Na moich imieninach córka z zięciem przy torcie wybierali już kafelki do mojej łazienki - "jak mama przepisze, od razu remont". Nic nie powiedziałam. We wtorek u notariusza zapisałam mieszkanie siostrzenicy, która od czterech lat co sobotę wnosi mi zakupy na czwarte piętro.
- Ten grafit, mamo, zobacz. Duże płyty, prawie bez fug - Monika podsunęła mi telefon tuż nad tortem, tak blisko, że bałam się, że ekran wyląduje w kremie.
Zdmuchnęłam świeczki dwie minuty wcześniej. Siódemka i zero, kupione przez wnuczkę w Pepco, trochę krzywe. Na talerzykach leżał jeszcze sernik, w szklankach stygła herbata z cytryną, a moja córka przewijała zdjęcia łazienek, jakby wybierała sukienkę.
- Wannę się wywali - dodał Piotr, zięć, z ustami pełnymi tortu. - Prysznic walk-in, szkło, deszczownica. Jak mama przepisze, od razu remont. Szkoda czasu.
- Piotrek - syknęła Monika, ale bez przekonania. Raczej tak, jak się upomina dziecko, które powiedziało głośno to, co wszyscy myślą.
Spojrzałam na nią. Ona spojrzała w telefon.
Nic nie powiedziałam. Wstałam, poszłam do kuchni po nóż do sernika, chociaż nóż leżał na stole. Stałam przy zlewie i patrzyłam przez okno na bzy pod blokiem. Piętnasty maja, Zofii. Zimna Zośka, mówiła zawsze moja mama, i rzeczywiście ciągnęło od okna. A ja czułam, jakby ktoś już wynosił mi meble.
Wróciłam z nożem. Zjedliśmy sernik. Pocałowali mnie na pożegnanie w oba policzki, wnuki krzyczały na klatce "pa, babciu", a Piotr na odchodnym zajrzał jeszcze do łazienki i zmierzył coś krokami.
Ta łazienka. Niebieskie kafelki w małe białe kwiatki, które Zdzisiek kładł sam w dziewięćdziesiątym czwartym, przez trzy weekendy, klnąc pod nosem na krzywą ścianę. Jeden kafelek przy kranie ma odprysk - Monika upuściła na niego szklankę, jak miała dwanaście lat, i ryczała, że tata ją zabije. Tata nie zabił. Powiedział, że teraz łazienka ma charakter.
Tamtej nocy nie spałam. Leżałam i liczyłam, nie owce, tylko soboty.
Agnieszka zaczęła przychodzić cztery lata temu, zaraz po tym, jak pochowałam Zdziśka. Jest córką mojej siostry Teresy, która odeszła jeszcze wcześniej. Mieszka na Widzewie, dwa przystanki tramwajem ode mnie, sama, pracuje w aptece na zmiany. Pierwszej soboty zadzwoniła domofonem i powiedziała tylko:
- Ciociu, ja i tak idę do Biedronki. Co ci wziąć?
Wtedy myślałam, że to raz. Potem, że to na chwilę, póki się nie pozbieram. A potem zaczęło mnie łupać w kolanie i czwarte piętro bez windy zrobiło się moją górą, na którą wchodzę z przystankami na każdym półpiętrze. I Agnieszka po prostu była. Każda sobota, koło dziesiątej.
Dwie siatki, czasem trzy. Ziemniaki, mleko, chleb z tej piekarni na rogu, bo ze sklepowego mam zgagę. Siadała, piła ze mną herbatę, poprawiała mi pilota, bo znowu coś przestawiłam w telewizorze. Nigdy nie zapytała o mieszkanie. Nigdy nie spojrzała na łazienkę inaczej niż jak na łazienkę.
Monika dzwoni w niedziele. Mieszkają w Zgierzu, dwadzieścia minut samochodem, w dwóch pokojach na czworo. Ona pracuje w sklepie meblowym, Piotr na budowach, dzieci w szkole i na basenie.
Rozumiem to, naprawdę rozumiem. Sama tak żyłam, kiedy prowadziłam zmianę w zakładach odzieżowych i Monika chodziła z kluczem na szyi. "Mamo, jak coś, to dzwoń" - mówi zawsze na koniec. Tylko że ja nie dzwonię. A ona nie przyjeżdża, jak nie dzwonię.
Przez tydzień chodziłam z tą myślą jak z kamieniem w kieszeni. Bałam się, że to złość. Że to taka starcza obraza, z której potem wstyd. Przecież to moje jedyne dziecko. Przecież ona się tam dusi na tych czterdziestu metrach.
Ale za każdym razem, kiedy zamykałam oczy, widziałam ten telefon nad tortem. Nie to, że chcieli mieszkania. To, że wybierali kafelki, a ja siedziałam obok. Jakby mnie już nie było.
