W czerwcu pojechałam do domku na Mazurach otworzyć okiennice na lato. Na tarasie siedziało dwoje obcych z dzieckiem - pani uprzejmie wyjaśniła, że wynajęli "przez portal, u pana Dawida, na dwa tygodnie". Dawid to mój syn. Klucze ma od Wielkanocy, "na wypadek pożaru".
Okiennice były otwarte. Zobaczyłam to jeszcze z drogi, zanim skręciłam w szutrówkę między sosnami - zielone skrzydła przypięte hakami do ściany, dokładnie tak, jak zawsze przypinał je Zdzisław. Tylko że Zdzisław nie żył od czterech lat, a ja przyjechałam właśnie po to, żeby je otworzyć.
Zgasiłam silnik. Na balustradzie tarasu suszyły się trzy ręczniki plażowe, jeden z różowym jednorożcem. Na stole stał dzbanek z sokiem. Przy stole siedział mężczyzna w okularach przeciwsłonecznych, obok kobieta w słomkowym kapeluszu, a na schodkach dziewczynka, może pięcioletnia, wbijała patyk w szczelinę między deskami. Te deski Zdzisław układał w dziewięćdziesiątym ósmym, razem z Dawidem, który podawał mu gwoździe i co drugi upuszczał w trawę.
Wysiadłam. Kobieta wstała pierwsza, uśmiechnięta, z ręką przy kapeluszu.
- Dzień dobry! Pani do nas? Bo my tu mieszkamy, ale może coś z wodą? Pan Dawid mówił, że ktoś może zajrzeć w sprawie pompy.
- W jakiej sprawie? - zapytałam. Głos miałam dziwnie spokojny.
- No, pompy. Wynajęliśmy przez portal, u pana Dawida, na dwa tygodnie. Klucze były w takiej skrzyneczce na kod, o tam, przy drzwiach. Wszystko super, naprawdę, mała zachwycona jeziorem.
Spojrzałam we wskazane miejsce. Na framudze, obok dzwonka, który nie działał od lat, wisiała szara metalowa skrzynka z czterema kółkami cyfr. Nowa. Przykręcona porządnie, na kołki.
Klucze Dawid dostał ode mnie na Wielkanoc. Poprosił o nie przy żurku, między jajkiem a chrzanem.
- Mamo, ty jesteś w Łodzi, cztery godziny jazdy. Ja z Olsztyna mam godzinę. Jak coś się stanie, burza, włamanie, nie daj Boże pożar - to kto tam pojedzie?
Dałam mu zapasowy komplet z haczyka w przedpokoju. Ucieszyłam się nawet. Pomyślałam, że syn wreszcie myśli o tym domu, bo od pogrzebu ojca był tu może trzy razy.
- Pani jest z obsługi? - zapytał mężczyzna, zdejmując okulary. Grzecznie, bez pretensji.
Mogłam powiedzieć prawdę. Że to mój dom, że nikt ich tu nie zapraszał, że mają się pakować. Patrzyłam na dziewczynkę z patykiem i na ręcznik z jednorożcem.
- Tak jakby - powiedziałam. - Chciałam sprawdzić, czy wszystko w porządku. Widzę, że w porządku. Miłego wypoczynku.
Wsiadłam do auta i odjechałam dwieście metrów, za zakręt, pod las. Dopiero tam zaczęły mi się trząść ręce.
Dawid nie odebrał. Za drugim razem też nie. Za piątym przyszedł SMS: "Mamo jestem na budowie oddzwonię". Budowa. Od stycznia nie miał żadnej budowy, tylko ja jeszcze o tym nie wiedziałam.
Napisałam: "Jestem nad jeziorem. Na tarasie siedzą twoi goście."
Odpowiedź przyszła po czterdziestu minutach. Jedno słowo: "Przyjadę".
Noc spędziłam u Romana z działki obok. Roman, wdowiec jak ja, emerytowany kolejarz, zawsze trzymał dla mnie pokoik z wersalką "na wszelki wypadek". Postawił przede mną herbatę z cytryną i długo kręcił łyżeczką we własnej szklance.
- Jola, ja ich tu widziałem już w maju. Znaczy innych, z psem. Myślałem, że wiesz. Że to jacyś twoi znajomi.
- W maju - powtórzyłam.
- Dawid był w kwietniu, zmieniał zamek w szopie. Mówił, że mama będzie zadowolona. - Roman odchrząknął. - Nie chciałem się wtrącać.
Leżałam potem na wersalce i liczyłam. Maj. Czerwiec. W marcu Dawid mówił, żebym w tym roku się nie spieszyła, że on z Kasią przyjedzie w czerwcu malować taras, a ja mam przyjechać na gotowe w lipcu. Przyjechałam wcześniej, bo chciałam im zrobić niespodziankę. Przewietrzyć, pościelić, upiec szarlotkę.
