Z Wacławem z sąsiedniej działki jesteśmy razem od jesieni - dwoje wdowców, wspólne śniadania na tarasie, jeden koc na wieczór. W sierpniu przyjechał jego syn "na chwilę": żebym pamiętała, że altana i grunt "są w testamencie na wnuki". Wacław o żadnym testamencie nie słyszał.
- Pani Lucyno, ja tylko na chwilę. Żeby pani pamiętała, że altana i grunt są w testamencie na wnuki.
Grzegorz powiedział to tak, jak się mówi o pogodzie. Stał przy furtce między naszymi działkami, w białej koszuli z podwiniętymi rękawami, z kluczykami od samochodu w dłoni, i patrzył gdzieś ponad moim ramieniem. Na taras. Na stolik, na którym jeszcze stały dwa kubki po porannej kawie. Mój i jego ojca.
Trzymałam konewkę. Woda chlupotała mi po sandałach, bo przechyliłam ją, sama nie wiem kiedy.
- Słucham? - zapytałam, choć słyszałam doskonale.
- No, testament. Mamy. - Wzruszył ramionami. - Ja do pani nic nie mam, naprawdę. Tylko żeby potem nie było nieporozumień.
Wacław pojechał rowerem do sklepu po chleb i gazetę, jak w każdą sobotę. Grzegorz musiał to wiedzieć. Przyjechał z Gdańska o dziesiątej, pocałował ojca w policzek, pochwalił pomidory - a kiedy tylko rower zniknął za zakrętem, przyszedł do mojej furtki.
- Rozumiem - powiedziałam. Nic nie rozumiałam.
Przy obiedzie wszyscy byliśmy bardzo mili. Wacław opowiadał, jak w lipcu złowił szczupaka, Grzegorz śmiał się w odpowiednich miejscach, ja podałam mizerię i kompot z porzeczek.
Patrzyłam na ręce Wacława - duże, spracowane, czterdzieści lat na kolei - jak kroi chleb dla syna, grubo, tak jak Grzegorz lubi od dziecka. I myślałam: on nic nie wie. Albo wie i nic mi nie powiedział. Nie wiedziałam, co gorsze.
Znam Wacława od dwudziestu pięciu lat. Przez dwadzieścia dwa z nich był dla mnie "sąsiadem zza siatki". On i Stefania kupili działkę pod Olsztynem mniej więcej wtedy, kiedy my ze Zdzisławem - dwa kawałki gruntu nad jeziorem, dwie altany, dwa płoty, które przez lata obrastały tym samym winobluszczem. Stefania dawała mi sadzonki piwonii, ja jej - rady, bo trzydzieści sześć lat uczyłam biologii w liceum na Zatorzu i ludzie uważali, że znam się na wszystkim, co rośnie.
Potem Zdzisław umarł. Potem Stefania. Dwa pogrzeby w odstępie dwóch lat, dwie puste altany.
Zeszłej jesieni wichura złamała moją starą antonówkę. Wacław przyszedł z piłą, nie pytając. Pocięliśmy ją razem, a potem piliśmy herbatę z cytryną na moim tarasie i nagle zrobiło się ciemno, a my wciąż gadaliśmy. Przyniósł z altany koc, bo zmarzłam. Od tamtej pory był jeden koc.
Wieczorem, kiedy Grzegorz pojechał do mieszkania ojca w mieście, gdzie miał nocować, zapytałam wprost.
- Wacek, jaki testament?
Odłożył gazetę.
- Jaki testament?
- Stefanii. Grzegorz mówi, że działka jest zapisana na wnuki.
Najpierw się zaśmiał. Krótko, z niedowierzaniem.
- Lucia, Stefka listy zakupów pisała na odwrocie kalendarza, bo żal jej było kartki. Jaki testament? Nigdy mi nic... - Urwał.
Widziałam, jak coś mu przechodzi przez twarz. Jakieś wspomnienie, którego nie chciał dopuścić. Wyjął telefon z kieszeni kamizelki.
- Grzesiek? Wracaj tu. Nie, nie jutro. Teraz.
