Powiedziałam córce, że jej mąż pożyczył ode mnie dziesięć tysięcy "na samochód" i od dwóch lat nie oddał ani złotówki, pokazałam potwierdzenia przelewów. Wigilię córka zrobiła w tym roku u siebie, dla całej rodziny. Mnie przysłała esemesa z życzeniami.

Esemes przyszedł dwudziestego czwartego grudnia o szesnastej czterdzieści. Akurat odcedzałam uszka, para buchnęła mi w okulary, więc przeczytałam go dopiero przy oknie, kiedy szkła trochę odparowały.

"Mamo, zdrowych, spokojnych Świąt. Całujemy. Magda, Darek i dzieci."

Trzy zdania i podpis. Pierwsza Wigilia od trzydziestu ośmiu lat, na którą moja córka mnie nie zaprosiła. Stałam z cedzakiem w jednej ręce i telefonem w drugiej, a w dużym pokoju czekały dwa nakrycia. Jedno dla mnie. Drugie - jak co roku - dla zbłąkanego wędrowca. Tak robiła moja matka, tak robię ja. Uszek nalepiłam sześćdziesiąt. Z przyzwyczajenia. Na całą rodzinę.

Wszystko zaczęło się od dentysty. A może od Zakopanego - sama już nie wiem.

W listopadzie siedziałam u Magdy na niedzielnym obiedzie, na Ślichowicach, w ich mieszkaniu na trzecim piętrze, gdzie zawsze pachnie płynem do płukania i kakao. Zuzia pokazywała mi zeszyt do kaligrafii, pięcioletni Kuba jeździł mi autkiem po kolanie. Darek wszedł z balkonu, zatarł ręce i ogłosił:

- No, to w ferie jedziemy w góry! Cztery noce pod Gubałówką, z basenem. Już zarezerwowane.

Magda klasnęła. Dzieci wrzasnęły. A ja poczułam, jak zaciska mi się szczęka. Akurat po tej stronie, gdzie od miesiąca rwał mnie ząb, a dentystka powiedziała, że trzeba most, i podała cenę, przy której musiałam usiąść na krześle w poczekalni.

Dwa lata wcześniej, w październiku, Darek przyszedł do mnie sam. Bez Magdy, bez dzieci, z pudełkiem czekoladek. Usiadł na brzegu wersalki w kurtce roboczej - montuje klimatyzacje, jeździ po całym województwie.

- Mamo - on od wesela mówi do mnie "mamo" - passat mi padł. Silnik. Bez auta nie mam roboty. Znalazłem jedno używane, porządne, ale brakuje mi dziesięć tysięcy. Do lutego oddam, z premii. Tylko... niech mama Magdzie nie mówi, dobrze? Ona i tak ma nerwy przez to przedszkole Kuby.

To były pieniądze, które odkładałam od śmierci Zbyszka. Po trochu, z emerytury, po trzydziestu latach na produkcji w zakładzie mięsnym, z czego ostatnie piętnaście jako szefowa zmiany. Odkładałam na czarną godzinę i na to, żeby nikomu nie być ciężarem. Przelałam w dwóch ratach po pięć tysięcy, bo bank miał dzienny limit. W tytule wpisałam sama, starannie: "Pożyczka na samochód". Żeby było uczciwie.

Luty minął. Potem lato. "W przyszłym miesiącu, mamo, bo szef nie wypłacił premii". "Po sezonie, jak klienci zapłacą". Potem już nie pytałam. Nie chciałam być teściową, która liczy każdy grosz i robi zięciowi wstyd. Myślałam: przecież to rodzina. Przecież to dla wnuków.

Tamtej listopadowej niedzieli zmywałyśmy z Magdą naczynia. Dzieci oglądały bajkę, Darek wyszedł z psem. Woda leciała z kranu, a ja trzymałam w torebce kopertę, którą od tygodnia nosiłam ze sobą - wydruki z banku, dwa potwierdzenia przelewów. Wzięłam je dzień po wizycie u dentystki. Jeszcze wtedy nie wiedziałam po co.

- Madziu - powiedziałam. - Muszę ci coś pokazać.

Czytała długo. Za długo jak na dwie kartki. Potem wytarła ręce w ścierkę, powoli, każdy palec osobno.

- Darek mówił, że mama sama chciała dołożyć do auta. Że to prezent. Dla wnuków, żeby bezpiecznie jeździł.
- Prezent? Spójrz na tytuł.

Spojrzała. I wtedy zobaczyłam coś, czego się nie spodziewałam. Nie złość na niego. Złość na mnie.

- Dwa lata, mamo. Dwa lata wiedziałaś coś o moim mężu, czego ja nie wiedziałam. I nic.
- Bo prosił, żebym...
- Prosił. I ty go posłuchałaś. Zamiast mnie.

Złożyła kartki na pół, potem jeszcze raz, i oddała mi je, jakby parzyły.

