Nad grobem mama trzymała nas za ręce i prosiła, żebyśmy się nie pokłócili. Brat przy trumnie powtarzał: wszystko po połowie, po ludzku. Tydzień po pogrzebie w oknach mieszkania mamy stali robotnicy i zrywali tapety. Ekipę brat zamówił dzień po stypie.

Zobaczyłam ich z parkingu. Wchodziłam na osiedle z reklamówką pełną środków do sprzątania - soda, ocet, ścierki - bo chciałam spokojnie posprzątać maminą łazienkę i kuchnię, tak jak obiecałam sobie na pogrzebie. Podniosłam głowę i na drugim piętrze, w oknach bez firanek, chodziły postacie w roboczych kombinezonach.

Najpierw pomyślałam, że się pomyliłam. Że to inne okna. Ale w szybie obok stał oparty o framugę łom, a na parapecie leżała folia malarska. Te same parapety, na których mama trzymała pelargonie.

Wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do Bogdana.

- Cześć, Jolka. Co słychać? - odebrał tak spokojnie, jakby to był zwykły czwartek.

- Bogdan, co się dzieje w mieszkaniu mamy?

Cisza. Krótka, ale wystarczająca.

- A, to. Słuchaj, musiałem szybko działać, bo ekipa miała okienko. Wiesz, jak teraz trudno o fachowców.

Stałam na chodniku z tą reklamówką w ręce, z butelką octu wystającą z siatki, i nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie dlatego, że nie miałam słów. Dlatego, że miałam ich za dużo.

Bogdan jest ode mnie cztery lata młodszy. Ma pięćdziesiąt jeden lat, pracuje w hurtowni budowlanej pod Częstochową, zna każdego fachowca w promieniu pięćdziesięciu kilometrów. Ja mam pięćdziesiąt pięć lat i trzydzieści lat pracy w szkole podstawowej za sobą - ostatnie trzy na emeryturze.

Mama przez ostatni rok chorowała. Głównie ja przy niej byłam. Bogdan wpadał w weekendy, czasem w środy, zostawiał na lodówce kartkę z napisem "byłem" i paczkę z Biedronki. Nie mówię, że nic nie robił. Robił. Ale to ja noce przy niej siedziałam, to ja prałam pościel, to ja dzwoniłam po lekarzy i jeździłam po recepty.

Po pogrzebie nie rozmawialiśmy o mieszkaniu. Znaczy - ja nie rozmawiałam, bo wydawało mi się, że jest na to za wcześnie. Mama ledwo tydzień leżała w ziemi. Czekałam, aż opadnie kurz. Aż zjemy tę pierwszą Wielkanoc bez niej, aż przejdzie miesiąc, dwa. Aż będzie można spokojnie usiąść i porozmawiać - kawa, kartki, kto co chce, co jest sprawiedliwe.

A Bogdan nie czekał.

Pojechałam do niego następnego dnia. Mieszka z żoną Beatą na obrzeżach miasta, w domku, który remontuje od piętnastu lat i nigdy nie kończy. Beata otworzyła mi drzwi z miną, która mówiła, że wie, po co przyjechałam.

- Bogdan jest w garażu - powiedziała i cofnęła się do kuchni.

Znalazłam go przy stole warsztatowym. Szlifował jakąś deskę. Nawet nie podniósł głowy.

- Bogdan, musimy porozmawiać.

- No to rozmawiaj.

- Zamówiłeś ekipę do mieszkania mamy. Dzień po stypie. Nie pytając mnie.

Odłożył szlifierkę. Otrzepał ręce.

- Jolka, posłuchaj. To mieszkanie stoi puste. Rachunki lecą. Jak się nie ruszy teraz, to za pół roku będziemy mieli pleśń na ścianach i wartość spadnie o jedną trzecią. Ja się na tym znam.

- To nie jest twoje mieszkanie.

- Nie jest też twoje.

- Właśnie. Jest nasze. I powinniśmy o tym razem decydować.

Bogdan pokiwał głową. Ale to było takie kiwanie, które nie oznaczało zgody - oznaczało, że mnie wysłuchał i zaraz powie swoje.

- Jolka, ja mam plan. Odświeżamy mieszkanie, dajemy na sprzedaż, dzielimy kasę po połowie. Czysto, uczciwie, po ludzku. Dokładnie tak, jak powiedziałem przy trumnie.

- A może ja nie chcę sprzedawać.

