusem - pożyczyłam auto od Krysi z pracy, małe, granatowe, którego Andrzej nie znał. Jechałam dwie długości za jego srebrnym Peugeotem i czułam się jak postać z taniego kryminału, tyle że żaden kryminał nie opisuje, jak bardzo trzęsą się kolana przy kierownicy i jak sucho robi się w ustach.
Andrzej nie skręcił na Lipową, gdzie miał być garaż. Przejechał przez centrum, minął dworzec, wjechał na Kalinowszczyznę. Zaparkował przy niskim bloku z żółtą elewacją i balkonami pełnymi pelargonii. Wyjął z bagażnika reklamówkę. Wiedziałam, co w niej jest.
Wszedł na drugie piętro. Patrzyłam z samochodu na okna. Po chwili w jednym z nich pojawiła się sylwetka - drobna kobieta z krótkimi siwymi włosami - i zasunęła firankę.
Siedziałam w pożyczonym aucie przy kwitnących kasztanowcach i płakałam. Nie głośno, nie dramatycznie. Po prostu łzy leciały same, a ja nie miałam siły ich wycierać. Pelargonie na balkonach wyglądały jak z pocztówki. Wszystko wyglądało normalnie. Zwykły piątek, zwykła ulica, zwykły blok, a za firanką mój mąż pił wino, od którego go bolał żołądek, z kobietą, której kupował kawę mieloną.
Nie weszłam do tego bloku. Wróciłam do domu, oddałam Krysi kluczyki, powiedziałam, że auto jeździ świetnie. A potem wzięłam z szafki ten paragon i położyłam go na stole w kuchni, obok cukiernicy.
Andrzej wrócił o dwudziestej pierwszej. Zobaczył paragon. Zobaczył moją twarz. Usiadł na krześle naprzeciwko mnie i milczał tak długo, że słyszałam tykanie zegara w pokoju obok.
- Jak długo? - zapytałam.
- Rok. Trochę ponad rok.
- Kim jest ta kobieta?
Andrzej przygryzł wargę. Wyglądał jak ktoś, kto właśnie spadł z drabiny i nie może złapać tchu.
- Krystyna. Znaliśmy się z technikum. Spotkałem ją przypadkiem w przychodni. Jej mąż umarł, jest sama, ja pomogłem jej z kranem, potem z zamkiem, a potem...
- A potem zostałeś na wino.
Skinął głową.
- To nie jest tak, jak myślisz, Jola. Ja nie chciałem...
- Czego nie chciałeś, Andrzej? Kupować kawy mielonej? Prosić o schłodzone? Kłamać mi co piątek przez rok?
Nie podniósł głosu. Ja też nie. To było najgorsze - że siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy stole, przy którym jedliśmy tysiące obiadów, i rozmawialiśmy spokojnie o czymś, co rozrywało mi klatkę piersiową.
- Dlaczego akurat wino? - zapytałam, chociaż to było idiotyczne pytanie. - Przecież masz po nim zgagę.
Andrzej pokręcił głową.
- Krystyna lubi wino. Ja piłem herbatę.
Czyli nawet to jedno, co myślałam, że wiem - że przynajmniej piją razem - było nieprawdą. Pił herbatę. Siedział u obcej kobiety, pił herbatę i zostawał na dwie, trzy godziny, podczas gdy ja w domu myłam garnek po ziemniakach i myślałam, że jest w garażu.
Trzydzieści pięć lat. Tyle znałam tego człowieka. A on siedział przede mną i wyglądał jak obcy. Jak ktoś, kto ma twarz mojego męża, jego dłonie, jego nawyk pocierania czoła, kiedy się denerwuje - ale kto jest kimś zupełnie innym. Kimś, kto potrafi kłamać co piątek przez rok i patrzeć mi w oczy przy śniadaniu w sobotę rano.
Marta zadzwoniła w niedzielę. Pytała, czy wszystko dobrze, bo tata nie odbierał telefonu. Powiedziałam, że dobrze. Że tata zasnął przed telewizorem. Kolejne kłamstwo, które przyszło łatwo.
Nie wyrzuciłam go. Nie powiedziałam mu, żeby się wyprowadził. Nie zadzwoniłam do Marty, nie pojechałam do siostry. Zostałam w tym mieszkaniu, z tym człowiekiem, z tym paragonem schowanym do szuflady pod rachunkami za prąd.
Nie dlatego, że przebaczyłam. Nie przebaczyłam. Po prostu nie wiedziałam, co robić z trzydziestoma pięcioma latami, które nagle okazały się czymś innym, niż myślałam.
Andrzej przestał jeździć w piątki. A przynajmniej tak mi mówi. Nie sprawdzam. Basia w sklepie pytała ostatnio, czy mąż spróbował tego włoskiego. Powiedziałam, że mąż przeszedł na piwo. Uśmiechnęłyśmy się obie. Każda z innego powodu.
Wieczorami siadam przy kuchennym stole i patrzę na krzesło naprzeciwko. Na stole stoją dwie filiżanki - moja z herbatą, jego z rozpuszczalną kawą. I myślę o tym, że gdzieś na Kalinowszczyźnie stoi filiżanka z kawą mieloną, którą wybrał mój mąż.
Że ktoś inny wie, ile łyżek cukru do niej kładzie. I że ta filiżanka, której nigdy nie widziałam, zabrała mi więcej niż jakakolwiek kobieta.