W lutym brat wziął mamę do siebie, a jej mieszkanie miało stać puste - na czarną godzinę. W maju sąsiadka z klatki zapytała mnie, jak mamie na wsi, bo w oknach codziennie pali się światło, a na balkonie ktoś suszy pranie. Lokatorzy płacą od marca. Mama dowiedziała się ode mnie.
Pranie na balkonie zobaczyłam pierwsza. Znaczy - nie ja, tylko Władzia z czwartego piętra, ale to ona do mnie zadzwoniła we wtorkowe popołudnie i powiedziała to zdanie, po którym wszystko się posypało.
- Grażynka, a kto u twojej mamy mieszka? Bo ja myślałam, że mama na wsi, a tam pranie wisi i światło się pali do jedenastej.
Stałam wtedy na przystanku po pracy, z torbą pełną zeszytów do sprawdzenia, i przez moment pomyślałam, że Władzia się myli. Mama mieszkała u Artura od lutego. Jej mieszkanie na trzecim piętrze w bloku przy Reymonta miało stać puste. Tak się umówiliśmy.
Tak się umówił Artur.
Mój brat, trzy lata młodszy, zawsze konkretny, zawsze z planem. Kiedy w styczniu mama potknęła się na oblodzonym chodniku i skręciła kostkę, to Artur pierwszy powiedział, że tak dalej być nie może.
Że mama ma siedemdziesiąt osiem lat, że sama w tym mieszkaniu to jest zaproszenie do nieszczęścia, że u niego na wsi jest miejsce, jest ogród, Beata ugotuje, dzieci pomogą. Mama najpierw nie chciała. Potem Artur przyjechał z Beatą, zapakowali jej rzeczy i powiedzieli, że to na próbę. Na miesiąc, dwa - zobaczymy.
Ja się ucieszyłam. Naprawdę. Pracuję w szkole podstawowej w Częstochowie, prowadzę klasy od pierwszej do trzeciej, mam pod opieką dwadzieścioro sześcioro dzieci i drugie tyle papierów. Mama dzwoniła do mnie codziennie - że w sklepie drogo, że kolano boli, że sąsiad znowu głośno.
Kochałam te telefony i jednocześnie po każdym czułam, jak zaciskam szczękę. Bo wiedziałam, że powinnam być bliżej. Że to ja jestem córką, nie Artur. Że córka powinna. A ja nie mogłam - nie na stałe, nie z moją pracą i z moim dwupokojem na Tysiącleciu, gdzie ledwo się mieściłam sama.
Więc kiedy Artur zabrał mamę, poczułam ulgę. I natychmiast poczucie winy za tę ulgę.
Przez marzec i kwiecień wszystko wyglądało dobrze. Mama dzwoniła ze wsi zadowolona, mówiła o kotce Beaty, o tym, że Beata robi wspaniałą zupę szczawiową, o wnukach, które przybiegały do niej po szkole. Artur do mnie prawie nie dzwonił - ale to normalne, Artur nigdy dużo nie dzwonił. Wysyłałam mamie paczki z herbatą i kryminałami. Wszystko było w porządku.
A potem zadzwoniła Władzia.
Po jej telefonie stałam na przystanku jeszcze pięć minut, choć autobus już odjechał. Potem zadzwoniłam do Artura. Nie odebrał. Napisałam: "Kto mieszka w mieszkaniu mamy?". Odpisał po godzinie: "Jakim mieszkaniu? Nikt nie mieszka. Władzia ma omamy".
Władzia nie miała omamów. Władzia miała siedemdziesiąt dwa lata, kota i żelazne zasady - wiedziała, kto o której wychodzi z klatki i kto o której wraca. Następnego dnia, zamiast iść do szkoły, wzięłam wolne i pojechałam na Reymonta.
