Córka po rozwodzie zapowiedziała, żebym nie wpuszczała Marka. Ale to Marek przez dwanaście lat woził mnie na cmentarz, wieszał karnisze i kleił kafelki. Wpuszczam. Córka mówi, że ją zdradzam. Kran nie cieknie.

Sąsiadka z drugiego piętra powiedziała mi kiedyś, że najgorsze kłótnie to te, w których obie strony mają rację. Wtedy jeszcze się uśmiechnęłam. Teraz siedzę w kuchni, jest siódma rano, herbata stygnie, a ja próbuję wymyślić, co odpowiedzieć Joli na wczorajszego SMS-a. Cztery słowa: "Wybieraj. On albo ja."

Mam na imię Danuta, mam sześćdziesiąt cztery lata i od trzech jestem na emeryturze. Wcześniej przez dwadzieścia siedem lat stałam za ladą w sklepie spożywczym na osiedlu Jaroty w Olsztynie - jednym z tych, gdzie wszyscy się znają, wszyscy wiedzą i wszyscy mają zdanie.

Mąż, Bogdan, umarł osiem lat temu. Serce. Szybko, bez zapowiedzi, między obiadem a wiadomościami wieczornymi. Zostałam z dwupokojowym mieszkaniem, emeryturą, która ledwo starcza na rachunki, i jedną córką.

Jola wyszła za Marka, kiedy miała dwadzieścia pięć lat. Marek był cichy, pracowity, z tych mężczyzn, którzy nie mówią dużo, ale robią. Kiedy umarł Bogdan, to Marek przyszedł pierwszy. Nie z kwiatami i kondolencjami - z wkrętarką. Kran w łazience ciekł od tygodnia, Bogdan miał naprawić w sobotę.

Nie doczekał soboty. Marek naprawił w poniedziałek, dzień po pogrzebie. Nic nie powiedział. Umył ręce, usiadł w kuchni i zjadł ze mną rosół, który przyniosła sąsiadka. Od tamtego dnia przyjeżdżał co dwa tygodnie.

Przez dwanaście lat woził mnie na cmentarz do Bogdana - dwadzieścia minut samochodem, autobusem ponad godzinę z przesiadką. Wieszał karnisze, kiedy zmieniałam zasłony. Kleił odchodzące kafelki w łazience.

Wymieniał uszczelki, odkręcał słoiki, przycinał żywopłot na działce, którą Bogdan zostawił za miastem. Nie prosił o pieniądze, nie oczekiwał wdzięczności. Przyjeżdżał, robił, pił herbatę, pytał, czy coś jeszcze trzeba, i jechał.

Jola widziała to przez lata i nigdy nie powiedziała złego słowa. Marek był jej mężem i moim zięciem, i wszystko się zgadzało. A potem przestało.

Rozwiedli się w marcu. Jola nie powiedziała mi od razu - dowiedziałam się od niej dopiero po dwóch tygodniach, kiedy zadzwoniłam zapytać, czy przyjadą na Wielkanoc. Głos miała suchy, spokojny, jak ktoś, kto już wszystko odcierpiał i teraz tylko informuje.

- Mamo, rozeszliśmy się z Markiem. Oficjalnie. Nie pytaj dlaczego, nie chcę o tym mówić.

Nie spytałam. Chciałam, ale nie spytałam. Czekałam, aż sama powie. Przez miesiąc nic. Potem zaczęła dzwonić częściej, ale rozmowy były dziwne - krótkie, kontrolujące.

- Marek nie dzwonił? Nie przyjeżdżał?

Przyjeżdżał. Tydzień po tym, jak się dowiedziałam o rozwodzie, zadzwonił normalnie, jak zawsze.

- Pani Danuto, kaloryfer w dużym pokoju grzeje tylko w połowie. Przyjadę w sobotę, spojrzę.

Mówił do mnie "pani Danuto" od pierwszego dnia i nigdy nie zmienił. Przyjechał, odpowietrzył kaloryfer, naprawił zacinający się zamek w drzwiach balkonowych. Siedział potem w kuchni, pił herbatę z cytryną i milczał dłużej niż zwykle. Dopiero przy wychodzeniu powiedział:

- Wie pani, ja się z Jolą rozwiodłem, nie z panią.

Kiwnęłam głową, bo co miałam odpowiedzieć. Pomyślałam wtedy, że to się jakoś ułoży. Że Jola zrozumie.

Jola nie zrozumiała.

Pierwsza kłótnia była w maju, kiedy Jola przyjechała do mnie i w łazience zobaczyła nowy kosz na pranie. Kupiłam go w markecie, ale Marek przywiózł mi go samochodem, bo nie zmieścił się w autobus.

- Marek ci kupił? - zapytała, patrząc na kosz, jakby to była skrzynka z dynamitem.

- Nie kupił. Przywiózł. Sama kupiłam.

- Mamo, prosiłam cię.

Nie prosiła. Nie wprost. Ale od tamtego dnia zaczęła. Najpierw delikatnie - że to dziwne, że ludzie gadają, że sąsiadki widziały jego samochód. Potem ostrzej - że go wybieram, że stawiam po jego stronie, że mam lojalność nie tam, gdzie trzeba.

