Mąż od trzech lat w każdą środę jeździ do mamy do domu opieki w Konstancinie i wraca wieczorem zmęczony. W piątek zadzwoniła stamtąd pielęgniarka, bo mąż nie odbierał, a ja jestem w karcie jako druga osoba do kontaktu. Teściowa ma w niedzielę urodziny i pyta, czy syn przyjdzie, "bo nie był od Bożego Narodzenia".

- Pani Małgorzata? Tu Agnieszka, pielęgniarka z Konstancina. Przepraszam, że niepokoję, ale do pana Grzegorza nie mogę się dodzwonić od rana, a pani jest wpisana jako druga osoba do kontaktu.

Stałam akurat między rzędami tui w szkółce, z ziemią pod paznokciami i telefonem przyciśniętym ramieniem do ucha. Pierwsza myśl: coś z mamą. Druga, krótsza: Grzegorz znowu zostawił komórkę w samochodzie.

- Coś się stało?

- Nie, nie, pani Irena ma się dobrze. Tylko w niedzielę kończy osiemdziesiąt osiem lat i bardzo dopytuje, czy syn przyjdzie. - Pielęgniarka zawahała się. - Mówi, że nie był od Bożego Narodzenia. Chyba się martwi. Chciałam po prostu przekazać.

Powiedziałam, że oczywiście przyjedzie, że to jakieś nieporozumienie. Rozłączyłam się i stałam dalej z sekatorem w ręku, aż pani Basia z sąsiedniego rzędu zawołała, czy mi niedobrze, bo zbladłam jak ściana.

Nie był od Bożego Narodzenia. A przecież w zeszłą środę, jak w każdą środę od trzech lat, Grzegorz wyjechał spod bloku o dziewiątej i wrócił po siódmej wieczorem. Usiadł w kuchni, zjadł odgrzane gołąbki i powiedział to, co zawsze:

- Mama po staremu. Pozdrawia cię.

W autobusie z pracy przejechałam swój przystanek na Ursynowie i wysiadłam dopiero przy Lesie Kabackim. Szłam ścieżką i liczyłam. Od świąt minęło dwadzieścia parę śród. Dwadzieścia parę słoików rosołu, które pakowałam mu do torby razem z kawałkiem szarlotki "dla mamy". Słoiki zawsze wracały puste. Umyte.

Kiedy trzy lata temu teściowa przestała sobie radzić sama, Grzegorz nie chciał słyszeć o żadnym innym miejscu niż Konstancin. "Mama tam przeżyła całe życie, tam ma swoje drzewa" - powtarzał.

Znalazł dom opieki parę ulic od jej dawnego domu i środa stała się jego dniem. Ja jeździłam na Wielkanoc i na imieniny. Irena nigdy mnie nie pokochała. Przez trzydzieści pięć lat mówiła do mnie "Małgorzato", grzecznie i chłodno, jakby czytała z formularza. Uznałam, że skoro ona woli syna samego, to niech ma syna samego.

Teraz, idąc między sosnami, zaczęłam sobie przypominać rzeczy, które przez zimę tłumaczyłam sobie same. Trociny na jego butach - "remontują parking". Nowa flanelowa koszula, kupiona bez mojej wiedzy. To, że w środę rano golił się dokładniej niż w niedzielę do kościoła. To, że przestał opowiadać, co mama mówiła o pelargoniach.

W piątek wieczorem wrócił z garażu, pocałował mnie w czoło i powiedział, że telefon cały dzień leżał w schowku. Nie zapytałam o nic. Patrzyłam, jak je zupę, i nie poznawałam własnego męża.

W sobotę rano powiedziałam, że jadę do szkółki, bo przed majówką jest urwanie głowy. Pierwszy raz w życiu go okłamałam. Dwoma autobusami pojechałam do Konstancina, z sernikiem w blaszce na kolanach.

Teściowa siedziała przy oknie, w swoim granatowym szlafroku, z pelargoniami na parapecie. Nawet nie udawała zdziwienia.

- Małgorzata. Sama?

- Sama, mamo.

Postawiłam sernik na stoliku. Ona długo patrzyła na blaszkę, a potem powiedziała coś, czego się nie spodziewałam:

- To ja prosiłam Agnieszkę, żeby zadzwoniła. Wiedziałam, że on nie odbierze. Wiedziałam, że trafi na ciebie.

- Dlaczego mama nie zadzwoniła sama?

Wzruszyła ramionami. Ręce jej drżały, ale głos miała twardy.

- Przez tyle lat nie umiałam ci nic powiedzieć, to i teraz nie umiałam.

