W piątek dzieci zabrały mnie na obiad do restauracji na rynku - "bez okazji, mamo, należy ci się". Przy deserze syn położył przede mną teczkę: darowizna mieszkania, "tylko podpis, żeby potem nie było kłopotów". Notariusz przyjmuje w tej samej kamienicy, na pierwszym piętrze. Termin mieli zarezerwowany na szesnastą.
Teczka była zielona, tekturowa, z gumką na rogach. Dokładnie taka, w jakich przez trzydzieści osiem lat nosiłam bilanse z biura rachunkowego do urzędu skarbowego. Paweł położył ją obok talerzyka z szarlotką ostrożnie, jakby to był tort, a nie papiery.
- Mamo, to naprawdę nic takiego - powiedział. - Tylko podpis. Żeby potem nie było kłopotów.
- Jakich kłopotów?
Agnieszka zamieszała łyżeczką w kawie, chociaż od dwudziestu lat nie słodzi.
- No wiesz... spadkowych. Sąd, papiery, urzędy. Pani Ziuta z twojej klatki po mężu dwa lata się ciągała. A tak - raz u notariusza i po sprawie.
- U jakiego notariusza?
Paweł uniósł palec w stronę sufitu, pomalowanego w ciemne kasetony.
- Tu, na górze. Pierwsze piętro. Na szesnastą jesteśmy umówieni.
Spojrzałam na zegar nad barem. Za dwadzieścia czwarta. Za oknem, po drugiej stronie rynku, ratusz grzał się w słońcu, a przy fontannie dzieciaki goniły gołębie. Jeszcze pięć minut wcześniej myślałam, że to najpiękniejszy piątek od śmierci Staszka.
Bo przecież tak było. Pierogi z kaczką, żurek w chlebie, kelnerka, która mówiła do mnie "pani Danuto", bo Aga wcześniej rezerwowała stolik na moje nazwisko. Nikt nie patrzył w telefon. Paweł opowiadał o wnuku, że dostał się do drużyny piłkarskiej. Aga trzymała mnie pod stołem za rękę jak wtedy, gdy była mała i bała się dentysty.
Teraz rozumiem, że to też był strach. Tylko nie wiedziałam jeszcze, czego się boi.
Otworzyłam teczkę. Projekt aktu notarialnego, umowa darowizny. Darczyńca: Danuta Wilk. Obdarowani: Paweł Wilk i Agnieszka Sowa, po połowie. Lokal mieszkalny na Zaodrzu, trzy pokoje, czwarte piętro. Mieszkanie po mojej mamie, w którym Staszek przeżył ze mną czterdzieści lat i zawsze żartował, że jest tu "na kwaterze u teściowej".
- Mamo, nie musisz tego czytać - odezwał się Paweł. - Pani rejent wszystko wytłumaczy.
- Synku - uśmiechnęłam się. - Całe życie mówiłam klientom, że kto podpisuje bez czytania, ten potem płacze. Nie zrobię z siebie wyjątku przy szarlotce.
Czytałam powoli. Paragraf po paragrafie, jak kiedyś faktury. Aga przestała mieszać kawę. Paweł obracał w palcach zapalniczkę, choć rzucił palenie trzy lata temu.
Brakowało jednego zdania. Takiego, które każdy notariusz dopisuje, jeśli ktoś o nie poprosi - że darczyńca zachowuje dożywotnie prawo do zamieszkiwania w lokalu. Bez tego zdania, po podpisie, mieszkałabym u własnych dzieci. Z ich łaski.
A w stopce, drobnym drukiem, była data przygotowania projektu. Poniedziałek sprzed trzech tygodni.
Poczułam, jak mi coś zimnego przechodzi po plecach. W niedzielę przed tamtym poniedziałkiem rozmawiałam z Agą przez telefon. Powiedziałam jej, bo komu miałam powiedzieć, że Mirek mi się oświadczył.
Na Wyspie Pasiece, na ławce nad Młynówką, z lodem w wafelku w ręku. Że powiedział: "Danusia, a może by tak po ludzku, ze ślubem?" i że się śmiałam, ale nie powiedziałam nie.
Aga wtedy długo milczała. Potem rzuciła: "Mamo, w twoim wieku?" i zaczęła opowiadać o przeciekającym balkonie.
Mirek. Mirosław z Brzegu, wdowiec, emerytowany kolejarz, poznany dwa lata temu w sanatorium w Ciechocinku. Przyjeżdża w soboty pociągiem o dziewiątej dwanaście, przywozi mi drożdżówki z makiem z piekarni przy swoim bloku i naprawia wszystko, co w mieszkaniu skrzypi. Dzieci go znają. Mówią mu "dzień dobry". Nigdy "cześć".
- Nie ma tu służebności - powiedziałam i zamknęłam teczkę.