Próbowałam tłumaczyć. Że Marek przez dwanaście lat pomagał mi bez słowa - kiedy ona mieszkała czterdzieści kilometrów dalej i przyjeżdżała raz na dwa tygodnie. Że nikt inny nie wozi mnie na cmentarz do jej ojca. Że jak zepsuje się spłuczka albo wypadnie kontakt, to nie mam kogo zadzwonić - fachowców czeka się tygodniami i kosztują fortunę.

- To znajdź fachowca, mamo. To nie jest powód, żeby utrzymywać kontakt z moim byłym mężem.

Milczałam, bo wiedziałam, że jeśli powiem to, co myślę, będzie gorzej. Myślałam: łatwo ci mówić, Jolu. Masz czterdzieści lat, masz samochód, masz zdrowe kolana i siłę, żeby sama wbić gwóźdź. Ja mam sześćdziesiąt cztery lata, biodro, które skrzypi na każdym schodku, i listę rzeczy do naprawienia, która rośnie szybciej niż moja emerytura.

Nie powiedziałam tego. Powiedziałam tylko:

- Jolu, on mi pomaga. To wszystko.

Prawda jest taka, że to nie jest wszystko. Marek to jedyny człowiek, który regularnie siada ze mną przy stole. Sąsiadki zaglądają, ale na pięć minut - poplotkować i iść. Jola dzwoni, ale rzadko przyjeżdża. A Marek przychodzi, naprawia coś, a potem siedzi i pyta, co u mnie. Jak się czuję. Czy byłam u lekarza z tym biodrem. Czy jedzenie z sanatorium pomogło.

To nie jest miłość. To nie jest romans. To jest ktoś, kto pamięta, że istnieję.

W lipcu Jola postawiła ultimatum. Przyjechała specjalnie, usiadła naprzeciwko mnie w kuchni, tam gdzie zwykle siada Marek, i powiedziała spokojnie, jak nauczycielka do ucznia:

- Mamo, jeśli on będzie dalej tu przyjeżdżał, ja przestanę. Nie będę przyjeżdżać do domu, w którym siedzi facet, który mnie zdradził.

Więc jednak zdradził. Dowiedziałam się tego w lipcu, nie w marcu. Jola powiedziała to mimochodem, jakby oczywistość, a ja poczułam, jak coś się we mnie przesuwa. Nie pęka, nie łamie - przesuwa. Jak mebel, którego ktoś nie postawił na swoim miejscu.

Zrobiło mi się gorąco, potem zimno. Pomyślałam o Marku, który siedzi w mojej kuchni, pije herbatę z cytryną i mówi "pani Danuto". Pomyślałam o tym, jak naprawiał kaloryfer. Jak wiózł mnie na cmentarz i stał z boku, kiedy modliłam się przy grobie Bogdana.

A potem pomyślałam: a co ja mam z tym zrobić?

Bo Marek nie zdradził mnie. Zdradził Jolę, i to jest sprawa Joli i Marka. Okropna sprawa, brudna, bolesna - ale ich. Ja nie byłam w ich sypialni, nie znam szczegółów, nie chcę znać. Wiem, że Marek zrobił coś złego. Wiem też, że przez dwanaście lat robił dla mnie rzeczy, o które nie prosił go nikt - ani Jola, ani ja.

Czy jedno kasuje drugie?

Od tamtej rozmowy minęły dwa miesiące. Marek nadal dzwoni. Nadal przyjeżdża. Ostatnio wymienił uszczelkę w kranie kuchennym - tym samym, który naprawił dzień po pogrzebie Bogdana. Kran nie cieknie.

Jola dzwoni rzadziej. Nie przyjeżdża. Na SMS-y odpowiada zdawkowo. Wczoraj napisała te cztery słowa i od wczoraj siedzę z telefonem w ręku.

Czasem myślę, że Jola ma rację. Że powinnam stanąć po stronie córki, bo córka to córka, krew to krew, i są rzeczy, których matka nie powinna nawet rozważać. Że wpuszczając Marka, mówię Joli: twój ból jest mniej ważny niż mój komfort.

A potem patrzę na ten kran. I na kafelki w łazience. I na karnisze, które wiszą prosto. I myślę o cmentarzu, na który w tym miesiącu jeszcze nie pojechałam, bo Marek był zajęty, a autobusy kursują raz na godzinę, i trzeba się przesiadać.

Nie wybrałam. Nie umiem wybrać. Wpuszczam Marka, bo jeśli go nie wpuszczę, zostanę z cieknącym kranem, krzywymi karniszami i grobem Bogdana, do którego nikt mnie nie zawiezie.

I z córką, która może wtedy wróci. A może nie. Bo Jola ma swój ból i swoje powody, i ja je rozumiem. Ale rozumienie nie zmienia tego, że jestem sama, że mam sześćdziesiąt cztery lata i że nikt inny nie puka do moich drzwi w sobotę rano z pytaniem, czy coś trzeba naprawić.

Herbata wystygła. SMS Joli świeci na ekranie. Cztery słowa, na które nie mam odpowiedzi.

Za oknem sąsiadka z drugiego piętra podlewa kwiaty na balkonie. Kiedyś powiedziała mi, że najgorsze kłótnie to te, w których obie strony mają rację. Teraz wiem, co miała na myśli.