I opowiedziała. Że w pierwszy dzień świąt Grzegorz przyjechał jak zawsze, usiadł na tym samym krześle i powiedział: "Mamo, ja chyba zrobiłem coś głupiego". Że chodzi o Elę Sowińską, jego dziewczynę z liceum, która w październiku pochowała męża i została sama z domem za zielonym płotem koło kościoła. Że najpierw pojechał jej naprawić rynnę. Potem płot. Potem piec.

- Myślał, że się ucieszę. Zawsze lubiłam Elkę, wszyscy o tym wiedzieli. - Teściowa odwróciła głowę do okna. - A ja mu powiedziałam, że jest taki sam jak ojciec. Wstał i wyszedł. Więcej go nie widziałam.

- Jak ojciec? - zapytałam cicho.

- Twój teść miał swoje czwartki, Małgorzato. Przez dwadzieścia lat. Cały Konstancin wiedział. Ja też wiedziałam. I prasowałam mu koszule na te czwartki. - Zamilkła na chwilę. - Nie chciałam, żebyś ty prasowała.

Siedziałyśmy tak może pół godziny, nic nie mówiąc. Potem ukroiłam jej sernika, a ona zjadła cały kawałek, choć zawsze twierdziła, że mój jest za słodki.

Wieczorem postawiłam na stole w kuchni pusty słoik po rosole. Grzegorz wszedł, spojrzał na niego i stanął w progu.

- Dzwoniła pielęgniarka z Konstancina - powiedziałam. - W piątek. Byłam dziś u mamy.

Usiadł ciężko. Czajnik zaczął szumieć, ale żadne z nas nie wstało, żeby go wyłączyć.

- Gosia, ja nie chciałem... To było tak, że ona została zupełnie sama. Rynna jej ciekła na ścianę. Pojechałem raz, potem drugi raz...

- A rosół?

Zamknął oczy.

- Jedliśmy razem.

- I ona myła ten słoik.

- Myła.

Najbardziej zabolało mnie właśnie to. Nie koszula, nie golenie, nie te wszystkie środy. Tylko to, że obca kobieta w Konstancinie co tydzień myła mój słoik i oddawała mi go czysty, a ja go znowu napełniałam.

- Czterdzieści lat na kolei byłem komuś potrzebny - powiedział w końcu, patrząc w blat. - A potem emerytura. Ty masz swoją szkółkę, dzieci mają swoje życie, a ja siedzę przed telewizorem i czekam na obiad. U niej znowu coś umiałem. Rozumiesz? A do mamy nie mogłem pojechać. Nie mogłem patrzeć, jak ona na mnie patrzy.

Rozumiałam. To było najgorsze - że rozumiałam każde jego słowo.

- Kochasz ją? - zapytałam.

Długo milczał.

- Nie wiem.

I to "nie wiem" wystarczyło mi za całą odpowiedź.

W niedzielę wstałam o piątej. Spakowałam jego rzeczy do dużej walizki, tej od wyjazdów do Mielna, i zniosłam ją do samochodu, kiedy jeszcze spał. Potem kupiłam w cukierni na rogu tort z bitą śmietaną, taki, jaki teściowa lubi, i obudziłam go.

- Jedziemy do mamy. Oboje.

Nie protestował. Przez całą drogę milczał, a na parkingu przed domem opieki długo nie wysiadał. W pokoju teściowa podała mu rękę i nie puściła jej przez godzinę. Powiedziała tylko: "Długo cię nie było, synu". On płakał, ona nie. Ja stałam przy oknie i patrzyłam na kwitnące bzy w ogrodzie, dając im ten czas.

Kiedy wyszliśmy, otworzyłam bagażnik. Grzegorz zobaczył walizkę i zrozumiał od razu.

- Gosia...

- Od Eli do mamy masz pięć minut piechotą - powiedziałam. - Nie będziesz już musiał kłamać w środy. Mieszkanie zostaje na razie dla mnie, a co dalej, to się zobaczy. Tylko do domu nie wracaj, dopóki nie będziesz wiedział.

Przez chwilę stał bez słowa. Potem zapytał, czy spakowałam mu zimową kurtkę.

- Jest maj, Grzesiu - odpowiedziałam.

Dałam mu kluczyki do samochodu i wróciłam na Ursynów autobusem.

Od tamtej pory minęło pół roku. Grzegorz mieszka w domu za zielonym płotem. Czasem dzwoni, pyta o dzieci, o wnuki, o zdrowie. Rozwodu jeszcze nie ma, ale oboje wiemy, że będzie.

A ja wzięłam w szkółce wolne środy. Co tydzień jeżdżę do Konstancina z rosołem w słoiku. Teściowa mówi do mnie teraz "Gosiu" i uczy mnie, jak przycinać pelargonie, żeby kwitły do października. Czasem pyta o syna. Mówię jej prawdę.

Wracam wieczorem zmęczona. Ale kiedy ktoś pyta, gdzie byłam, nie muszę niczego wymyślać.