- Idź już, mamo. Proszę cię.

Na schodach słyszałam, jak trzaskają drzwi do pokoju dzieci, żeby nie słyszały.

Grudzień był cichy. Magda odbierała telefon po piątym sygnale. "Mamo, nie teraz". "Mamo, jestem w pracy". Raz zadzwoniła Zuzia, szeptem, z łazienki: "Babciu, mama płacze, a tata śpi w dużym pokoju na kanapie". W połowie miesiąca Magda rzuciła krótko, że w tym roku Wigilię robią u siebie, bo przyjadą rodzice Darka z Kozienic. I nic więcej. Czekałam na zaproszenie do ostatniego dnia. Przyszedł esemes.

Nie zjadłam tamtej kolacji od razu. Siedziałam przy tych dwóch talerzach, aż za oknem zrobiło się granatowo, a w bloku naprzeciwko zapalały się choinki - jedna po drugiej, jak ktoś liczy. Potem nalałam barszczu do słoika, uszka włożyłam do pojemnika, zawiązałam wszystko w siatkę i ubrałam płaszcz.

Dwa przystanki autobusem. Autobus był pusty, kierowca puszczał kolędy z radia. Stanęłam pod ich blokiem, na zmrożonym chodniku, i patrzyłam w okno na trzecim piętrze. Było jasne. Widziałam ruch, sylwetki, ktoś podnosił Kubę do choinki. Nie zadzwoniłam domofonem. Stałam z tą siatką i nie umiałam ani zadzwonić, ani odejść.

Na balkon wyszedł Darek. Zapalił. I spojrzał w dół.

Patrzyliśmy na siebie może pół minuty. On nie pomachał, ja też nie. Zgasił papierosa o barierkę i wrócił do środka. Ja wróciłam do domu i zjadłam barszcz ze słoika, prosto z garnka, pierwszy raz w życiu.

Magda przyszła w pierwszy dzień Świąt, przed dziesiątą. Sama. Z oczami spuchniętymi tak, że od razu wiedziałam - nie spała. Usiadła w kuchni na moim taborecie, tym przy kaloryferze, na którym siadała jako dziecko.

- Wczoraj po kolacji wrócił z balkonu - powiedziała - i mówi: "Twoja mama stoi pod blokiem. Z siatką". I usiadł przy stole. Przy swojej matce, przy ojcu, przy opłatku. I się rozpłakał. Mamo, ja go nigdy nie widziałam płaczącego. Nawet na pogrzebie taty.

I opowiedziała mi wszystko. Że żadnego samochodu za moje pieniądze nie było - szef odsprzedał mu za grosze firmowe kangoo, na raty potrącane z pensji. Że moje dziesięć tysięcy poszło na zaległości po kredycie, który Darek poręczył młodszemu bratu.

Patryk wyjechał do Holandii, przestał płacić, przestał odbierać. Bank przyszedł do Darka. A Darek bał się. Że Magda się dowie, akurat kiedy brali kredyt na mieszkanie. Że jego matka się dowie, jakiego ma młodszego syna. Że ja się dowiem - ja, która na weselu powiedziałam mu przy wszystkich: "Pilnuj mi jej, bo jedną mam".

- Wolał, żebyś myślała, że jest złodziejem, niż że jest frajerem - Magda zaśmiała się krótko, bez radości. - Mężczyźni.
- A ty? - zapytałam. - Dlaczego mnie nie zaprosiłaś?

Długo kręciła łyżeczką w pustej szklance.

- Bo nie umiałam na ciebie patrzeć. Wstydziłam się za niego. Za siebie, że dwa lata nic nie widziałam we własnym domu. I byłam zła, że ty wiedziałaś więcej o moim małżeństwie niż ja. To było głupie. Wiem, że głupie.

Wtedy zrozumiałam, że ona ma trochę racji. Że tamtego października, kiedy Darek poprosił "niech mama nie mówi Magdzie", ja się zgodziłam. Myślałam, że chronię spokój. A wpuściłam do jej małżeństwa tajemnicę i dwa lata patrzyłam, jak rośnie.

- Też cię przepraszam, Madziu - powiedziałam. - Nie powinnam była wtedy milczeć.

Wyjęła z torebki kartkę w kratkę. Pismo Darka, drukowane, jak na fakturze. Daty, co miesiąc, do końca przyszłego roku i trochę dalej. Na dole: "Przepraszam. Nie umiałem przyjść sam".

Dwudziestego siódmego grudnia telefon zabrzęczał, kiedy podlewałam grudnika na parapecie. Powiadomienie z banku. Niewielka kwota, tytuł przelewu: "Rata 1. Przepraszam, mamo. D."

Po Nowym Roku poszłam do oddziału i poprosiłam o wydruk, chociaż pani w okienku dziwnie na mnie spojrzała. Włożyłam go do tej samej koperty, w której leżą tamte dwa potwierdzenia.