Grzegorz przyjechał po dziewiątej. Latarnia nad furtką oblepiona była ćmami. Postawił na stole szarą kopertę i wtedy zrozumiałam, że miał ją w samochodzie przez cały dzień. Przywiózł ją celowo. Tylko ojcu zabrakło mu odwagi ją dać.
Wacław otwierał kopertę długo. Wyjął kartkę z zeszytu w kratkę, złożoną na czworo. Rozpoznałam pismo Stefanii, okrągłe, szkolne - takim samym podpisywała mi kiedyś torebki z nasionami.
Czytał w milczeniu. Potem przeczytał jeszcze raz, poruszając ustami. Data - marzec, dwa tygodnie przed jej śmiercią. Swoją połowę działki razem z altaną zapisywała wnukom, Kubie i Zosi. A pod podpisem, mniejszymi literami, dopisała coś do syna.
Wacław przeczytał to na głos. Głos mu się łamał na każdym słowie.
- "Grzesiu, tata sam nie zostanie, on nie umie być sam. Niech ma, kogo chce. Ale działka ma zostać dla dzieci."
Na tarasie zrobiło się tak cicho, że słychać było żaby nad jeziorem.
- Dała mi to w hospicjum - odezwał się w końcu Grzegorz. Nie podnosił wzroku. - W kopercie. Powiedziała, żebym ci dał, jak przyjdzie czas. A ja nie wiedziałem, kiedy jest ten czas. Tato, ty wtedy ledwo chodziłeś. Nie jadłeś. Jak miałem ci dać kartkę, na której mama pisze, że znajdziesz sobie kogoś? A potem minął rok, drugi... i już było głupio.
- A dziś nie było głupio? - zapytał Wacław cicho.
Grzegorz spojrzał na mnie. Pierwszy raz tego dnia naprawdę na mnie spojrzał.
- Przepraszam panią. Wystraszyłem się. Tata mówi przez telefon tylko "Lucia to", "Lucia tamto". Pomyślałem, że za chwilę ślub, a potem... Sam nie wiem, co pomyślałem.
Mogłam się obrazić. Miałam do tego pełne prawo. Ale ja pamiętałam coś, o czym nikt przy tym stole nie wiedział.
- Grzegorz - powiedziałam - ja nie jestem żoną pana ojca. Gdyby jutro coś się stało, nie należałoby mi się nic. Nawet ten koc.
- Na razie - mruknął.
- Na razie - zgodziłam się. - A moja córka w maju zapytała mnie, czy pan Wacław "nie ma przypadkiem planów" co do mojej działki. Też przyjechała na chwilę. Też przywiozła sernik.
Wacław parsknął. Potem Grzegorz. Potem ja. Śmialiśmy się we trójkę, trochę za głośno, jak ludzie, którym ktoś zdjął z pleców worek kartofli.
Wacław jeszcze długo trzymał tę kartkę. Gładził ją kciukiem po zgięciach. Kiedy Grzegorz poszedł do samochodu, powiedział do mnie cicho:
- Wiedziała. Umierała, a martwiła się, że będę sam.
- I że będzie komu zostawić pomidory - dodałam.
Pokiwał głową. Nie płakał. Ale położył mi rękę na kolanie i trzymał ją tam, aż latarnia zgasła na czujniku.
We wrześniu pojechali z Grzegorzem do notariusza w Olsztynie, żeby wreszcie załatwić spadek po Stefanii. Trzy lata za późno, ale jednak. Wacław nie chciał żadnego zachowku. Przy okazji spisał własny testament - swoją połowę też na Kubę i Zosię. Zapytał mnie przedtem, czy nie mam nic przeciwko.
- Wacek, ja mam własną działkę - powiedziałam. - I własną córkę z sernikiem.
W październiku Grzegorz przyjechał z dziećmi. Zosia, dziewięć lat, obrywała ze mną ostatnie maliny i pytała, czy to prawda, że pani uczyła w szkole. Kuba łowił z dziadkiem. Grzegorz zawołał mnie do stołu "pani Lucyno, niech pani siada, kawa stygnie" - i nalał mi pierwszej.
Grunt jest na wnuki. Altana też. Tak chciała Stefania i tak jest dobrze.
Ale te dwa kubki na tarasie, rano, zanim ktokolwiek przyjedzie na chwilę - te są nasze.<
/p>