Na klatce schodowej pachniało rosołem. Nie mamowym rosołem - mama gotowała z koperkiem i z dużą ilością marchwi, ten pachniał inaczej. Pod drzwiami mamy stały buty, których nie znałam. Męskie adidasy rozmiar czterdzieści pięć i małe różowe klapki. Nacisnęłam dzwonek. Otworzyła dziewczyna, może dwudziestoparoletnia, w krótkiej koszulce i dresowych spodniach.
- Dzień dobry - powiedziałam. - Ja jestem córka właścicielki tego mieszkania.
Dziewczyna otworzyła szerzej oczy, ale nie wyglądała na przestraszoną. Raczej na zakłopotaną.
- Pan Artur mówił, że nikt nie będzie przychodził - powiedziała cicho.
Pan Artur. Mój brat. Wynajął mieszkanie mamy, nie mówiąc ani mamie, ani mnie. Dziewczyna, Patrycja, mieszkała tu z chłopakiem od marca. Płacili co miesiąc przelewem na konto Artura. Umowa była na kartce, bez notariusza, bez zgody właścicielki. Patrycja nawet pokazała mi tę kartkę - ksero dowodu mamy, podpis Artura, kwota i numer konta.
Weszłam do środka. Meble mamy stały na swoim miejscu - meblościanka z lat dziewięćdziesiątych, stary fotel taty, dywan w kwiaty. Ale na ścianach wisiały plakaty, na lodówce magnetyczne literki, w łazience stał prysznic z nowym słuchawką. W kuchni, na stole mamy, leżał laptop i kubek z napisem "Best boyfriend". Patrycja i jej chłopak urządzili się tu jak u siebie. Bo myśleli, że mają prawo. Bo mój brat im to prawo sprzedał.
Wyszłam stamtąd po dwudziestu minutach. Patrycja patrzyła za mną przez wizjer - słyszałam, jak podnosi klapkę.
Nie zadzwoniłam do Artura. Zadzwoniłam do mamy.
To był najtrudniejszy telefon w moim życiu. Bo mama zapytała najpierw, czy wszystko w porządku, czy nie jestem chora, czemu dzwonię w środku dnia. A potem musiałam jej powiedzieć, że jej syn - ten, który ją zabrał, który się nią opiekuje, u którego je zupy i głaszcze kotkę - wynajmuje jej mieszkanie obcym ludziom i bierze za to pieniądze.
Mama milczała tak długo, że myślałam, że połączenie się zerwało.
- Mamusiu?
- Jestem - powiedziała. - To pewne?
- Byłam tam. Widziałam.
Znowu cisza. Potem mama powiedziała coś, czego się nie spodziewałam.
- Artur ma problemy z pieniędzmi.
Nie pytanie. Nie niedowierzanie. Stwierdzenie. Jakby gdzieś w środku wiedziała - albo podejrzewała - ale nie chciała wiedzieć na pewno. Bo wiedza oznaczałaby, że musi coś z tym zrobić. A mama nie chciała robić z tym niczego. Mama chciała mieć syna, który się nią opiekuje. Nie syna, który z niej zarabia.
Zadzwoniłam do Artura dopiero wieczorem. Tym razem odebrał.
- Grażyna, daj spokój, to tymczasowe - powiedział, zanim zdążyłam powiedzieć cokolwiek poza "cześć". - Mieszkanie stało puste, to głupio, żeby stało. Pieniądze idą na mamę, na jedzenie, na leki, wiesz, ile to kosztuje?
- Artur - przerwałam. - Mama nie wiedziała.
- Bo by się denerwowała. Po co jej ten stres? Ja się tym zajmuję.
"Ja się tym zajmuję". To było zdanie, które Artur mówił od zawsze. Kiedy tata zachorował - "ja się tym zajmuję". Kiedy trzeba było naprawić dach u mamy - "ja się tym zajmuję". I zajmował się. Tylko że zawsze na swoich warunkach, o których nie mówił, dopóki ktoś nie zapytał.
