Od września płacę za basen i angielski wnuczki - "rozliczymy się po trzynastce, mamo". Paragony wkładam do koperty za obrazkiem w przedpokoju. W niedzielę policzyłam: dwa tysiące trzysta dziesięć złotych. Trzynastkę zięć dostał w lutym, w marcu przyjechali nowym samochodem.
Kalkulator Zbyszka ma zepsute zero - trzeba je wcisnąć dwa razy, inaczej nie łapie. W niedzielę rano, zanim zagotowała się woda na rosół, liczyłam trzeci raz. Za pierwszym razem wyszło mi dwieście trzydzieści jeden złotych i aż się roześmiałam. Za drugim przestało mi być do śmiechu.
Dwa tysiące trzysta dziesięć złotych.
Paragony leżały na ceracie w dwóch kupkach. Po lewej basen - karnety na wtorki i czwartki, z pieczątką pływalni. Po prawej szkoła językowa przy Alejach, cienkie karteczki z drukarki, które po kilku miesiącach zaczynały blednąć. Od września. Każdy miesiąc, każde "dziękuję, pani Halinko, do zobaczenia".
- Znowu liczysz? - Zbyszek stanął w drzwiach kuchni, oparty o futrynę. Od operacji kolana każde przejście z pokoju robił na raty.
- Policzyłam.
- I co?
Odwróciłam do niego kalkulator. Zmrużył oczy, jakby liczba mogła się jeszcze zmienić.
- Halinka, to dla Zosi - powiedział w końcu.
- Wiem, dla kogo to jest.
Nie liczyłabym pewnie wcale, gdyby nie sobotni telefon. Magda dzwoniła z pracy, w tle piszczał skaner przy kasie.
- Mamo, w wakacje jest półkolonia pływacka, trenerka mówi, że Zośka powinna jechać. Osiemset złotych, ale to dwa tygodnie, z obiadami. Ty byś mogła…?
Powiedziałam, że pomyślę. Magda zdziwiła się tak, że aż zamilkła. Bo ja przez całe życie nie mówiłam "pomyślę". Mówiłam "dobrze, córcia".
Kopertę trzymałam za obrazkiem w przedpokoju - pejzaż z Jury, który mój ojciec namalował jeszcze przed moim ślubem. Brązowa koperta po rachunku z gazowni, wsunięta między ramę a ścianę. Wkładałam tam każdy paragon i powtarzałam sobie, że robię to z przyzwyczajenia. Trzydzieści lat w szkółce roślin nauczyło mnie zapisywać wszystko - ile sadzonek, ile podlewania, ile przemarzło. Ale to nie było przyzwyczajenie. Wiedziałam to od pierwszego paragonu.
We wrześniu Magda stała w tym samym przedpokoju, w butach, bo "tylko na chwilę".
- Mamo, Zosia ma talent, trenerka sama podeszła. I ten angielski, bo w trzeciej klasie już odstaje od reszty. A Darkowi akurat sypie się auto, wszystko naraz. Ty zapłać teraz, a rozliczymy się po trzynastce, mamo. Na pewno.
Zgodziłam się, zanim skończyła mówić.
I nie żałowałam tych wtorków. Jeździłam z Zosią dwudziestką dwójką, ona z mokrymi włosami pod czapką, w autobusie pachniało chlorem i bułką z kruszonką, którą jej kupowałam w piekarni przy przystanku.
- Babciu, wiesz, jak jest wiewiórka? Squirrel! - wołała na cały autobus, a ludzie się uśmiechali.
Tylko że płaciłam z naszej skarpety na łazienkę. Od kolana Zbyszek nie przechodzi przez brzeg wanny, myje się na taborecie, a ja go trzymam pod łokieć. Odkładaliśmy na kabinę prysznicową, emerytura ledwo starczała na rachunki i leki, więc każdy grosz w tej skarpecie był wyciśnięty. Co miesiąc skarpeta chudła. Zbyszek nie pytał. Ja nie mówiłam.
W lutym Magda wspomniała przez telefon, tak mimochodem, że Darek dostał trzynastkę. Uczy WF-u w szkole pod Kłobuckiem, budżetówka, trzynastka przychodzi jak w zegarku. Czekałam. Tydzień, dwa. Nic.
A w marcu pod blokiem zatrąbił klakson. Wyjrzałam przez balkon - srebrny samochód, nowiutki, na siedzeniach jeszcze folia. Zosia machała przez szybę obiema rękami. Zeszliśmy na dół, Zbyszek po schodach bokiem, krok po kroku.