To było pierwsze zdanie, które wypowiedziałam na głos, a które myślałam od pogrzebu. Nie chciałam sprzedawać mieszkania mamy. Nie od razu. Może nie w ogóle. Może chciałam tam wrócić - zostawić swoje trzy pokoje na osiedlu Tysiąclecia córce Kaśce i zamieszkać w maminym dwupokojowym z widokiem na park. Mieć bliżej do cmentarza. Siedzieć przy tym samym oknie, przy którym mama piła poranną kawę.

Nie powiedziałam tego wszystkiego Bogdanowi. Powiedziałam tylko, że może nie chcę sprzedawać.

Bogdan spojrzał na mnie tak, jakbym powiedziała coś w obcym języku.

- Jak to nie chcesz sprzedawać? To co chcesz?

- Chcę, żebyśmy porozmawiali. Normalnie. Nie przy szlifierce.

- Jolka, rozmawiamy.

- Nie. Ty mi mówisz, co już zdecydowałeś. To nie jest rozmowa.

Rozeszliśmy się bez ustaleń. Bogdan obiecał wstrzymać ekipę. Nie wstrzymał. Kiedy pojechałam do maminego mieszkania dwa dni później, na podłodze w przedpokoju leżała zerwana wykładzina, a w kuchni brakowało szafek wiszących. Starych szafek z lat osiemdziesiątych, z mosiężnymi uchwytami, które mama czyściła pastą co kwartał.

Zadzwoniłam do Bogdana ponownie. Tym razem odebrała Beata.

- Jolka, on teraz nie może rozmawiać. Ale on naprawdę chce dobrze. Dla was obojga. Może się spotkajcie w weekend? Na spokojnie?

Spotkaliśmy się w niedzielę. W mieszkaniu mamy, bo nie było już innego neutralnego gruntu. Bogdan przyniósł termos z kawą i dwie kubki. Maminych kubków nie było - zapakował je w kartony i wyniósł do garażu, żeby się nie potłukły, jak wyjaśnił.

Usiedliśmy w pustym salonie, na dwóch krzesłach, które zostały, bo ekipa jeszcze do nich nie dotarła.

- Bogdan, powiedz mi szczerze. Dlaczego tak się spieszysz?

Nie odpowiedział od razu. Pił kawę. Patrzył w okno, za którym kwitły kasztanowce, które mama uwielbiała.

- Bo się boję, że jak nie zrobimy tego teraz, to się pokłócimy - powiedział w końcu. - I to będzie gorszy rodzaj kłótni. Taki, co ciągnie się latami. Kuzyn Mirek z żoną do dziś się nie odzywają po spadku po cioci Władzi. Dziesięć lat. Ja tego nie chcę.

Patrzyłam na niego i rozumiałam. Naprawdę rozumiałam. Bogdan nie kradł. Bogdan się bał. Na swój sposób, po swojemu, próbował zrobić to szybko, żeby nie bolało długo. Jak zrywanie plastra.

Problem w tym, że plaster zrywał sam, nie pytając, czy ja jestem gotowa.

- Bogdan, mama prosiła, żebyśmy się nie pokłócili.

- No właśnie dlatego.

- Nie. Mama prosiła, żebyśmy się nie pokłócili. Nie żebyś ty decydował za nas dwoje, bo się boisz kłótni. To nie to samo.

Milczał długo. Kubek z kawą trzymał obiema rękami, chociaż kawa dawno ostygła.

- To co ty proponujesz? - zapytał cicho.

- Proponuję, żebyśmy tu przyszli jeszcze raz za tydzień. Bez ekipy, bez planów, bez kartonów. Żebyśmy usiedli i popatrzyli na to mieszkanie razem. I dopiero wtedy zdecydowali.

Bogdan nie powiedział tak. Ale nie powiedział nie. Skinął głową - i tym razem to było inne skinięcie. Zmęczone, ale prawdziwe.

Wyszliśmy razem. Na klatce schodowej Bogdan przystanął i powiedział:

- Jolka, te szafki z kuchni - są u mnie w garażu. Gdybyś chciała, to mogę je z powrotem powiesić.

Nie odpowiedziałam. Zeszłam na dół, wyszłam na podwórko i usiadłam na ławce pod kasztanowcem. Pachniało majem i mokrą ziemią po rannym deszczu. Myślałam o mamie. O tym, jak przy każdym rodzinnym obiedzie mówiła to samo: dzieci, nie kłóćcie się, bo ja tego nie przeżyję.

Przeżyła nas razem, póki mogła. Teraz musieliśmy to zrobić sami.