Zapytałam, ile bierze od lokatorów. Nie odpowiedział wprost, powiedział, że "to niewiele" i że "wszystko wraca do mamy". Zapytałam, czy mama widzi te pieniądze. Powiedział, że mama nie musi widzieć pieniędzy, bo on jej wszystko kupuje. Zapytałam, czy Beata wie. Odłożył słuchawkę.
Przez następne dwa tygodnie mama dzwoniła do mnie codziennie. Nie o kolanach i nie o kotce. Pytała, co robić. Czy kazać im się wyprowadzić. Czy to w ogóle legalne. Czy Artur się nie obrazi. Każdy telefon kończył się tak samo: "Ale on się mną opiekuje, Grażynko. Gdzie ja pójdę, jak się obrazi?".
I to było najgorsze - nie sam wynajem, nie pieniądze, nie kartka z podrobioną umową. Najgorsze było to, że mama bała się własnego syna. Nie dlatego, że Artur był groźny - nigdy nie podniósł głosu.
Bała się, bo wiedziała, że jest od niego zależna. Że jeśli się pokłócą, to wróci do pustego mieszkania na trzecim piętrze, z kolanem, które boli, i z córką, która pracuje od siódmej do czwartej i nie ma wolnego pokoju.
Pojechałam do Artura w sobotę. Beata otworzyła drzwi - miała czerwone oczy, więc albo płakała, albo nie spała. Artur siedział w kuchni nad kawą.
- Nie będę się tłumaczyć - powiedział od razu. - Mam kredyt, mam dwójkę dzieci, Beata nie pracuje od roku. Wiesz, ile kosztuje życie? Mieszkanie mamy stało puste. To było logiczne.
- Logiczne, ale nie twoje - odpowiedziałam.
Mama wyszła z pokoju. Nie wiedziałam, że słucha. Stanęła w drzwiach kuchni, w swetrze Beaty i w kapciach, które pamiętam z mojego dzieciństwa.
- Arturek - powiedziała. - Mogłeś poprosić.
Artur nie odpowiedział. Patrzył w kawę. Beata wyszła z kuchni. Mama usiadła przy stole i wzięła go za rękę. I siedzieli tak, w ciszy, a ja stałam w progu i nie wiedziałam, czy powinnam zostać, czy wyjść.
Tamtego dnia nic się nie rozwiązało. Artur nie przeprosił, mama nie kazała wyprowadzić lokatorów, ja nie powiedziałam tego wszystkiego, co chciałam powiedzieć. Wróciłam do Częstochowy z uczuciem, że ugrzęzłam w czymś, na co nie mam wpływu.
Patrycja i jej chłopak wyprowadzili się w lipcu - umowa, jeśli można tak nazwać tę kartkę, była do końca czerwca. Mama wróciła do swojego mieszkania we wrześniu. Artur pomógł jej przenieść rzeczy. Nawet kupił nową zasłonkę do łazienki, bo stara zniknęła.
Mama znowu dzwoni do mnie codziennie. Znowu mówi o kolanie i o sąsiadach. Nie mówi o Arturze - a raczej mówi, ale inaczej niż kiedyś. Kiedyś mówiła "Artur załatwi" albo "Artur się zajmie". Teraz mówi "Artur dzwonił" i nic więcej. Suche zdanie, po którym zmienia temat.
A ja nie wiem, co czuję. Złość - tak, ale rozmyta, jak stary siniak, który już nie boli, ale jeszcze widać ślad. Żal, że mama musiała się dowiedzieć ode mnie, bo nikt inny by jej nie powiedział. I coś jeszcze - coś, co trudno nazwać, a co wraca, kiedy wieczorem sprawdzam zeszyty i myślę o mamie samej w tym mieszkaniu, z nową zasłonką w łazience i ze starym fotelem taty, i ze świadomością, że syn, który ją zabrał do siebie, zarabiał na niej za jej plecami.
Nie powiedziałam tego mamie. Nie powiem. Mama wie wystarczająco dużo. Więcej nie musi.