- Mamo, tato, zobaczcie! W końcu coś porządnego - Darek klepał dach jak konia.
Zbyszek obchodził auto dookoła i stukał knykciem w maskę, zadowolony jak chłopak. A ja stałam na chodniku, uśmiechałam się i czułam, jak coś mi stygnie w środku. Za co? - chciałam zapytać. Nie zapytałam. Nie chciałam być teściową, która liczy cudze pieniądze przy wnuczce.
W niedzielę przyjechali na obiad. Rosół, schabowe, sernik. Zosia opowiadała o zawodach, Darek o spalaniu nowego auta, Magda unikała mojego wzroku, bo pewnie pamiętała to moje "pomyślę". Siedziałam z łyżką nad talerzem i nie mogłam przełknąć.
Kiedy się zbierali, Zosia pobiegła jeszcze do łazienki, a Darek usiadł na taborecie w przedpokoju, żeby zawiązać buty. Sięgnęłam za obrazek. Ręce mi się trzęsły, rama zjechała krzywo.
- Madziu - podałam jej kopertę. - To od września. Policzyłam. Nie robię ci wyrzutów, tylko półkolonii już nie dam rady.
Magda nie wzięła koperty. Zrobiła się czerwona aż po szyję. Darek podniósł głowę.
- Jakie od września?
Cisza. Słychać było tylko wodę w łazience i Zosię nucącą coś po angielsku.
Darek wziął kopertę z mojej ręki i wysypał paragony na kolano. Przeglądał je powoli, jeden po drugim, jakby czytał świadectwo.
- Magda. Ty mówiłaś, że mama sama chciała. Że to prezent.
- A co miałam powiedzieć? - głos jej się załamał. - Że nie mamy? Stary samochód nie przeszedł przeglądu, ty dojeżdżasz czterdzieści kilometrów, trzynastka poszła na wkład własny, reszta na raty. Myślałam, że oddam mamie z nadgodzin. A w styczniu obcięli mi godziny w sklepie i… i już nie umiałam ani tobie, ani jej.
- Obcięli ci godziny? I nic nie powiedziałaś?
- Bo byś się wściekł. Bo zawsze mówisz, że sobie radzimy.
Darek siedział na tym taborecie, na którym Zbyszek się myje, z paragonami na kolanie. Wyjął jeden, wrześniowy, pierwszy.
- Zośka mi opowiadała, że babcia czeka po basenie z bułką. Myślałem… Kurczę, ja myślałem, że to taka wasza babcina dobroć, za darmo. Nawet nie zapytałem, kto płaci.
Potem wstał, schował kopertę do kieszeni kurtki.
- Mamo, ja to oddam. Nie od razu, bo nie umiem czarować. Pięćset co miesiąc, od maja. A półkolonii nie będzie. W wakacje sam ją będę woził na pływalnię, mam wolne.
Magda płakała w łazience, kiedy Zosia już z niej wyszła. Pojechali w ciszy, ten piękny srebrny samochód odjechał spod bloku tak cicho, jakby się wstydził.
Pierwszy przelew przyszedł dziesiątego maja. W tytule Darek wpisał: "basen wrzesień-październik". Zbyszek śmiał się, że zięć prowadzi księgowość lepiej niż urząd skarbowy. Drugi przyszedł w czerwcu, trzeci w lipcu, razem z wiadomością od Magdy: "Przepraszam, mamo. Powinnam była przyjść do ciebie w lutym".
Ja też powinnam. Osiem miesięcy wkładałam paragony za obrazek, zamiast raz zapytać córkę, jak naprawdę stoją. Wolałam liczyć po cichu i czekać, aż ktoś się domyśli. Jedna niezręczna rozmowa w marcu kosztowałaby mniej niż te wszystkie noce, kiedy leżałam i układałam w głowie zdania, których nigdy nie wypowiedziałam.
We wrześniu hydraulik zamontował kabinę. Zbyszek pierwszy raz od roku umył się na stojąco i wyszedł z łazienki taki dumny, jakby sam ją postawił.
Z Zosią dalej jeżdżę we wtorki. Karnet kupuje Magda. Bułkę z kruszonką - ja.
Kopertę za obrazkiem wyrzuciłam. Teraz, kiedy coś mi leży na sercu, mówię to przy pierwszej herbacie, a nie przy dwóch tysiącach trzystu dziesięciu złotych.