W poniedziałek zadzwoniłam do kancelarii na Piotrkowskiej. Pani notariusz, starsza ode mnie może o pięć lat, wysłuchała wszystkiego spokojnie, bez jednego zdziwienia na twarzy. Widać nie takie rzeczy słyszała.
- Pani Zofio, muszę pani powiedzieć jedną rzecz uczciwie - zdjęła okulary. - Córka i tak będzie miała prawo do zachowku. To połowa wartości mieszkania. Siostrzenica będzie musiała ją spłacić.
- Wiem - powiedziałam. - Sprawdziłam w internecie, wnuczka mi pokazała, jak. Niech Monika dostanie, co jej się należy. Prawo jest prawo.
- To po co pani to robi?
Długo milczałam. Za oknem dzwonił tramwaj.
- Bo jeszcze żyję - powiedziałam w końcu. - I chcę, żeby to było wiadome.
We wtorek podpisałam. Testament notarialny, dwie strony. Wyszłam na Piotrkowską, było ciepło, ludzie siedzieli w ogródkach, a ja stałam na przystanku z teczką przyciśniętą do piersi i nagle zaczęłam się śmiać. Cicho, sama do siebie. Jakaś pani z wózkiem odsunęła się o krok.
W sobotę o dziesiątej zadzwonił domofon. Agnieszka. A dziesięć minut później, kiedy rozpakowywałyśmy siatki, zadzwonił drugi raz. Monika i Piotr, z grubym katalogiem płytek pod pachą.
- Mamo, w Castoramie jest promocja do końca miesiąca - Monika już od progu. - Trzeba by tylko ustalić, kiedy jedziemy do notariusza, bo...
- Byłam u notariusza - powiedziałam.
Zrobiło się tak cicho, że słyszałam lodówkę.
- Jak to byłaś? - Monika postawiła katalog na stole. - Sama?
- Sama. Zapisałam mieszkanie Agnieszce. Testamentem.
Agnieszka trzymała w ręku kostkę masła i nie ruszała się wcale. Piotr zaśmiał się, krótko, jakby myślał, że żartuję. Potem przestał.
- Ciociu, ja nie... - zaczęła Agnieszka.
- Nie pytałam cię, czy chcesz - powiedziałam łagodnie. - Wkładaj to masło do lodówki, bo się rozpuści.
Monika usiadła. Nie krzyczała, a ja byłam przygotowana na krzyk. Patrzyła na mnie i miała twarz tej dwunastolatki nad rozbitym kafelkiem.
- Za co? - zapytała tylko.
- Nie za co, córcia. Nikogo nie karzę. Dostaniesz zachowek, połowę, prawo ci to daje i dobrze. Ale wy przy moim torcie wywaliliście mi wannę. A ja się w tej wannie kąpię. Ja tu jeszcze mieszkam.
- Mamo, my się po prostu boimy - powiedziała nagle, i głos jej pękł. - Czworo na dwóch pokojach. Piotrek bierze nadgodziny, ja biorę nadgodziny, i nic. Myślałam... że to nasze wyjście. Że jak już będzie wiadomo, to będę mogła spać.
I wtedy zobaczyłam to, czego nie chciałam widzieć wcześniej. Że ona nie liczyła moich dni. Liczyła swoje raty, swoje rachunki, swoje bezsenne noce. Tylko że w tym liczeniu jakoś zabrakło miejsca na mnie żywą.
- Wiem, że się boisz - powiedziałam. - Ja też się boję. Każdego piętra.
Piotr wziął katalog i wyszedł na klatkę. Monika posiedziała jeszcze chwilę, potem pocałowała mnie w czoło, bez słowa, i poszła za nim.
Agnieszka siedziała do wieczora. Powiedziała, że nie chce, że się nie zgadza, że to niesprawiedliwe wobec Moniki. Powiedziałam jej, że testament mogę zmienić do śmierci, ale nie zmienię. I że dopóki chodzę, to ja decyduję, kto mi mówi, jakie mam mieć kafelki.
Monika nie dzwoniła dwie niedziele. W trzecią sobotę domofon odezwał się o dziewiątej, godzinę przed Agnieszką.
- Mamo, to ja. Co ci wziąć?
Wniosła siatki na czwarte piętro, zdyszana, z czerwonymi policzkami. Usiadła w kuchni. Nie rozmawiałyśmy o mieszkaniu. Rozmawiałyśmy o tym, że wnuczka dostała piątkę z polskiego i że bzy już przekwitają. Potem poszła umyć ręce i długo nie wracała.
Zajrzałam do łazienki. Stała przy kranie i palcem dotykała tego odprysku na niebieskim kafelku.
- Tata mówił, że łazienka ma charakter - powiedziała, nie odwracając się.
Kafelki zostały niebieskie. A Monika przychodzi teraz w co drugą sobotę, na zmianę z Agnieszką. Nie wiem, czy dla mnie, czy dla mieszkania. Ale za każdym razem wnosi siatki sama.