Czterdzieści lat uczyłam chemii w liceum na Widzewie i całe życie powtarzałam uczniom, że wniosek wyciąga się dopiero po zebraniu wszystkich danych. Leżałam i zbierałam dane, a każde następne bolało bardziej niż poprzednie.
Dawid przyjechał następnego dnia pod wieczór. Zostawił auto u Romana i poszliśmy nad wodę, na stary pomost, bo na tarasie wciąż siedzieli jego goście.
Usiadł na deskach, nogi nad wodą, tak samo jak siadał, kiedy miał dziesięć lat. Tylko ramiona miał teraz zgarbione jak stary człowiek.
- Mamo, ja nie chciałem...
- Czego nie chciałeś? Mówić mi? Czy żebym się dowiedziała?
Milczał. Po jeziorze przepłynęła łódka, fala doszła do pala i klepnęła o drewno.
- Firma padła w styczniu - powiedział w końcu. - Wziąłem wykończenia u dewelopera pod Barczewem. Zrobiliśmy wszystko, a on nie zapłacił. Poszedł w upadłość. A ja musiałem chłopakom zapłacić, rozumiesz? Oni mają dzieci. Wziąłem pożyczkę. Trzydzieści osiem tysięcy.
- Kasia wie?
Pokręcił głową.
- Kasia myśli, że jeżdżę na budowy. A ja jeżdżę po cudzych mieszkaniach i przykręcam ludziom skrzynki na kody. Za grosze. A tu... tu stał pusty dom, mamo. Dziesięć miesięcy w roku pusty. Tata by...
- Nie mów mi, co by tata.
Powiedziałam to ostrzej, niż chciałam. Dawid spuścił głowę.
- Miałem ci powiedzieć we wrześniu. Jak spłacę. Myślałem, że jak już będzie po wszystkim, to jakoś... łatwiej.
Najgorsze było to, że go rozumiałam. Zdzisław też nigdy nie mówił, kiedy mu coś nie wyszło. Zawsze najpierw naprawiał, a dopiero potem się przyznawał, jeśli w ogóle. Dawid nie wziął mi domu, żeby kupić sobie nowy samochód. Wziął go, bo nie umiał powiedzieć matce: "Mamo, nie daję rady".
I to bolało bardziej niż portal, obcy ludzie i ręcznik z jednorożcem na balustradzie, którą malowałam w każde wakacje.
- Pokaż mi te rezerwacje - powiedziałam.
Wyjął telefon. Przewijał długo. Lipiec prawie cały. Sierpień w połowie. Dwie rodziny, para emerytów z Gdańska, jakiś pan z dopiskiem "cisza i wędkowanie".
- Odwołam wszystko - powiedział. - Jutro. Oddam ludziom pieniądze.
- Z czego oddasz?
Nie odpowiedział.
Siedzieliśmy długo. Słońce zeszło za trzciny, komary zaczęły cięć po kostkach. Z tarasu doleciał śmiech tej małej i wołanie matki, że czas do mycia. W domu zapaliło się światło w pokoju od strony lasu. W tym pokoju spał Dawid, kiedy był mały. Na ścianie pewnie wciąż były dziurki po pinezkach od jego plakatów.
Pomyślałam, że ten dom od czterech lat nie słyszał dziecięcego śmiechu. Że przyjeżdżałam tu sama, otwierałam okiennice, siedziałam dwa tygodnie z książką i wracałam do Łodzi. I że wcale nie byłam przez to szczęśliwsza.
- Nie odwołujesz - powiedziałam.
Dawid podniósł głowę.
- Jak to?
- Ci ludzie zapłacili i przyjadą. Tylko że od dziś to ja wydaję klucze. Ja przyjeżdżam, ja witam, ja sprawdzam, czy nikt mi nie przypalił kuchenki. Mieszkam u Romana, on i tak się nudzi. Pieniądze idą na twoją pożyczkę, co do złotówki, a ja widzę każdy przelew. We wrześniu skrzynka znika z framugi.
- Mamo...
- I jeszcze jedno. - Wyciągnęłam rękę. - Klucze. Te od Wielkanocy.
Położył mi je na dłoni. Były ciepłe, nosił je w kieszeni spodni.
- A Kasi powiesz do niedzieli. Sam. Nie ja, nie Roman, nie żaden portal. Ty.
Nie odpowiedział od razu. Potem kiwnął głową, raz, krótko, zupełnie jak jego ojciec.
Rano poszłam na taras z blachą szarlotki. Pani w kapeluszu - miała na imię Magda - spojrzała na mnie zdziwiona.
- To obsługa jeszcze piecze ciasto?
- Tylko w tym tygodniu - powiedziałam. - I proszę uważać na trzeci stopień, skrzypi. Mąż go specjalnie tak zostawił, żebyśmy słyszeli, kiedy syn wraca nocą z dyskoteki.
Okiennice zamknę w tym roku we wrześniu. Dawid obiecał, że przyjedzie pomóc. Klucze wziął ode mnie na wypadek pożaru - tylko że paliło się nie u mnie, a u niego, i przez pół roku nikt nie widział tego dymu.