- Czego? - Paweł zmarszczył brwi.
- Prawa do mieszkania. Dożywotniego. Jak to podpiszę, to formalnie jestem u was lokatorką.
- Mamo, no co ty! Przecież nikt cię nigdy...
- Wiem, synku. Wierzę ci. - Położyłam dłoń na teczce. - Ale projekt jest z poniedziałku sprzed trzech tygodni. Dzień po tym, jak powiedziałam Adze o Mirku.
Zrobiło się cicho. Tak cicho, że słyszałam, jak przy sąsiednim stoliku ktoś kroi kotleta. Kelnerka podeszła z rachunkiem, spojrzała na nas i odeszła, nie kładąc go na stole.
Pierwsza pękła Aga. Zawsze pierwsza pękała.
- Dobrze. Tak. Przez Mirka - powiedziała szybko, jakby chciała to z siebie wyrzucić, zanim się rozmyśli. - Mamo, ty nie wiesz, co było u Tomka. Jego ojciec po śmierci mamy ożenił się z panią z parafii. Miła kobieta, pierogi nam przynosiła. Trzy lata później teść umarł, a ona dostała ćwierć domu. Z ustawy. I sprzedała swoją część obcemu człowiekowi. Tomek musiał się dogadywać z facetem, którego pierwszy raz widział na oczy, w domu, w którym się wychował. Ja widziałam, jak on płakał, mamo. Czterdziestoletni chłop płakał w garażu.
- My nic do Mirka nie mamy - dodał cicho Paweł. - Ale my go znamy dwa lata. A ty jesteś sama. I wiesz... ludzie się zmieniają.
Patrzyłam na nich. Na mojego syna, który w wieku czterdziestu czterech lat wciąż obgryzał skórki przy paznokciach, kiedy się denerwował. Na córkę z rozmazanym tuszem. Nie byli chciwi. Byli przestraszeni. Tylko że nikt z nich nie zapytał, czego boję się ja.
- A wiecie, czego ja się boję? - odezwałam się w końcu. - Że mam sześćdziesiąt osiem lat i moje dzieci uważają, że nie umiem zadbać o własne mieszkanie. Ja, która trzydzieści osiem lat pilnowałam cudzych pieniędzy.
Aga opuściła głowę. Paweł zacisnął szczękę.
Wstałam. Wzięłam teczkę pod pachę i torebkę z oparcia krzesła.
- Mamo, gdzie ty idziesz?
- Na górę. Jest za pięć czwarta, a pani rejent czeka. Chodźcie.
Szli za mną po skrzypiących schodach kamienicy jak dwoje dzieci wezwanych do dyrektora. Kancelaria pachniała kawą i świeżym papierem. Pani notariusz, drobna kobieta w okularach na łańcuszku, wstała zza biurka z uśmiechem.
- Darowizny nie będzie - powiedziałam, zanim zdążyła otworzyć usta. - Ale skoro już tu jesteśmy i termin opłacony... chciałabym sporządzić testament.
Spojrzała na mnie, potem na moje dzieci, i nie zadała ani jednego zbędnego pytania. Dobrze wiedziała, co się dzieje w takich rodzinach.
- Do piątej mam wolne. To wystarczy.
Zapisałam mieszkanie Pawłowi i Agnieszce, po równo. Czytałam każde słowo, zanim złożyłam podpis. Paweł uparł się, że zapłaci za testament. Pozwoliłam mu. Czasem trzeba komuś pozwolić coś naprawić.
Na schodach Aga złapała mnie za rękaw.
- Mamo, przepraszam. Ja nie chciałam, żebyś myślała, że my...
- Wiem, córciu. - Pogłaskałam ją po policzku. - I powiem wam jeszcze jedno, bo nikt mnie o to nie zapytał. Tam, na Pasiece, zaraz po oświadczynach, Mirek sam powiedział: "Danusia, ja od twoich dzieci nic nie chcę. Jak weźmiemy ślub, pójdziemy do notariusza i zrzeknę się wszystkiego po tobie. Mam swoich synów i swoje mieszkanie, oni też się boją." Wystarczyło zapytać.
Paweł stanął na półpiętrze i przetarł twarz dłonią. Aga zaśmiała się przez łzy, takim śmiechem, który jest bardziej płaczem.
Wieczorem siedziałam w kuchni na Zaodrzu. Przez uchylone okno słychać było, jak ktoś trzepie dywan na podwórku. Zielona teczka leżała na stole - już tylko z kopią testamentu w środku.
Wybrałam numer do Brzegu.
- Mirek? Pytałeś mnie o coś na Pasiece...
Dzieci mówiły, że obiad był bez okazji. Okazja jednak się znalazła. Tylko musiałam wybrać ją sobie sama.